Newsweek – E-poczytamy

23.01.2011
Newsweek – E-poczytamy

17 stycznia 2011 r. „Newsweek Polska” opublikował mój tekst p.t. „E-poczytamy”. Oto jego treść.

Po pojawieniu się w 2007 r. czytnika Kindle wydawało się, że dedykowane czytaniu elektroniczne gadżety zawojują świat. Tak się nie stało, bo sam gadżet to za mało, by przekonać przeciętnego czytelnika do e-druku. Ubiegły rok przyniósł nowy trend – e-booki w technologicznej chmurze, czyli w sieci. Teraz e-czytanie to usługa dostępna na dowolnym urządzeniu wyposażonym w stosowne aplikacje (Amazon), czy po prostu w przeglądarce internetowej (Google). Wraz z rozwojem smartfonów i tabletów rok 2011 r. może w końcu przynieść globalną popularyzację e-literatury.

Książka jest ostatnim medium, które wciąż tkwi w erze 1.0. Dziś wszystko się „lubi” i „poleca”, dzieli linkami na Twitterze i Facebooku. Tylko czytanie książek to wciąż samotna czynność.

To się wkrótce zmieni. Wartość sprzedaży drukowanych książek ma spaść do roku 2014 z 21 do 19 mld dol. rocznie, a wartość sprzedaży e-booków wzrosnąć do 2,8 mld dol. w 2015 ? twierdzą analitycy Forrester Research. Już dziś 7 proc. internautów wchodzi do sieci tylko po to, by poczytać e-booki. Nabywcy elektronicznych czytników korzystają z nich przy lekturze prawie połowy książek, które w ogóle czytają.

Pierwszy ze swoim e-czytnikiem wszedł na rynek Amazon. Jednak mimo że Kindle kilka razy okrzykiwano następcą iPoda – który zmienił rynek i kulturę słuchania muzyki – jego łączna sprzedaż nie była imponująca. 10 milionów w trzy lata to mniej niż Apple sprzedaje swoich odtwarzaczy w jednym kwartale (średnio 11 mln). Także w Polsce gwiazda eClicto, czytnika Kolportera, zgasła równie szybko jak zabłysła. Teraz jednak na rynek wszedł większy gracz – Empik. Zaczął od przygotowania oferty e-booków, a dopiero później e-czytnika, który kosztuje 650 zł, czyli ponad jedną czwartą mniej niż eClito (choć więcej niż Kindle 139 dol.)

Empik naśladuje model dostępności usług wypracowany przez Amazon. Szef tej firmy Jeff Bezos zrozumiał, że sam czytnik to za mało. Dlatego na początku 2010 r. uczynił e-booki usługą dostępną na najszersze spektrum urządzeń – od notebooka po tablet. Z jednej strony Amazon ma sam czytnik Kindle – dla tych, którzy nie wyobrażają sobie lektury książek na pstrokatych ekranach tabletów, czy na małych ekranach smartfonów. Z drugiej – oferuje usługę Kindle – czyli e-czytanie na różnych urządzeniach.

Na ramionach Amazona zapragnął stanąć Steve Jobs – dokładnie takiego zwrotu szef Apple’a użył, kiedy w połowie ubiegłego roku ogłaszał powstanie własnej usługi-księgarni iBookStore. Wcześniej pokazał światu iPad – pierwszy tablet nowej ery, mianując go głównym urządzeniem domowym do konsumpcji mediów, w tym cyfrowych książek. Na razie jednak Steve Jobs nie podał żadnych liczb sprzedaży w iBookStore.

Ważniejsza dla rynku e-booków będzie inwestycja Google, który zintegruje ofertę dla czytelnika ze swoim najpotężniejszym narzędziem, wyszukiwarką internetową. Właśnie zadebiutowała usługa eBookStore z katalogiem e-książek, który docelowo ma być największy na świecie. Tak jak na rynku smartfonów, Google’owi nie będzie potrzebny żaden własny e-czytnik, bo usługa eBookStore będzie niezależna od jakiegokolwiek urządzenia czy księgarni. Kupisz e-książkę od mniejszego, niezależnego wydawcy? Będziesz miał możliwość wrzucenia jej na wirtualną półkę serwisie Google i czytania na dowolnym urządzeniu mobilnym za pomocą wymyślonej przez Google przeglądarki internetowej Chrome.

eBookStore jest zintegrowany z całym ekosystemem usług Google’a, włącznie z reklamami i popularną wyszukiwarką. Zamiast przekierowywać czytelników na strony Amazon.com, Google odeśle ich do siebie. To niezwykła przewaga tej firmy nad resztą konkurentów. Ma ona dostęp do setek tysięcy klientów w najbardziej atrakcyjnym momencie skłaniającym do zakupu – nie podczas wizyty w księgarni, kiedy chęć zakupu e-booka jest już skrystalizowana, lecz wcześniej, podczas wyszukiwania informacji. To przyciągnie także wydawców i autorów e-książek, którzy będą reklamowac się w Google, zamieszczając linki przy wyniku wyszukiwania.

Zanim jednak powstanie masowy rynek e-booków, wydawcy i dystrybutorzy muszą rozwiązać istotny problem -ceny. Na razie średnia cena fizycznej książki w tzw. twardej okładce to 26 dol. Wydawca dostaje zaledwie 50 proc. z tej kwoty, a jego czysty zarobek to tylko 4,05 dol. Resztę pożerają poszczególne szczeble dystrybucji. Wydawałoby się, że e-książki powinny być spełnieniem marzeń wydawców – odchodzą przecież potężne koszty pośredników sprzedaży, druku oraz transportu. Tak pięknie jednak nie jest. Średnia cena e-booka w iBooks Store oraz Amazon to 12,99 dol. Po opłaceniu 30-procentowej prowizji naliczanej przez Amazon, wydawca dostaje 9,09 dol. Z tego musi opłacić autora, zapłacić za proces digitalizacji książki oraz wydać co nieco na marketing. Zostaje od ok 4,5-5,5 dol zysku z jednego sprzedanego e-booka. Jedynie pół do półtora dolara więcej niż w przypadku sprzedaży fizycznych książek. Widać wyraźnie, że oszczędności na druku i dystrybucji przechwytuje … też dystrybutor czyli Amazon lub Apple.

Tutaj wybawieniem może być Google. Mając inne źródła dochodu z książek (reklamy), za sprzedaż w swoim eBookStore pobierać będzie jedynie 5 proc. prowizji. W ten sposób może szumnie obiecać, że wyjściowa cena przeciętnej e-książki będzie wynosiła co najwyżej 80 procent ceny najtańszego wydania drukowanego. Co więcej, Google zeskanował ponad 15 mln książek ze 100 krajów, w ponad 400 językach i obiecuje udostępnić w sieci znaczną większość z nich za darmo.

Czy to wystarczy, by już dziś ogłosić koniec drukowanych książek? Raczej nie. Ich największą przewagą jest to ,że można je czytać wszędzie: na plaży i w wannie. Jeśli elektroniczny papier ma zastąpić tradycyjne książki, musi odziedziczyć tę bezproblemowość. A na to jeszcze nikt nie ma pomysłu.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement