Dziwaczna decyzja Google’a na rynku e-booków

12.07.2011
Dziwaczna decyzja Google’a na rynku e-booków

Gdy Google debiutował na rynku e-booków wydawało się, że rośnie godny konkurent dla Amazon. Wielkie G zintegrowało ofertę dla czytelnika ze swoim najpotężniejszym narzędziem, wyszukiwarką internetową, a księgarnia eBookStore miała w krótkim czasie stać się największym na świecie katalogiem e-książek. Czy tak się stało na razie nie wiadomo. W bazie księgarni Google’a jest dziś ponad niż 3 mln darmowych e-booków, oraz kilkaset tysięcy płatnych, ale o sprzedaży Google milczy, a naturalnego buzzu wokół serwisu kompletnie nie ma.

W pół roku po uruchomieniu eBookStore ledwo co w ogóle o usłudze słychać. Niby jest, niby działa, niby dodaje kolejnych mniejszych wydawców do swojego portfolio, ale jakoś fajerwerków brak, a sam Google mało co informuje o swoim serwisie. Przypomniał o niej dopiero wczoraj, kiedy poinformował o rychłym debiucie pierwszego e-czytnika opartego na dostępie do Google Books. Dziwny to jednak czytnik z bardzo niewielkim potencjałem sprzedażowym.

Do tej pory Google zdawał się przyjmować strategię firmy Amazon i stawiał na dostępność usługi na możliwie szeroki wachlarz platform i urządzeń. Czy to na Androidzie, czy na iOS – na tabletach Apple’a i Samsunga – jak również na wszystkich stacjonarnych systemach operacyjnych via przeglądarka internetowa i/lub aplikacja Chrome można było korzystać z usługi czytania i przechowywania e-booków w chmurze. Wszędzie, tylko nie na e-czytnikach – ani oczywiście na Kindle’u, ani na Nooku, ani na Kobo. Dodatkowo usługa była (i jest) bardzo ograniczona terytorialnie – księgarnia eBookStore, która umożliwia zakupy e-książek, w tym najpopularniejszych nowości wydawniczych, dostępna jest jedynie dla klienta amerykańskiego. W Polsce jak nie było możliwości kupowania książek w eBookStore, tak dalej nie ma, chociaż zapowiadana była na początek 2011 r. Trudno więc cokolwiek powiedzieć na temat e-księgarni Google’a z polskiej perspektywy.

Tymczasem od niedzieli w sklepach sieci Target na terenie Stanów Zjednoczonych zadebiutuje iRiver Storry HD – pierwszy e-czytnik z dostępem do e-księgarni eBookStore Google’a. Czytnik oferuje czarno-biały ekran – ponoć z najlepszą rozdzielczością na rynku e-czytników – klawiaturę QWERTY oraz baterię, która wytrzyma do trzech tygodni na jednym doładowaniu. Tymczasem po pierwsze w ostatnim czasie to e-czytniki z kolorowym wyświetlaczem sprzedają się lepiej od tych z czarno-białym (sensacyjne wyprzedzenie sprzedaży Kindle’a przez Nooka), a po drugie nowości na rynku e-czytników mają dotykowe ekrany z fizyczną klawiaturą i na dodatek pozwalają na dwumiesięczną pracę na jednym doładowaniu (Nook Simple Touch)

W ogóle wybór partnera jest co najmniej zastanawiający, podobnie jak jego pozycjonowanie cenowe – iRivier kosztować będzie 139,99 dol., czyli dokładnie tyle co rynkowy hit – Kindle od Amazonu i o 10 dol. więcej niż Kobo Touch. iRiver jest raczej mało znaną marką w Stanach, a w Azji (głównie w rodzimej Korei Południowej) oraz Europie raczej postrzeganą jako ‚tania’, więc trudno będzie liczyć na naturalne zainteresowanie klientów połączoną ofertą debiutanta na rynku e-czytników oraz Google’a, który niewiele robi by promować swoją usługę.

Dziwna to strategia, która wydaje się być z góry skazaną na porażkę. Tak jakby Google od niechcenia zajmował się rynkiem e-booków i nie zależało mu na sukcesie sprzedażowym. Zawsze mi się wydawało, że w biznesie, a w szczególności w tych największych globalnych korporacjach, każdy nowy projekt – w zasadzie niezależnie od tego jak duży – musi być oparty na jakimś biznesplanie. Tymczasem pół roku temu Google uruchomił eBookStore, po czym prawie o niej zapomniał, a teraz angażuje się w wydanie e-czytnika, którego potencjał jest… powiedzmy to otwarcie żaden.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement