Gdzieś, pośrodku niczego, trafiłem do motoryzacyjnego raju

Gdzieś, pośrodku niczego, trafiłem do motoryzacyjnego raju

Gdzie leży motoryzacyjny raj? Okazuje się, że bardzo niedaleko. I zupełnie nie tam, gdzie bym się go spodziewał.

Pokładowy system nawigacji sugeruje, że znajdujemy się już blisko celu. Wyjeżdżamy z lasu i wjeżdżamy na bezkresne pola. Ostatnie, niewielkie miasto minęliśmy kilkanaście kilometrów temu. Do kolejnego, równie niewielkiego, też mamy kawałek. Dziwne, zważywszy na to, że miałem trafić do ostoi luksusu i nowych technologi. Ale tego dnia dziwiłem się jeszcze wielokrotnie.

Szybko sprawdzam fakty i zestawiam je z tym, co widzę. Droga krajowa numer 25. Krótki odcinek łączy 72-tysięcy Ostrów Wielkopolski z lekko ponad 100-tysięcznym Kaliszem. Zwykła jednopasmówka, otoczona pięknymi lasami i ciągnącymi się po horyzont łąkami i polami.

Nagle przed nami, znikąd, wyrasta cel podróży. Widzę kilkadziesiąt gwiazd – zarówno tych małych, większych, jak i największych – choć zegarek nie wskazał jeszcze nawet południa. Czas dać odpocząć niemal 250-konnemu silnikowi zamkniętemu w przepięknej bryle coupe. Jesteśmy we wsi Ociąż, pod nowo rozbudowanym salonem dealera Mercedes-Benz, J. i A. Garcarek.

Właściwe zwiedzanie rozpoczyna się na piechotę. A ja już wiem, że będzie ciekawie. Choć nie mogłem się spodziewać, że aż tak.

Gwiazda pośród pól

Początkowo trudno mi jest zrozumieć dwie sprawy.

Po pierwsze, dlaczego ktokolwiek zdecydował się na ulokowanie gigantycznego salonu Mercedesa w takim miejscu. Po drugie, dlaczego wycieczka do takiego miejsca może być ciekawa – ot, w końcu salon to salon, wchodzi się, zamawia, wraca po gotowy samochód. Przecież w obecnych czasach sporą część z tego można zrobić przez internet – po co jechać na odludzie?

Z lekką obojętnością przechodzę więc przez wielkie drzwi nowo wybodowanej, centralnej części salonu, przeszklonej tak, że w środku jest chyba jaśniej niż na dworze. Łakomym wzrokiem szybko omiatam stojącego przy wejściu GLS-a i CLS-a, dużo mniej czasu poświęcając dyskretnie ułożonym na blacie portierni nagrodom dealera roku.

Zanim dostrzegam coś jeszcze, uderza mnie ogrom całości, potęgowany przez wszechobecne światło słoneczne.

Ogrom, ale nienachalny i bez przepychu. Nawet z moim bardzo wąskim obiektywem nie mam żadnego problemu, żeby sfotografować dowolone, wystawione na pokaz auto. Kupujący będzie miał jeszcze lepiej – dookoła każdego może się swobodnie przejść, podziwiając, jak będzie prezentowało się z dowolnej perspektywy.

Dobrze widzicie – za oknem pola, łąki, pojedyncze domy.

Ba, nie musi nawet schylać się czy wprowadzać samochodu na kanał, żeby zobaczyć, co znajduje się pod nim. Kamienna, polerowana podłoga działa niemal jak lustro.

Przechodzę jednak kilkadziesiat kolejnych kroków, unoszę głowę i…

Hmmm. Restauracja?

Cofnijmy się nieco w czasie. Jeszcze nie tak dawno temu salon składał się z dwóch osobnych budynków, pomiędzy którymi stał trzeci – restauracja. Nowo powstała, gigantyczna część salonu, nie spowodowała jednak, że restauracja zniknęła. Wręcz przeciwnie – stanowi teraz, co dość niezwykłe jak na salon samochodowy, centralną jego część.

Restauracja… w centrum salonu. Nad nią specjalne pokoje „konfiguracyjne”.

Nie ukrytą, nie zabudowaną, nie odciętą od reszty. Ogromne przeszklenia wręcz kuszą, żeby to tam udać się najpierw. A jako że godzina była dość wczesna, dwa razy nie trzeba było mnie prosić.

Co jednak ciekawego może być w takiej restauracji, poza jej ciepłym, przytulnym wystrojem, świetną jajecznicą i możliwością pooglądania przy drugim śniadaniu pięknych samochodów? Przede wszystkim dwie rzeczy.

Po pierwsze, mimo dość wczesnej godziny, było tu sporo osób – nie tylko z obsługi, ale też ewidentnie klientów, którzy pomiędzy załatwianiem swoich spraw w salonie wpadli po prostu coś przekąsić. Po drugie, moje rozmyślania na temat tego, że może bym jednak uzbierał kiedyś choć na CLA, przerwał… jeden z właścicieli salonu, który przyszedł się po prostu przywitać. I nie, nie zrobił tego tylko dlatego, że media miały dobrze o tym salonie napisać. Witał się z niemal każdym klientem, każdego pamiętając przy tym z imienia.

Zresztą to samo obserwowałem i później, kiedy z aparatem błąkałem się po całym salonie – klienci nie poruszali się po nim jak nieproszeni goście. Byli przez pracowników witani tak, jakby tu właśnie było ich miejsce i wracali tu po raz kolejny. Po mojej krótkiej wizycie wcale się temu nie dziwię. Ba, trudno się dziwić, kiedy niemal zawsze pod ręką masz nie tylko szeregowego pracownika, ale i prezesa.

Zdziwiło mnie natomiast coś innego. Przeważnie w takich miejscach czuję się… nie na miejscu. Nie jestem pod względem finansowym na celowniku Mercedesa, a moje wymarzone samochody obserwuję przez ekranik monitora. Do tego nowa część salonu jest gigantyczna i luksusowa. Tutaj jednak czułem się absolutnie swobodnie.

Czułem wręcz, że muszę tutaj kiedyś wrócić, kupić jakieś auto. Dla przyjemności kupowania auta i przyjemności przebywania w tym miejscu.

Moje życzenie zostało po trochu spełnione – opuściłem restaurację i skierowałem się w kierunku wygodnej kanapy, żeby skonfigurować swój samochód marzeń.

Bez klamek i bez przycisków.

Luksus jest, a gdzie te nowe technologie?. No właśnie – niewiele na ich temat było do tej pory. Dlaczego? Głównie dlatego, że działają one tutaj w sposób zupełnie bezobsługowy i na pierwszy rzut oka nie zwracamy na nie uwagi.

Klamki? Na paterze w nowej części salonu nie uświadczymy żadnych. Wszystkie drzwi otworzą się przed nami całkowicie automatycznie. Oświetlenie roślin i ich nawadnianie jest w pełni zautomatyzowane. Przyciski do oświetlenia? Tych również nie znajdziemy. Całość sterowana jest albo w pełni automatycznie (czujniki ruchu i zmierzchu), albo… zdalnie. Z dowolnego miejsca na świecie można zdecydować, czy np. CLS albo GLA jest wystarczająco oświetlony i zmienić ustawienia. Jedno kliknięcie na smartfonie wystarczy – imponujące, biorąc pod uwagę, jak rozbudowany jest system oświetlenia w całym budynku. Całkowicie zdalnie obsługiwana jest też oczywiście klimatyzacja.

Ale i to nie koniec. Zanim ostatecznie zdecydowałem, który samochód będę chciał konfigurować, skierowałem swoje kroki do wystawki AMG. Tam, na dotykowym ekranie, mogłem sprawdzić, który z dźwięków wydechu odpowiada mi najbardziej. Było głośno, naprawdę głośno, a z tego, co się dowiedziałem… wcześniej było jeszcze głośniej, ale odrobinę zakłócało to pracę w salonie.

LED, LED, LED. Niemal wszystko oświetlone jest wyłącznie tego typu żarówkami.

Na odchodnym zatrzymałem się jeszcze przy klasie S w wersji coupe. Tak, widziałem ja wiele razy, ale nigdy w takiej efektownej oprawie świetlnej. Kosztowała wprawdzie fortunę, ale cóż – efekt był godny oświetlanego samochodu.

Z iPadem w ręce do kasy.

Przyznaję się, nigdy nie kupowałem samochodu w salonie. Ale jeśli kiedyś bym miał, to chciałbym, żeby wyglądało to właśnie w ten sposób.

Nie siadam na niewygodnym krześle – siadam na miękkim, przytulnym fotelu. Przez wielkie przeszklenia do środka wpada tyle światła, że czuję się prawie tak, jakbym siedział sobie na dworze. Nie zostaję zasypany masą broszur i katalogów – dostaję do ręki iPada.

Ale, jako że ekran w iPadzie do wielkich nie należy, obraz zostaje błyskawicznie przerzucony przez Apple TV na wielki ekran telewizora. Tak lepiej.

Nie muszę jednak wcale dokonywać tej konfiguracji w tym miejscu, na parterze salonu. Mogę z doradcą przejść do nieco bardziej zacisznych, szklanych boksów (żeby ktoś przypadkiem nie usłyszał, ile chcę wydać) lub wejść na pierwsze piętro, żeby tam, w luksusowym gabinecie, uzgodnić resztę szczegółów.

A to po prostu… biurko.

Korzystam z zaproszenia. Szerokimi, kamiennymi schodami wspimany się na górę, gdzie światła na korytarzu kolejno rozświetlają się w rytm naszych kroków. Przyciski na ścianie? A po co.

Pełen minimalizm. Oczywiście w pokoju jest m.in. drukarka, ale wszystko jest odpowiednio ukryte.

Siadamy. Podłączamy iPada pod kolejne Apple TV (są chyba przy każdym telewizorze w salonie) i kończymy cały proces. Mogę teraz – choć oczywiście trochę na niby – poczekać na przygotowanie i wydanie mojego wymarzonego auta.

Lampa, która świeci i… wycisza.

Szukam więc miejsca, w którym mógłbym przez chwilę odpocząć. W normalnych warunkach byłbym zaproszony do specjalnego pokoju, w którym oczekuje się na odbiór pojazdu. Co najciekawsze – nie ma w nim żadnych brandowanych gadżetów, a na ścianach nie wiszą ogromne felgi. Jest tam za to stół, kominek, kanapa, telewizor i wielki, przeszklony fragment ściany. Zupełnie jak w luksusowym domu. W takim miejscu można czekać.

Ja jednak postanawiam jeszcze chwilę pozwiedzać. Wpadam na moment do sali konferencyjnej, gdzie chyba nawet ciekawsze od w pełni bezprzewodowej transmisji audio i wideo są fikuśne lampy nad stołem, pozwalające obecnym na miejscu notować, nawet gdy główne światło jest wygaszone ze względu na projektor.

Przelotem wpadam jeszcze do biur na pierwszym piętrze, choć nie zostaję w nich na długo. Niemal wszystko, co się w nich dzieje, widać bowiem z parteru. I w drugą stronę – z każdego biura doskonale widać, co dzieje się w salonie.

Po drodze trafiam na nieco ukryty zestaw wypoczynkowy – wielkie, wygodne kanapy i zapas przepysznych (i co ciekawe, brandowanych przez salon)… krówek. Zabieram kilka do kieszeni, po czym dowiaduję się, że to miejsce faktycznie jest dośc specjalne – wiedzą o nim głównie stali klienci i to oni wybierają je na miejsce odpoczynku.

Ja jednak kieruję się do jeszcze innego miejsca, ukrytego pomiędzy punktem powitalnym a restauracją. Siadam w ultra wygodnym fotelu, tuż pod zestawem lamp, które nie tylko świecą – są też przystosowane do tego, żeby pochłaniać hałas. I faktycznie – choć siedzę w samym środku salonu, mogę spokojnie siegnąć po katalog akcesoriów do samochodów Mercedesa i usłyszeć, jak wszystko wali się w mojej głowie po tym, gdy widzę ceny np. niektórych felg.

Na szczęście pamiętam jeszcze o tym, żeby podładować przez te 10 minut telefon.

Ok, koniec czekania. Wszystko już gotowe, czas na gwiazdę programu.

Ale o najlepszym… nie mogę wam powiedzieć.

Niestety, przykro mi bardzo. Mogę tylko zdradzić tyle, że jest jeden pokój, do którego wejście mogą przegapić nawet najbardziej spostrzegawcze osoby. Że w zasadzie głośno się o nim nie mówi i szczególnie się nim nie chwali.

A tak nas pięknie przywitano. Niestety nie mogliśmy wrócić tym autem do domu…

Ale ci, którzy się o nim dowiedzą i choć raz przekroczą jego próg, doskonale zrozumieją, dlaczego ten salon, położony po środku niczego, pomiędzy dwoma względnie niewielkimi miastami, cieszy się taką popularnością i osiąga tak dobre wyniki.

Nawet pojazd Auto Pomocy jest tu wyjątkowy.

Ja natomiast, choć w tym pomieszczeniu byłem tylko na próbę, dowiedziałem się jednego. Do tej pory wydawało mi się, że można być fanem jakieś marki motoryzacyjnej i tyle. Teraz widzę, że można być fanem… salonu samochodowego.

Na pracę serwisantów nad naszym samochodem możemy zerkać do woli.

Albo wręcz, że salon może być na tyle mocną marką, że można stać się jego fanem.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement