Czuję się oszukany. MacBook miał być cudem świata, a okazał się kaleką

Czuję się oszukany. MacBook miał być cudem świata, a okazał się kaleką

Kup Maka, mówili. Będzie fajnie, mówili. I było. Szczerze i z serca kocham pracę na OS X, uwielbiam jakość wykonania mojego MacBooka Air i nie wyobrażam już sobie mobilnej pracy na innym laptopie. Sęk w tym, że każdy afekt kiedyś przemija, przeradzając się w czystą wręcz nienawiść. A wszystko z powodu jakiejś drobnej bzdury.

Odkąd pamiętam (nie obrażając nikogo, w tym siebie), OS X traktowany był jako system dla… cóż, mniej rozgarniętych użytkowników. W końcu muszą umieć bezproblemowo go obsłużyć Amerykanie. A przynajmniej tak słyszałem. Pozostaje faktem, że oprogramowanie systemowe od Apple to narzędzie cudowne w swej prostocie. Intuicyjne, zazwyczaj bezproblemowe, doskonale zoptymalizowane. Jeszcze do niedawna nie miałem żadnych powodów, by powiedzieć choć jedno złe słowo na mojego MacBooka Air 13” late 2014.

Choć jest to laptop w podstawowej konfiguracji (i5, 128 GB SSD, 4 GB RAM), to w codziennej pracy, opartej głównie o stukanie w klawiaturę, spisuje się doskonale. Problemy zaczęły się pojawiać dopiero wtedy, gdy próbowałem wykorzystywać go nieco bardziej… ambitnie. To jest produkując na nim muzykę i wideo.

Okazuje się bowiem, że OS X jest systemem po prostu ułomnym w jednej kwestii.

Pierwszy raz z sytuacją spotkałem się kilka tygodni temu, kiedy nagle, ni stąd, ni zowąd, nie mogłem skopiować zdjęć z karty pamięci aparatu, gdyż zabrakło mi miejsca na dysku. Nie wierzyłem – w końcu wszystkie pliki regularnie usuwam lub przenoszę w chmurę, mając w pamięci, że 128 GB na zbyt wiele nie wystarcza. Nie używam aplikacji do zdjęć. Z klientów maila (które potrafią momentalnie przytkać dysk) też nie korzystam. Mimo wszystko miejsca nie było.

Zabrałem się więc za ręczne czyszczenie dysku i wtedy po raz pierwszy odkryłem, jaki – za przeproszeniem – burdel panuje w Finderze. Prawda jest taka, że organizacja Findera w porównaniu do Eksploratora Windows to bardzo ponury żart. Lubię czarny humor, ale nawet ja nie potrafię się zaśmiać patrząc na to, jak organizowane są pliki w OS X.

Wracając do sedna sprawy – przystąpiłem do ręcznego czyszczenia dysku. Okazuje się bowiem, że OS X nie posiada czegoś tak podstawowego, jak mechanizm oczyszczania dysku czy coś podobnego. Bo i po co, jeszcze nie daj Boże użytkownicy będą musieli użyć mózgu, prawda, Apple?

Usunąłem wszystkie kopie zapasowe, o których istnieniu nie miałem pojęcia, wyczyściłem wszystkie projekty w iMovie i GarageBand, które – jak się okazuje – również tworzyły sobie swoje własne kopie zapasowe, nie pytając mnie o zdanie. Bo i po co.

Uff, udało się. Na dysku znów miałem jakieś 40 GB wolnego miejsca.

Niepokojące jednak było to, że sprawdzając wolne miejsce zaskakująco wiele zajęte było przez tajemnicze „inne”. Pomyślałem jednak, że – cytując klasyka – „kesz trzyma” i kilka restartów komputera znormalizuje ten pasek, skoro wywaliłem absolutnie wszystko, co tylko dało się wywalić.

Tak się jednak nie stało. Pasek urósł. Urósł do takiego rozmiaru, że wczoraj znów nie byłem w stanie zgrać zdjęć z dysku. Zostało mi wolnych 5 GB. Ponownie usunąłem więc wszystkie pliki, backupy, każdy jeden folder, bez którego byłem w stanie się obyć. Udało się. Zostało mi… 10 GB.

Zacząłem więc szukać narzędzi programowych w AppStore, które pomogłyby mi uratować sytuację. Padło na darmowego AVG Cleanera. Program skanował i skanował, i skanował mój dysk, aż w końcu pozbył się z niego całych 8 szalonych gigabajtów danych.

macbook-inne
Tak wygląda obraz nędzy i rozpaczy w wydaniu OS X

Przyparty do muru, zagłębiłem się w odmęty Internetu, szukając solucji. I owszem, znalazłem – aż dwie. Jedna jest paskudnie droga, a druga wymaga rootowania komputera. Wspaniale.

Co do tego, że trzeba wyciągnąć worek złotych monet, by przywrócić komputer do stanu używalności na OS X, wcale nie jestem zaskoczony. Cały Internet zgodny jest co do tego, że najlepszym narzędziem do radzenia sobie z takimi problemami jest Clean My Mac. Kosztuje on „zaledwie” 40 euro.

Jako że prezenty świąteczne potężnie nadwyrężyły mój grudniowy budżet, szukałem dalej. Przekopywałem YouTube’a, fora, blogi. Oprócz setek odpowiedzi na podobne zapytania w stylu „źle trzymasz”, znalazłem w zasadzie tylko jedno, możliwe rozwiązanie:

I tak sobie myślę… że co?! Czy ja pracuję na jakimś Ubuntu, żebym musiał rootować komputer i grzebać w konsoli, bo genialny Apple jest niemającym ani rączek ani nóżek kadłubkiem w kwestii zarządzania miejscem na dysku i nie pozwala mi wyczyścić plików systemowych?

Morał z tej historii taki, że Apple po raz kolejny udowodnił mi, że owszem – ich system jest prosty w obsłudze, cudowny, emejzing i tak dalej, ale żeby korzystać w pełni z jego potencjału, trzeba sypnąć groszem. Nawet w podstawowych kwestiach. W przypadku mojego Maka problemem okazały się pliki tymczasowe w iMovie i Garage Band, których inaczej niż z poziomu konsoli lub Clean My Mac nie sposób usunąć.

Cóż, wolę uszczuplić swój portfel, niż przypadkowo uszkodzić swoje podstawowe narzędzie pracy nieumiejętnie grzebiąc w konsoli. Tym sposobem na moim Maku niebawem wyląduje Clean My Mac, a ja spróbuję przywrócić MacBooka do stanu używalności. Czara goryczy została jednak przelana.

Choć jeszcze kilka miesięcy temu nie spodziewałem się, że to powiem, to bardzo się cieszę, że po nowym roku będę pracował na komputerze z Windows 10. I nie dlatego, że ten system jest lepszy w czymkolwiek, bo nie jest. On też ma swoje za skórą. Zdecydowanie więcej, niż OS X. Jednak nie robi z użytkownika kretyna, pozwalając mu w prosty sposób dobrze zarządzać własnymi plikami i miejscem na dysku.

A jak widać jest to doza samowoli, na którą platforma Apple nie ma zamiaru przystać.

* Grafika: Shutterstock

Dołącz do dyskusji

Advertisement