Microsoft w imię cenzury prawie zablokował sam siebie

Felieton/Technologie 31.07.2013
Microsoft w imię cenzury prawie zablokował sam siebie

Walka z piractwem i naruszaniem własności intelektualnych to w dzisiejszych czasach prawdziwa wojna. Niektóre firmy wytaczają chyba jednak zbyt wielkie działa. Microsoft prawie sam się usunął z Internetu.

Od maja ubiegłego roku Google co miesiąc informuje internautów na temat ilości żądań, jakie otrzymuje od właścicieli praw autorskich. Żądań o usunięcie danej witryny z wyników wyszukiwania, rzecz jasna. Google, chętnie bądź nie, musi się tym żądaniom podporządkowywać w myśl obowiązującego prawa. Cieszy mnie bardzo, że jest przy tym tak „przeźroczysty”, jak tylko się da.

Informacje, o których mowa, znajdziecie pod tym adresem. Widać wyraźnie, że Microsoft jest szczególnie aktywny w swoich cenzorskich zapędach. Radośnie korzysta z danej mu przez prawo możliwości i zgłosił bagatela, 864 768 żądań usunięcia witryn, które jego zdaniem naruszają jego prawa autorskie.

Rzecz jasna, to nie technicy Microsoftu przeczesują miliony stron w poszukiwaniu pirackich wersji oprogramowania, fałszywych licencji czy innych form naruszania praw autorskich. Pracuje za niego algorytm. O tym, jak bardzo jest zawodny, przekonał się Google. I musiał mieć przy tym niezły ubaw. Otóż algorytm ten doniósł o sześciu witrynach, które naruszają prawa autorskie Microsoftu, które znajdują się… w domenie Microsoft.com. Innymi słowy, Microsoft „stwierdził”, że narusza swoje prawa autorskie i poprosił o usunięcie się z wyszukiwarki Google.

Google nawet nie odpowiadał Microsoftowi (a przynajmniej nic nam o tym nie wiadomo), a po prostu zignorował te sześć żądań, domyślając się, że to pomyłka. Pięć z sześciu witryn to francuskojęzyczne strony Microsoftu. Nie mam pojęcia, czy ma to jakieś znaczenie.

Google miał pełne prawo pofolgować sobie i swojej złośliwości i te witryny usunąć. Pomyłka była jednak na tyle oczywista, że nie doszło do kompromitacji. To jednak pozwoliło mi się nad tym zastanowić nieco dłużej. Skoro zdarzają się tak kuriozalne pomyłki, to ile witryn wyparowało, bo pomyłka „już nie była tak oczywista”?

Piractwo niewątpliwie jest problemem. Czy ów problem leży w tym, że wszyscy „kradną”, czy też w ułomnym modelu biznesowym jeżeli chodzi o cyfrowe treści, to już osobna kwestia i dyskusji w Internecie było na ten temat miliony. Póki co jednak ten problem nie został rozwiązany, rozumiem więc podmioty broniące swoich zysków. Ale czy cenzurowanie pirackich witryn, wycinanie ich z Internetu, to dobra droga?

A co jeśli założę swoją stronę internetową i opiszę zasady działania cracków do gier. Podając skompilowane przykłady. Rzecz jasna, mam czyste intencje i chcę nauczyć młodocianych hakerów komputerowego bezpieczeństwa. Dalej jestem ten zły i niedobry? W myśl prawa: tak. Google, na żądanie, usunie moją witrynę. Źle mi to pachnie.

Pachnie mi to Średniowieczem. Kiedy to inne doktryny, niż Jedyna Oczywista, były wyśmiewane, lub palone na stosie. Tak, piractwo to jest problem. Tyle że cenzura jest jeszcze większym problemem. Nie chcę zwalczać problemu czymś gorszym. Nawet jeżeli pod górnolotnym słówkiem „cenzura” kryje się wycięcie strony zajmującej się niczym innym, jak hostowaniem cracków do oprogramowania.

Otwarcie danej furtki to możliwość otwarcia kolejnej. Usuwamy cracki i stronki z kluczami produktów. By chronić prawa autorskie. Usuwamy porno. By chronić dzieci i obyczajność. Pewnie za jakiś czas zniknie przemoc. By nie prowokować agresywnych zachowań.

Ciekawe kiedy zaczniemy usuwać „szkodliwie ideologiczne” witryny?

Zdjęcie Stop gesture through a laptop screen concept for internet pochodzi z serwisu Shutterstock

Maciek Gajewski jest dziennikarzem, współprowadzi dział aktualności na Chip.pl, gdzie również prowadzi swojego autorskiego bloga.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement