Złamany pin i hipnotyczne kulki. Składanie komputera przypomina burzliwą randkę

Felieton/Sprzęt 10.02.2017
Złamany pin i hipnotyczne kulki. Składanie komputera przypomina burzliwą randkę

Składanie komputera stacjonarnego może być fascynującą zabawą. Zwłaszcza, gdy chcesz oszczędzić i korzystasz z używanych podzespołów.

Po kilku latach udanej i mniej udanej współpracy musiałem pożegnać się z notebookiem Dell Vostro. Miał mnóstwo wad, nie działał już modelowo, ale zapewniał spory komfort korzystania z komputera. Chcąc nie chcąc musiałem rozejrzeć się za alternatywą. Wówczas mój wzrok padł na wiekową stację roboczą pod biurkiem, którą w ostatnich latach włączyłem tylko raz, by zrobić aktualizację do Windowsa 10. Zacząłem korzystać z tej maszyny, ale jej wydajność pozostawiała wiele do życzenia. Po prawdzie, nie dało się z niej korzystać. Przeglądarki dostawały zadyszki podczas wczytywania stron. O innych zastosowaniach nawet nie wspominam. Pomyślałem, że zwiększenie pamięci RAM powinno nieco poprawić możliwości sprzętu, ale zakup kości DDR2 o odpowiedniej pojemności okazał się nieopłacalny.

Po przyjrzeniu się konfiguracji stanęło na tym, że konieczna jest wymiana płyty głównej, procesora i RAM-u. Karta graficzna, dysk i zasilacz nadawały się do dalszej eksploatacji. Początkowo zastanawiałem się nad zakupem nowego komputera. Laptopa lub, jeszcze lepiej, urządzenia all in one. Nie przewidziałem jednak w swoim budżecie takiego wydatku, dlatego zdecydowałem się na najtańszy wariant. Szczęśliwie złożyło się, że dostałem przyzwoitą płytę główną Asusa od kogoś z rodziny. Dokupiłem więc używany czterordzeniowy procesor AMD, 8 GB kość pamięci RAM i zabrałem się do roboty.

Nie po raz pierwszy składałem komputer, ale takich problemów jeszcze nie miałem. Zaopatrzony w dobrej jakości pastę termoprzewodzącą i nowe chłodzenie zacząłem montować procesor. Najpierw przyjrzałem się jego pinom. Wszystkie stały na baczność. Nawet skacowany sierżant nie miałby się do czego przyczepić. Delikatnie włożyłem procesor do socketu i napotkałem na opór. Oczywiście nie dopychałem. Zamiast siły użyłem wzroku.

Wynik obserwacji był zaskakujący. W jednym z malutkich otworków socketu tkwił samotny i z(a)łamany złociutki pin. Pozostałość procesora poprzedniego użytkownika płyty. Puknąłem delikatnie w odpowiednim miejscu. Nic. Wiedząc, że w najgorszym wypadku płyta i tak jest już uszkodzona miniaturową igłą spróbowałem, co tu dużo mówić, wygrzebać intruza. Znów delikatnie puknąłem w płytę i zobaczyłem na stole złoty element.

Dalej poszło jak z płatka. Pasta, radiator z wentylatorem, karta graficzna, RAM, jedenaście różnych kabelków i na koniec zasilanie. Działa! Alleluja.

I znowu wkroczył na scenę Windows 10.

Mój związek z ostatnim systemem Microsoftu jest bardzo burzliwy. Nie szczędzę mu wyzwisk i przygan w sytuacjach trudnych. Pewnie dlatego od czasu do czasu mści się na mnie poprzez różnorakie fochy. Gdy przez dobrą godzinę próbowałem wczoraj stworzyć bootowalny dysk instalacyjny systemu za pomocą narzędzia Microsoftu, usłyszałem tylko wypowiedziany półgębkiem wyrzut: „0XC180010C-0XA0019”. Błąd to? A może bluzg? Trudno powiedzieć, bo w końcu się udało. Sama instalacja była również daleka od idealnej randki. Niby szło dobrze, gdy po jakiejś godzinie pojawiło się to:

Czarny ekran i przewalające się kulki. Zniknęło nawet logo systemu. Po kolejnych 40 minutach stwierdziłem, że dłużej nie wytrzymam. Nacisnąłem reset oczekując, że będę musiał zacząć instalację od nowa. Windows jednak zaskoczył mnie, niczym pocałunek na pierwszej randce. To fakt, był znacznie mniej romantyczny. „Próba przywrócenia instalacji” to mimo wszystko nie to samo, co słodkie „kocham cię”. Nie mogę narzekać, dokończył bowiem zadanie bez dalszych utrudnień.

Niedawno pisałem, że czas to pieniądz. Kierując się tą zasadą, wczoraj mogłem pójść z torbami, bo „składanie” komputera razem z instalacją zajęło mi dobre sześć godzin. Przy okazji zaprzeczyłem samemu sobie i temu, co pisałem wcześniej. Cóż, trudno. Nowy-stary komputer kosztował mnie niecałe 400 złotych. Póki co działa sprawnie i szybko.

Na koniec bardzo ważne przesłanie: gdy zobaczycie samotny i złamany pin w gnieździe procesora na płycie głównej, nie załamujcie się. Jest szansa, że to nie koniec 😉 (tak, wiem, nie powinno się używać emotikonów w tego typu tekstach, ale nie mogłem się powstrzymać).

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement