Przez 30 dni jadłem proszek zalewany mlekiem. Czas na podsumowanie testu

Artykuł/Nauka 04.07.2019
Przez 30 dni jadłem proszek zalewany mlekiem. Czas na podsumowanie testu

Przez 30 dni jadłem proszek zalewany mlekiem. Czas na podsumowanie testu

7 kilogramów mniej, niezłe wyniki badań, dobre samopoczucie. A zarazem chęć powrotu do tradycyjnego jedzenia. Tak w największym skrócie można podsumować mój 30-dniowy test.

Dla spragnionych liczb, oto one:

Dla spragnionych wyników badań laboratoryjnych:

A teraz spokojnie omówmy mój test. Postanowiłem podzielić podsumowanie na dwa aspekty: samopoczucie i zdrowie oraz kult jedzenia.

Jedzenie w proszku, a samopoczucie i zdrowie

Kwestia najważniejsza to wyniki badań lekarskich. Oczywiście sprawdzenie, jak organizm reaguje po miesiącu jedzenia proszku zalewanego mlekiem, tylko na mnie obarczone jest ryzykiem wpływania na tenże wynik wielu czynników. Mogłem przecież być przeziębiony przed którymś badaniem, mogłem być bardziej zestresowany. Rozumiem więc osoby, które twierdziły w komentarzach, że nie można na przykładzie jednej osoby wyciągać reprezentatywnych wniosków.

To prawda. Ale nie popadajmy też w paranoję. Byli tacy, którzy pisali o konieczności utworzenia grupy badawczej, grupy kontrolnej itd. Świetny pomysł. Ale ja od początku pisałem jasno: testuję jedzenie w proszku, konkretnie produkt marki Huel, tak jak robiłby to niemal każdy z nas.

Wiele osób przed zakupem jedzenia w proszku zastanawia się, czy warto kupić. Sporo osób nie ma takich planów, ale jest zainteresowana, jak ludzki organizm znosi monotonię jedzenia tego samego przez 30 dni. Wierzę, że tym osobom pomogłem, bądź umiliłem życie. Habilitacji z technologii żywności i żywienia człowieka nie mam zamiaru robić.

Gdy więc mowa o wynikach badań – są naprawdę niezłe.

Spadł poziom glukozy, nieznacznie obniżył się poziom cholesterolu. Po miesiącu zalewania proszku mlekiem nie ma nic niepokojącego. Spadki – tak zakładam – wynikają przede wszystkim ze spadku wagi, a nie z jedzenia Huela. Magiczne właściwości przypisałbym więc prędzej byciu mniej tłustym niżeli sproszkowanemu jedzeniu.

Na początku testu myślałem, że będę pił cztery szejki dziennie. Przez większość dni jednak po trzech czułem się syty (producent chwali się niskim indeksem glikemicznym – 27 – oraz dużą zawartością błonnika). Przyjmowałem dziennie – doliczając mleko – średnio od 1800 do 1950 kcal.

Jedzenie w proszku moim zdaniem sprzyja odchudzaniu. A to dlatego, że bardzo łatwo mieć kontrolę nad spożywanymi kaloriami. Gdy mam na talerzu schabowego z ziemniakami, nie wiem dokładnie, ile ich jest. Kiedy dowiedziałem się, ile kalorii jest w małym cukierku, zrozumiałem, dlaczego nie mogę zrzucić nadwyżkowych kilogramów. Ile jest kalorii w proszku – wiem.

Nie czułem żadnego osłabienia ani zawrotów głowy. Chodziłem – rzadko, bo rzadko, ale nie inaczej niż wcześniej – na siłownię i pograć w piłkę ze znajomymi. Nie umierałem ze zmęczenia ani niedożywienia.

Wreszcie, nie miałem żadnych kłopotów jelitowych. Sporo osób pytało o wypróżnianie. Nie wdając się w szczegóły – było w porządku.

Czy gdybym jadł (pił) Huela przez rok, a nie przez miesiąc, byłoby tak samo? Nie wiem. Może rzeczywiście jeden z miłych komentujących musiałby mnie odwiedzić na cmentarzu. Być może skróciłem sobie życie o 5 lat, co niektórzy wieszczyli. Ale nie sądzę. Wydaje mi się, że życie znacznie bardziej skraca otyłość niżeli zmielone otręby, ryż i groszek.

Kult jedzenia

8 osób poszło moimi śladami. Stałem się dystrybutorem Huela pośród mojej rodziny i znajomych. Nikt nie odważył się jeść tylko proszku, ale niemal wszyscy co najmniej 3-4 razy w tygodniu piją szejki na śniadanie lub kolację. Jesteśmy na blogu technologicznym. Wiele osób się dziwiło, po co na nim pisać o jedzeniu.

Tymczasem wydaje mi się, że jedzenie w proszku – pełnowartościowe, a nie odżywki białkowe czy węglowodanowe – naprawdę jest jedzeniem przyszłości. Szybko się je robi, jest pożywne, niedrogie (miesięczny koszt to ok. 600 zł), pomaga kontrolować przyjmowaną liczbę kalorii. Ma bardzo wiele atutów. Ale ma też wady. Jako ludzie lubimy jeść. Jedzenie stanowi element naszej kultury.

Pisałem po drugim tygodniu testu, że zaczynam dostrzegać, iż przestaję być elementem grupy, a zaczynam stać koło niej. Skoro bowiem ze znajomym szedłem na burgera, a teraz nie jem burgerów – po co iść? Jeśli na służbowym lunchu nie jem, nie podchodzą do mnie ludzie z talerzem. Po co jeść romantyczną kolację przy świecach, skoro będę siedział z szejkerem i oglądał, jak moja dziewczyna przeżuwa kawałek mięsa?

Nie jedząc – zaczynamy stać obok społeczeństwa. Wydaje się to dziwne, nienaturalne, wręcz kusi, by powiedzieć “może jesteś dziwakiem bez związku z (nie)jedzeniem”. Sam bym tak jeszcze kilka tygodni temu powiedział. A dziś już wiem, że bardzo trudno mi sobie wyobrazić nasze życie bez tradycyjnego jedzenia. I to nie pod kątem zdrowotnym czy samopoczucia, lecz właśnie ze względu na aspekt kulturowy. Przy czym nie wykluczam, że za 10/20/50 lat wspólny posiłek stanie się dla nas tym, czym dziś jest wspólne wyjście do teatru.

Sporo osób mnie pyta: co teraz? „Zaczynasz się obżerać?”. „To co, mielone?”. „Zostajesz przy proszku?”. Jestem już kilkanaście dni po zakończeniu testu i nadal chodzę z szejkerem. Piję 1-2 koktajle dziennie, do tego zjadam tradycyjny obiad. Staram się nie podjadać, ale nie karcę się za złapanie trzech chipsów lub wypicie piwa ze znajomymi. A waga powoli idzie w dół. Po teście mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że myślałem, iż będzie znacznie gorzej.

Czytaj wszystkie teksty o moim teście Huel:

  1. Postanowiłem jeść tylko proszek zalewany mlekiem – miesięczny test „jedzenia przyszłości”
  2. Postanowiłem jeść tylko proszek zalewany mlekiem. Po tygodniu mogę napisać jedno: żyję
  3. Postanowiłem jeść tylko proszek zalewany mlekiem. Jestem po dwóch tygodniach i ludzie zaczęli mnie unikać
  4. Postanowiłem jeść tylko proszek zalewany mlekiem. Po trzech tygodniach jestem w szoku
  5. Postanowiłem jeść tylko proszek zalewany mlekiem. Mój miesięczny test właśnie dobiega końca
  6. Przez 30 dni jadłem proszek zalewany mlekiem. Czas na podsumowanie testu

Patryk Słowik

Gdy byłem dzieciakiem, godzinami zaczytywałem się w gazetach o grach komputerowych. Od “Secret Service”, przez “Świat Gier Komputerowych”, po mój ukochany i zmarły przedwcześnie “Reset”. Najbardziej lubiłem recenzje złych gier. Podziwiałem złośliwość recenzentów.

Po latach sam nim zostałem. Na łamach “Dziennika Gazety Prawnej” recenzuję książki, a także piszę o prawie gospodarczym i systemie ochrony zdrowia. Bez fałszywej skromności, chyba z niezłym efektem.

Nie mogę żyć bez smartfona. Nie wejdę do żadnej knajpy, dopóki nie sprawdzę, jaką ma średnią gwiazdek w Google. Niestety coraz częściej łapię się na tym, że sięgam po telefon, gdy go w ogóle nie potrzebuję.

Dołącz do dyskusji