Niestety to początek końca Twittera, jaki znamy. Wkrótce będzie „algorytmem” jak Facebook

Felieton/Social media 08.12.2015
Niestety to początek końca Twittera, jaki znamy. Wkrótce będzie „algorytmem” jak Facebook

Uwaga, zagorzali fani Twittera proszeni są o wzięcie leków uspokajających przed przeczytaniem poniższej informacji. Już? To uwaga – Twitter potwierdził, że testuje achronologiczny timeline. Tak, dobrze czytacie.

Co tu dużo mówić – to początek końca Twittera, jaki znamy i uwielbiamy. Niedługo będzie podobnym „algorytmem” jak Facebook.

To było zapowiadane już rok temu, a gdy kilka miesięcy temu Jack Dorsey został wybrany na nowo-starego CEO Twittera, to w pierwszych zapowiedziach zmian w serwisie nie pozostawiał złudzeń:

– You will see us continue to question our reverse chronological timeline, and all the work it takes to build one by finding and following accounts

co w wolnym tłumaczeniu można było odebrać jako: tak, zmienimy kompletnie sposób podawania tweetów użytkownikom.

I choć to oznacza wyjście na przeciw przeciętnym użytkownikom, czyli takim, dla których Twitter jest dziś niezrozumiały i przytłaczający, i przez to mało atrakcyjny, o tyle dla nas, zagorzałych fanów tego serwisu mikroblogowego oznacza koniec wspaniałego serwisu, z którym żyjemy na co dzień od kilku długich lat.

Wiecie co to oznacza, prawda?

Że już za niedługo Twitter stanie się dla nas narzędziem podobnie mało użytecznym jak Facebook – nie będziemy dostawać tweetów od użytkowników, od których chcielibyśmy je dostawać, będziemy widzieć te same tweety po kilkanaście razy na naszym timelinie, mocno eksponowane będą sponsorowane tweety.

To algorytm będzie rządził tym, co będziemy na Twitterze czytać. A skoro tak będzie, to będą to tylko te najbardziej popularne tweety, te, które budzą najwięcej kontrowersji i te, które najczęściej są retweetowane, czy dodawane do ulubionych. Niekoniecznie te, na których nam najbardziej zależy.

To będzie przydatne dla tych, którzy z Twittera nie korzystali dotychczas nałogowo. Dla tych, którzy nie śledzili tysięcy tweetów każdego dnia, którzy nie tracili kilkadziesiąt minut rano próbując nadrobić tweety z nocy, gdy spaliśmy, którzy nie mieli odpalonego Twittera nonstop, gdy siedzieli przy komputerze i pracowali.

Niestety Twitter nie ma innej drogi.

Nie dość, że serwis wciąż nie zarabia, mimo iż będąc spółką notowaną na giełdzie jest do tego niejako zobligowany, to na dodatek ostatnio przestał rosnąć. W trzecim kwartale 2015 r. dodał tylko 3 mln nowych użytkowników, a to zaledwie 1 proc. całości. Dorsey dostał zadanie odwrócenia tych wybitnie niekorzystnych trendów i zaczyna działać.

Do tej pory jeszcze nikt nie zamachnął się na grzebanie przy timelinie Twittera. Dorsay, jako pomysłodawca i twórca oryginalnego pomysłu na Twittera, ma do tego święte prawo. Tyle że to oznacza koniec Twittera dla nas, czyli najbardziej zagorzałych i oddanych fanów serwisu.

Szkoda, że tak naprawdę nie będzie już nawet gdzie się przerzucić.

* Grafika: Shutterstock

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement