Przemysław Pająk
03 września, 2008
Konferencja Apple już w najbliższy wtorek, 9 września 2008 roku. Sposób w jaki Apple zaprasza na konferencję – w formie screenshotu z iPoda – wskazywałby na to, że plotki o nowych iPodach nano i zmianach w iPodach touch znajdują swoje potwierdzenie.
Mówi się nawet o 10 nowych pozycjach w portfolio iPodów. O nowych cenach iPodów touch też, gdyż teraz cena wejściowa toucha jest wyższa od iPhone’a. Wydaje się to niedorzecznością, skoro iTelefon to iPod touch plus dodatkowe atrakcje.
Może jednak okazać się, że “Let’s Rock” to nie tylko nowe iPody. Okazuje się, że siły PR firmy Apple bardzo silnie “follow-upują” wysyłki zaproszeń (typowe w public relations działanie: wysyłka informacji – pierwszy follow-up (doszło; niedoszło; czy wszystko jasne; czy potrzeba innych informacji) – drugi follow-up (ustalenie wszystkich szczegółów publikacji, spotkania, wydarzenia)). Chcą mieć pewność, że wszyscy ważni świata mediów będą obecni na wtorkowym spotkaniu z Apple.
Pewien dziennikarz ze Wschodniego Wybrzeża pochwalił się serwisowi Cult of Mac, że Apple wydzwania za nim prosząc, żeby koniecznie był we wtorek w San Francisco, gdyż “Let’s Rock will be a big deal”. Sam dziennikarz, który od lat pisze o nowych technologiach i Apple, jest zdziwiony takim zachowaniem PRowców Apple, gdyż z reguły ekipa Steve’a Jobsa pragnie do końca zachować w tajemnicy szczegóły swoich konferencji.
“Let’s Rock” w najbliższy wtorek o 10 rano czasu lokalnego w San Francisco w “Yerba Buena Center for the Arts”. To godzina 19 czasu polskiego.
| poprzedni wpis | początek | następny wpis |
Jesteś człowiekiem marketingu i PR, więc pewnie będziesz znał odpowiedź na pytanie: czy w marketingu i PR nie ma polskiego czasownika by określić czynność, którą Ty nazywasz “follow-upowaniem”?
Chociaż zapomniałem, że niektórzy się dowartościowują wtrąceniami w obcym języku, ale to chyba nie Twój przypadek.
Pozdrowienia.
Rozumiem podwórkowy angielski np. na Twitterze (choć w wydaniu polskim jest mało angielski – trudno się to czyta), ale poważny dziennikarz? (o ile poważnym można nazwać pisanie o każdym ruszeniu palcem panów z Apple – no ale to fani chcą wiedzieć)
Wychodzi na to, że znowu Cię krytykuję. Chyba się przyzwyczaiłeś
No wiem, wiem…
Ale właśnie nie ma odpowiednika polskiego, który by się przyjął. W branży wszyscy mówią o “follow-upach”…
Ja generalnie uważam, że to normalny zabieg, który się dzieje w języku polskim. Pisałem już z resztą o tym w Trendy Food:
http://www.przemekspider.com/2008/03/tf-debriefuj-outdoor-w-media-planie.html
Normalny zabieg? To ci dopiero. Odkąd język polski stał się pacjentem brytyjskich lekarzy?
Rozumiem, skoro “wszyscy tak mówią” to lepiej sobie jakoś zjawisko wytłumaczyć, nawet w naiwny sposób. Zdecydowanie zabieg, o którym mówisz, nie jest normalny. Normalne są zapożyczenia, a nie szpan językowy i lenistwo “branży”. Kiedyś mi jeden taki odpowiedział na analogiczne pytanie “bo to lepiej brzmi”. Widzisz Przemku, “follow-up” użyte w polskim nie ma takiego znaczenia jak użyte oryginalnie. W rezultacie następuje zubożenie znaczenia albo nadaje się “follow-up” nowe znaczenie i to już nie jest “follow-up”. A że nie mamy do czynienia ze “zwykłym” procesem zapożyczania świadczy również fakt, że jak powiesz “follow-upuje” do osoby spoza branży, ona Cię nie zrozumie, bo nawet nie zrozumie kontekstu. Zapożyczenia rozumieją wszyscy i z reguły są to wyrazy, na które nie da się odnaleźć odpowiedników już istniejących w rodzimym języku (np. komputer, podkast, itp.) Wybacz, ale “follow-upować” można po polsku. Nie takie rzeczy się tłumaczy, Przemek. Pewnie czytałeś kiedyś Szekspira – na lekcjach polskiego bynajmniej nie czyta się go po angielsku (a byłby to wg Ciebie prawdopodobnie “normalny zabieg”;).
I na tej podstawie stwierdzam, że kolejną rzeczą niezrozumiałą jest, że Ty sobie tak bezrefleksyjnie piszesz na MyApple po “branżowemu”. Pomijając to, że dzieciaki piszczą jak widzą angielskie słowo (bo po prostu nie rozumieją znaczeń i wydaje im się, że tam jest więcej znaczenia, niż gdyby to było po polsku – wg tego co napisałem powyżej), to w sumie dlaczego na MyApple urządzasz sobie marketingowy dyskurs? Piszesz przecież do ludzi spoza “branży”. No ale to jest Twoja sprawa.
W każdym razie pisz dalej, jakkolwiek. Ja i tak czytam Twój blog, a nie MA, a na blogu takie “branżowe” pisanie jest jak najbardziej uzasadnione. Tylko te “operacje językowe”…
Tego tekstu, jak i w 90% ostatnich na tym blogu nie było na MyApple. I nie będzie.
Może i masz rację. Chyba przesadziłem z tym “follow-upowaniem”. Tyle tylko, że nigdy nie słyszałem innego określenia na tą czynność. Gdybym na siłę wymyślał inne, zastępcze i zarazem bardziej polskie wyrażenie, to sam nie czułbym się z tym dobrze.
Przeczytaj proszę ten tekst “debriefuj outdoor…”, tam w zasadzie wyjaśniłem w czym rzecz. Wg mnie to są naturalne zabiegi językowe, gdyż język nie nadąża za zmianami. Gdyby nadążał, to funkcjonowałoby inne określenie niż “follow-up” w j. polskim. A nie funkcjonuje i w zasadzie wszędzie w branży (tak, zgadzam się, że tylko w branży) wszyscy doskonale rozumieją “follow-upowanie”.
Szekspira czytałem i po polsku, i po angielsku i po staroangielsku (jak był napisany; a w zasadzie jak funkcjonowały jego teksty w 19 wieku). Oni też musieli tłumaczyć – i to kilkakrotnie – z angielskiego na angielski
Aaa przy okazji, na blogu Bartka pisałeś, że nie uważasz czytelników MyApple za dzieciaków. Twój ostatni komentarz jednak na to wskazuje… To nieładnie tak generalizować.