Mój systemowy coming out jest… nieco zabawny

Felieton/Technologie 17.06.2017
Mój systemowy coming out jest… nieco zabawny

Kolejny systemowy coming out na Spider’s Web. Czy to już epidemia? 

Wiem, jak bardzo lubicie nasze coming outy. Wyznania dotyczące zmiany systemu operacyjnego przyciągają spore audytorium.  To przecież taka wspaniała okazja, by wyśmiać i poniżyć głupca, który zdecydował się porzucić jedyną słuszną platformę na rzecz tego, apple’owskiego/androidowego (niepotrzebne skreślić), badziewia. Jeżeli decyzja penitenta była właściwa, zawsze można go pochwalić i umocnić w nowej wierze.

Mój coming out jest zabawny…

Choćby dlatego, że jeszcze dwa tygodnie temu w swoim tekście na temat zmiany telefonu z Androidem na iPhone’a, Hubert Taler w satyryczny sposób parafrazował moją wypowiedź z redakcyjnego Slacka. Pamiętam zresztą tę sytuację, gdy perorowałem na temat wydumanej sytuacji mającej pokazać wyższość Androida na iOS-em. Rzecz dotyczyła m.in. idiotycznego ograniczenia uniemożliwiającego w prosty sposób wgranie dzwonka spoza iTunes Store. W felietonie Huberta spełniłem rolę gościa, który mocno przywiązany do otwartości Androida, bardzo irytuje się ograniczeniami iOS-a. Po prawdzie, trochę podpuszczałem kolegę.

Zżyłem się z Androidem. Po raz pierwszy sięgnąłem po system Google’a w 2010 roku. Do pierwszego skoku w bok wytrzymałem jednak tylko 3 miesiące. Nieudany związek z pierwszym Samsungiem Galaxy S zakończył się zmianą na iPhone’a 4. Romans płynnie przeszedł w małżeństwo i do dziś pamiętam, jak bardzo lubiłem ten telefon. Później, na przemian, trochę z nudów, dbałem o płodozmian. Wracałem do Androida i gdy miałem dość, znów sięgałem po iPhone’a. Sytuację nieco skomplikował pierwszy i jedyny smartfon z Androidem, z którego byłem zadowolony prawie w 100 proc. Był to HTC One Max. Lubiłem w nim wszystko poza aparatem. Nigdy wcześnie nie używałem jednego urządzenia z robocikiem ponad 2 lata. Ten był jak dotąd jedyny.

Moto X Style miała być kontynuacją tego przyjemnego stanu rzeczy. W końcu w pełni przekonałem się do systemu Google’a. Doceniłem jego możliwości. Tylko drobnostki wywoływały irytację. Najbardziej drażnił rzecz jasna problem z aktualizacjami. Szczegół, który nie interesuje zwykłego użytkownika, dla geeka może być przyczyną nerwicy. Dlatego pod tekstami o fragmentacji wylewa się taka fala hejtu.

Zawsze bawiło mnie, gdy na wszelkie pytania dotyczące dyskomfortów płynących z obcowania z Androidem, padała odpowiedź: „iPhone”. Nawet pod tekstem o klawiaturach smartfonowych przeczytałem w komentarzach radę, by kupić iPhone’a. iPhone dla wielu jest lekiem na całe zło mobilnego świata. Redakcyjny kolega, Piotr Barycki, kilkakrotnie moje poirytowanie pacyfikował tym jednym słowem: „iPhone”. Gdy to robił, wkurzałem się jeszcze bardziej, ale kultura nie pozwalała mi powiedzieć wprost: „weź się, chłopie, odpiernicz”.

Coming out nie jest prostą sprawą, dlatego musieliście przeczytać powyższy prolog. Nie będę was dłużej trzymał w niepewności. Napiszę, co stało się, gdy TO zrobiłem. Szykujcie bracia wiadra z hejtem. Oto moje wyznanie:

Po ponad trzech latach wróciłem do iPhone’a i znów poczułem się jak w domu.

Możecie nie wierzyć, prychać, a nawet opluć jadem monitory. Tak właśnie było. Po skonfigurowaniu urządzenia i kilku minutach korzystania z niego miałem wrażenie, że brakujący element wreszcie wskoczył na właściwe miejsce. I tylko odruchowo i kompulsywnie wszedłem w Ustawienia >> Ogólne >> Uaktualnienia, by zobaczyć wreszcie to, co tak lubię: ostatnią i aktualną wersję systemu.

Ten ostatni gest był oczywiście bez sensu. Wiadomo przecież, że iOS to niedościgniony wzorzec, jak powinien przebiegać proces udostępniania aktualizacji użytkownikom. Powinien spocząć obok wzoru metra w Międzynarodowym Biurze Miar i Wag w Sèvres.

Nie, nie wyciągajcie pochopnych wniosków. To nie aktualizacje przesądziły o zmianie. One też, ale przede wszystkim było to owe przyjemne wspomnienie z odległych czasów, gdy korzystałem z obu iPhone’ów, że smartfon może nie absorbować błahymi, ale denerwującymi szczególikami. Stąd to poczucie technologicznej nirwany po rozpoczęciu użytkowania nowego iPhone’a. Jak to wszystko się ma do wspomnianej – modelowej – kwestii prostego wgrania dzwonka? Wszedłem do iTunes i pamiętając, że już we wtorek zobaczę na żywo Guns N’ Roses, pobrałem jeden z moich ulubionych utworów tego zespołu.

Mam nadzieję, że nie zabije mnie redakcyjny kolega, gdy przywołam cytat z jednej z licznych dyskusji. Nie podam tym razem personaliów, bo nie chcę budzić go w sobotę o szóstej rano, by prosić o zgodę na cytowanie jego wypowiedzi. Jeżeli zechce, w komentarzu wyjdzie z cienia i napisze: „to ja”.

Ważne jest to, że mając iPhone ma się czas na jakikolwiek seks, bo nie siedzi się na forum szukając sposobu rozwiązania problemu Androida, o którego istnieniu posiadacze iPhone’a nawet nie mają pojęcia.

Wiem, jak teraz czują się ci, którzy niedawno skończyli nocne posiedzenie, mające na celu znalezienie instrukcji, jak sflashować Androida, by mieć to, co inni dostali w najnowszej wersji systemu. Wiem, jak czyta się obietnice producenta, że już za chwilę, już za momencik, tymczasem mija 9 miesięcy i mógłby urodzić się nam potomek (gdybyśmy nie siedzieli na forach), a aktualizacji nadal nie ma (pozdrowienia dla Lenovo).

Między innymi dlatego wybrałem iPhone’a. Czasy estetycznego emejzingu już dawno minęły (iPhone 4 <3 #4ever). Gdy patrzę na nabyty właśnie sprzęt Apple’a, przypomina mi wyglądem kończący się skrawek mydła. Na widok zdjęć nowego Control Center, które dostanę w iOS 11, zgrzytam zębami. iPhone i iOS nie są już może ikonami piękna.

Są za to ikonami świętego spokoju, którego łaknę, jak kania dżdżu po przygodach z Androidem.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement