Postanowiłem jeść tylko proszek zalewany mlekiem. Po trzech tygodniach jestem w szoku

Artykuł/Nauka 03.06.2019
Postanowiłem jeść tylko proszek zalewany mlekiem. Po trzech tygodniach jestem w szoku

Postanowiłem jeść tylko proszek zalewany mlekiem. Po trzech tygodniach jestem w szoku

Gdy wymyśliłem test polegający na jedzeniu jedynie proszku zalewanego mlekiem, większość znajomych myślała, że odpuszczę po tygodniu. Ja – że po dwóch. Tymczasem po trzech tygodniach mogę powiedzieć, że wytrzymałbym na tym specyfiku i kwartał.

Po pierwszym tygodniu testu życia na proszku Huel stwierdziłem, że mogę napisać jedno: że żyję. Po trzech tygodniach do „żyję” mogę dopisać, że mam się nieźle. Ostatni tekst wielu osobom się nie spodobał. Wiele bowiem było o kulturowych uwarunkowaniach jedzenia, za to mało o moim samopoczuciu i – co dla niektórych najważniejsze – wadze. Jakkolwiek wskazywałem w tekście wstępnym, że zrzucenie kilku kilogramów będzie miłym dodatkiem do mojego testu, lecz nie jest najważniejsze, to wiele osób powodzenie całej miesięcznej operacji postrzega wyłącznie przez pryzmat utraty wagi. I tego, czy – ekhm – nie mam kłopotów z wypróżnianiem się.

Jako że klient nasz pan, śpieszę z informacjami i obserwacjami po trzech tygodniach.

Ważę niecałe 97 kg. Oznacza to spadek wagi w ciągu 21 dni o 6 kg. Oczywiście na początku kilogramy gubi się łatwiej. Teraz jest już trudniej. Ale regularnie waga, choć powoli, idzie w dół. Dla jasności: nie sama z siebie. Jeśli ktoś myśli, że wystarczy siedzieć na kanapie i pić szejki, to nie wróżę powodzenia. Ale to nie tekst o tym, co robić, żeby schudnąć. Warto jednak poczynić ważne zastrzeżenie. Część osób w Huelu widzi magiczną miksturę, której dodanie do jadłospisu pomoże schudnąć. Oczywiście tak nie jest. Huelem, jeśli ktoś chce, należy zastępować posiłki, a nie dodać go do menu. Od przyjęcia 500 dodatkowych kcal człowiek nie schudnie.

Przed testem zastanawiałem się, tak jak zastanawia się część czytelników, jak zareaguje organizm po przestawieniu się na jedzenie w płynnej formie. Mówiąc wprost – czy nie będę miał biegunki lub zatwardzenia. Musicie mi uwierzyć na słowo (chyba że ktoś chce zobaczyć zdjęcie – mogę mu wysłać): jest w porządku. Czasu, który zaoszczędzam na przygotowywaniu posiłków, nie „marnuję” na sedesie.

No właśnie, czas. Dla wielu osób ważną kwestią przy kupowaniu jedzenia w proszku jest możliwość jego szybkiego przygotowania. Kilkanaście osób spytało mnie, czy rzeczywiście można przygotować posiłek w 5 minut. Szczerze mówiąc, w zupełni wystarczą dwie minuty. Warto natomiast gotowy koktajl wsadzić chociaż na pół godziny do lodówki. Zimny jest znacznie smaczniejszy.

Mój test, jak wskazywałem w pierwszym tekście, jest niesponsorowany. Sam zapłaciłem za Huela, by mieć całkowitą swobodę przy krytykowaniu jego mankamentów. Sęk w tym, że trudno mi te mankamenty dostrzec. To prawda, jedzenie jest monotonne. Ale to nie wina producenta, że jem tylko jego proszek. Większość osób oprócz Huela spożywa też co najmniej jeden „normalny” posiłek dziennie. Jem bez obrzydzenia. Czuję się najedzony, przyjmując dziennie ok. 1800 kcal. Nie boli mnie głowa, nie kręci mi się w niej, nie czuję spadku siły, nie mam gastrycznych perturbacji. Chudnę powoli, ale chudnę. Oszczędzam czas przy robieniu jedzenia.

Ba, moi najbliżsi przekonują się do Huela. Moja dziewczyna, gdy zachorowała na zapalenie oskrzeli, nie miała ochoty na nic do jedzenia. A proszek mlekiem chętnie zalewała i popijała po trochu. Teraz często dziewczyna idzie do kuchni i po prostu przygotowuje porcję dla dwóch osób – świadomie wybierając proszek zalany mlekiem zamiast kiełbasy. Moja mama stwierdziła, że dzięki przerzuceniu się na moją dietę, choćby na 2-3 tygodnie, zrzuci kilka jej zdaniem zbędnych kilogramów. Mój kolega, który chciałby nabrać trochę masy, a ma kłopot z przyjmowaniem odpowiedniej liczby kcal dziennie, stwierdził, że uzupełni swoje dzienne menu o jeden koktajl na proszku. Bliskie mi osoby, widzące, jak znoszę jedzenie w proszku, uznały, że same tego spróbują. W mniej hardcore’owej formie, gdyż jedząc też tradycyjne posiłki, ale chcąc przy pomocy „jedzenia przyszłości” zrealizować swoje cele.

Na górze zdjęcie obiadu dla dwóch osób w pierwszym tygodniu mojego testu. Na dole zdjęcie obiadu dla dwóch osób po trzech tygodniach.

Czy to oznacza, że Huel jest dla każdego? Na pewno nie. Ma specyficzny posmak, który dla niektórych może być nie do zaakceptowania. Trzeba pamiętać, że w składzie jest słodzik – sukraloza. Część osób może więc czuć metaliczny posmak.

Ponadto Huel (i każde inne jedzenie w proszku) jest czymś, co tak naprawdę jest nieprzebadane. Co prawda producent zapewnia, że w proszku są wszystkie potrzebne nam składniki odżywcze, ale czy tak jest naprawdę? Przecież nie można wykluczyć wariantu, że o czymś zapomniał albo że – mimo rozwoju nauki – nie zdajemy sobie jeszcze dokładnie sprawy z tego, czego potrzebujemy. Czy Huel ma wszystko, co nam niezbędne, dowiemy się zapewne za kilka lat.

Dlatego każdy musi podjąć decyzję samodzielnie. Ja nie ukrywam, że jestem zaskoczony. Myślałem, że zadanie przeżycia przez miesiąc bez tradycyjnego jedzenia będzie bardzo trudne w realizacji. Pierwszy tydzień, gdy odzwyczajałem się od podjadania i od cukru, był trudny. Teraz jest już z górki. Ale wiem, że będą kolejne przeszkody do pokonania. Nie chodzi przecież o to, by po skończeniu przygody z proszkiem rzucić się niczym wygłodniałe zwierzę i opróżniać lodówkę dzień po dniu.

Czytaj wszystkie teksty o moim teście Huel:

  1. Postanowiłem jeść tylko proszek zalewany mlekiem – miesięczny test „jedzenia przyszłości”
  2. Postanowiłem jeść tylko proszek zalewany mlekiem. Po tygodniu mogę napisać jedno: żyję
  3. Postanowiłem jeść tylko proszek zalewany mlekiem. Jestem po dwóch tygodniach i ludzie zaczęli mnie unikać
  4. Postanowiłem jeść tylko proszek zalewany mlekiem. Po trzech tygodniach jestem w szoku
  5. Postanowiłem jeść tylko proszek zalewany mlekiem. Mój miesięczny test właśnie dobiega końca
  6. Przez 30 dni jadłem proszek zalewany mlekiem. Czas na podsumowanie testu

Patryk Słowik

Gdy byłem dzieciakiem, godzinami zaczytywałem się w gazetach o grach komputerowych. Od “Secret Service”, przez “Świat Gier Komputerowych”, po mój ukochany i zmarły przedwcześnie “Reset”. Najbardziej lubiłem recenzje złych gier. Podziwiałem złośliwość recenzentów.

Po latach sam nim zostałem. Na łamach “Dziennika Gazety Prawnej” recenzuję książki, a także piszę o prawie gospodarczym i systemie ochrony zdrowia. Bez fałszywej skromności, chyba z niezłym efektem.

Nie mogę żyć bez smartfona. Nie wejdę do żadnej knajpy, dopóki nie sprawdzę, jaką ma średnią gwiazdek w Google. Niestety coraz częściej łapię się na tym, że sięgam po telefon, gdy go w ogóle nie potrzebuję.

Dołącz do dyskusji