Postanowiłem jeść tylko proszek zalewany mlekiem – miesięczny test „jedzenia przyszłości”

Artykuł/Nauka 10.05.2019
Postanowiłem jeść tylko proszek zalewany mlekiem – miesięczny test „jedzenia przyszłości”

Postanowiłem jeść tylko proszek zalewany mlekiem – miesięczny test „jedzenia przyszłości”

Czerwona pigułka – mielony. Zielona – schabowy. Żółta – burger z idealnie chrupiącym bekonem. Cóż, tak dobrze zapewne nie jest. Postanowiłem sprawdzić, czy przez 30 dni da się przeżyć na jedzeniu w proszku.

Ustalmy jedną rzecz na wstępie: Flintstonowie są lepsi od Jetsonów. Ale ci drudzy też całkiem nieźli. I to, co autorzy kreskówki przedstawiali jako odległą przyszłość, dziś w wielu przypadkach jest już standardem. Teraz zaś czymś normalnym staje się jedzenie w proszku. Może nie w formule kolorowych tabletek, ale blisko.

To moje gościnne występy na Spider’s Web, więc się poznajmy, skoro mamy spędzić razem miesiąc. Jestem Patryk. Mam 31 lat, jestem dziennikarzem „Dziennika Gazety Prawnej”. W związku ze swoją pracą często chodzę na spotkania w knajpach, lunche, konferencje ze szwedzkim stołem. Znacznie rzadziej na siłownię (być może dlatego za każdym razem panie z recepcji pytają mnie, czy jestem pierwszy raz). Ważę 103 kg przy 186 cm wzrostu. I jak na 31-latka jestem zdrowy. Oto dowód:

Przemiła pani doktor powiedziała mi, że jeszcze trochę pożyję. Mam nadzieję…

Gdy przeczytałem po raz pierwszy o jedzeniu w proszku, pomyślałem – wow, ciekawe. Wielu z nas pamięta ze studenckich czasów próby przeżycia na zupkach błyskawicznych przeplatanych parówkami, ale to jednak była konieczność. Żarcie w proszku to już jednak wybór.

Oczywiście gdzieś z tyłu głowy pojawiła się myśl, że może uda się dzięki temu schudnąć. Bądź co bądź, jedzenie czegoś, co w założeniu nie zachęca do spożycia oraz możliwość dokładnego określenia liczby kalorii, powinno sprzyjać w odchudzaniu. Szybko jednak zrozumiałem, że odchudzić można się w znacznie przyjemniejszy sposób.

Po co żreć proszek, jeśli można zamówić sobie np. dietę pudełkową? Tyle że „pudełka” to coś oczywistego. Prosta zasada – żryj mniej, będziesz mniej ważył (a potem wróć do żarcia więcej, narzekaj na efekt jojo, zamów kolejne „pudełka” i tak w nieskończoność). Jedzenie skrajnie przetworzonego jedzenia (bo nikt mi nie wmówi, że proch zalewany wodą lub mlekiem nie jest przetworzony) to jednak coś o wiele więcej.

To pytanie o przyszłość. Czy już niebawem jedzenie stanie się wyłącznie przyjemnością? Czy wyjście na burgera będzie rozrywką, którą można porównać do wyjścia do teatru? Czy siadając wieczorem z dziewczyną lub żoną do romantycznej kolacji przy świecach, obie osoby będą po prostu piły szejka?

Będę jadł przez miesiąc jedzenie w proszku, bo chce poczuć się jak Jetsonowie.

Gdy więc ktoś mnie pyta, po co chcę przez miesiąc nie jeść tradycyjnego jedzenia, lecz zalewać mlekiem proszek, odpowiadam: chcę się poczuć jak Jetsonowie. Chcę zobaczyć, czy coś, co dzisiaj jest moim testem, jutro będzie naszym życiowym standardem. A może to jedynie moda?

Wybrałem proszek nazwany Huel (producent wyjaśnia, że nazwa wzięła się od „human fuel”, czyli ludzkiego paliwa). Dlaczego ten? Bo jest obecnie najmocniej promowany w mediach społecznościowych, najpopularniejszy. Tu ważne zastrzeżenie: test jest niesponsorowany. Ponad 14 kg proszku kupiłem z własnych pieniędzy (740 zł za produkt, który powinien wystarczyć na 30 dni).

Huel nic – do czasu przeczytania tego tekstu – nie wie o tym, że będę testował ich produkt. A czymże w ogóle ten produkt jest? Jeśli wierzyć producentowi – „łatwym w przygotowaniu pełnowartościowym jedzeniem, które zawiera wszystkie niezbędne aminokwasy, kwasy tłuszczowe, błonnik, fitoskładniki i co najmniej 100 proc. dziennej dawki 26 niezbędnych witamin i składników mineralnych zalecanych przez Unię Europejską”. Tłumaczyć z języka korporacyjnego na polski: to pełnowartościowy posiłek (a nie tzw. gainer), tyle że w proszku, który należy zalać wodą lub mlekiem. Taka ulepszona owsianka.

Krótko mówiąc: dzień w dzień, przez 30 najbliższych dni, będę pił szejki.

Cztery razy dziennie, po 600 kalorii, czyli łącznie 2400 kalorii dziennie. Gdybym był głodny, zwiększę dawkę do 2700 kalorii – ale podobno dużo błonnika robi swoje i człowiek czuje się syty. Oprócz tego tylko kawa, herbata (bez cukru), woda i od czasu do czasu Cola Zero.

Tak wygląda jedzenie na najbliższe 30 dni. A, do tego jeszcze ok. 60 litrów mleka. Nie zmieściłoby się na stole

Oczywiście w głowie kłębi mi się ogrom pytań. Począwszy od tego najważniejszego, czyli czy wytrzymam 30 dni bez standardowego jedzenia. Czy przechodząc obok miski z chipsami, nie będę miał ochoty chwycić dwóch? Czy gdy przyjdą znajomi na mecz, nie będzie mi brakowało piwa i paluszków? Po te bardziej prozaiczne, czyli czy np. nie będę wybiegał ze spotkania za potrzebą?

No i wreszcie: jak ten cały Huel smakuje? Jeśli wierzyć producentowi – świetnie. Ale co ma powiedzieć? Czy ktokolwiek kupiłby ten towar, gdyby sam jego twórca przyznał, że to obrzydlistwo?

W internecie jest pełno opinii. Zapewne 90 proc. z nich jest sponsorowanych, bo wynika z nich, że nic lepszego ludzkość nie wynalazła. Jeśli więc umrę w trakcie testów, pochowajcie mnie jak przystało na odważnego obalacza mitów. Za kilka dni wracam z pierwszą relacją, już po kilku pierwszych dniach jedzenia żarcia w proszku.

Czytaj wszystkie teksty o moim teście Huel:

  1. Postanowiłem jeść tylko proszek zalewany mlekiem – miesięczny test „jedzenia przyszłości”
  2. Postanowiłem jeść tylko proszek zalewany mlekiem. Po tygodniu mogę napisać jedno: żyję
  3. Postanowiłem jeść tylko proszek zalewany mlekiem. Jestem po dwóch tygodniach i ludzie zaczęli mnie unikać
  4. Postanowiłem jeść tylko proszek zalewany mlekiem. Po trzech tygodniach jestem w szoku
  5. Postanowiłem jeść tylko proszek zalewany mlekiem. Mój miesięczny test właśnie dobiega końca
  6. Przez 30 dni jadłem proszek zalewany mlekiem. Czas na podsumowanie testu

Patryk Słowik

Gdy byłem dzieciakiem, godzinami zaczytywałem się w gazetach o grach komputerowych. Od “Secret Service”, przez “Świat Gier Komputerowych”, po mój ukochany i zmarły przedwcześnie “Reset”. Najbardziej lubiłem recenzje złych gier. Podziwiałem złośliwość recenzentów.

Po latach sam nim zostałem. Na łamach “Dziennika Gazety Prawnej” recenzuję książki, a także piszę o prawie gospodarczym i systemie ochrony zdrowia. Bez fałszywej skromności, chyba z niezłym efektem.

Nie mogę żyć bez smartfona. Nie wejdę do żadnej knajpy, dopóki nie sprawdzę, jaką ma średnią gwiazdek w Google. Niestety coraz częściej łapię się na tym, że sięgam po telefon, gdy go w ogóle nie potrzebuję.

Dołącz do dyskusji