Jak nakarmić hydrę – Google wkracza na rynek gier?

25.06.2011
Jak nakarmić hydrę – Google wkracza na rynek gier?

Tytuł jest trochę truizmem – firma z Mountain View od dawna pokazywała, że rozrywka elektroniczna też jest dla niej ważna, jednakże do tej pory były to tylko dodatki mające pokazać tak naprawdę co innego. I tak – Snake w Gmailu był pokazem możliwości laboratorium, podobnie Quake II w przeglądarce miał prezentować silnik WebGL. Kilka dni temu jednak w ofertach pracy pojawiło się stanowisko zatytułowane „Product Manager, Games – Mountain View”.

Rozwinięcie noty pokazuje jasno, czym ma się zajmować nowy PM – rozwinąć nową gałąź. Reszta akapitu też kładzie całkiem niezły nacisk na budowanie strategii związanych z tożsamością graczy oraz rozwijania społeczności Google. Cóż, wiadomo było, że Google będzie szło dalej ze swoimi pomysłami.

Firma – bądźmy szczerzy – miała na koncie kilka niewypałów. Ostatnim z nich jest Chromebook, który został przyjęty dość chłodno, a przez niektórych pogardliwie określony mianem „współczesnej maszyny do pisania”. Jeśli chodzi o społeczność – podobnie Buzz i Orkut nie zyskały sobie zbyt znaczącego grona zwolenników, nie wspominając już nawet o pogrzebanym Wave. Pozostał Youtube, który de facto jest bardziej quasispołecznościówką, niż pełnoprawnym portalem (ale to też i kwestia tego, po co właściwie istnieje witryna – a nie jest to portal budowany na podobnych założeniach jak na przykład Facebook). Po co zatem rynek gier komputerowych? Zwłaszcza, że sytuacja na nim jest dość ustabilizowana i raczej nie zanosi się na rewolucję – nawet po wkroczeniu Google.

Sensowna odpowiedź byłaby taka, że Google buduje gałąź rozrywki próbując właśnie rozpędzić promocję Chromebooków oraz swojego sklepu z aplikacjami. Dotyczy to tak ChromeOS, jak i Androida oraz przeglądarek na silniku Chromium. W ten sposób firma przyciągałaby do siebie przede wszystkim kompleksowym zapleczem tak pod względem aplikacji biurowych/biznesowych, jak i rynku rozrywki oraz społeczności. Które, bądźmy to szczerzy, kuleją.

Czas pokaże, o co Google tak naprawdę chodzi, ale w tym momencie taka opcja wydaje się być najrozsądniejsza. Firma obecnie przypomina już hydrę, której niektóre głowy (Chrome, wyszukiwarka) są całkiem nieźle odżywione, a niektóre są na tyle wyposzczone, że chwycą wszystko. Cóż, taki urok bycia gigantem, który próbuje wchodzić na wszystkie możliwe pola działania i nie ma Steve’a Jobsa, który to pokieruje oraz nada sensu. Bo Google to nie Apple – nie daje stylu życia, ale rozwiązania. Pozostaje obserwować, co z tego wyniknie. Może faktycznie jednak na półkach sklepowych obok marek Blizzard, EA, Ubisoft i innych pojawią się również te z charakterystycznymi czterema kolorami firmy.

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement