Toyota właśnie pokazała, że Tesla musi jeszcze sporo popracować

Artykuł/Motoryzacja 02.07.2015
Toyota właśnie pokazała, że Tesla musi jeszcze sporo popracować

Prąd czy wodór? Podczas gdy coraz większa liczba producentów samochodów, w tym oczywiście Tesla, stawia na to pierwsze rozwiązanie, m.in. Toyota jest przekonana, że nie tędy droga. I trzeba przyznać, że patrząc na wyniki jej najnowszego produktu, modelu Mirai, może i ma trochę racji.

Kluczowym problemem w przypadku aut „ekologicznych” jest bowiem w obecnej chwili zasięg. Ten, w przypadku najtańszych aut, pozwala przeważnie na swobodne poruszanie się wyłącznie po mieście. W przypadku pojedynczych, najdroższych modeli, możemy już mówić o zasięgu umożliwiającym nawet i dłuższą podróż. To jednak wyjątki.

Przykładowo najnowsza Tesla S P85D potrafi na jednym ładowaniu przebyć dystans około 389 km (według EPA). To jednak, w podstawowej wersji, wydatek rzędy 105 tys. dol., a dodatkowo trudno jest znaleźć dużo więcej modeli, które byłyby w stanie osiągnąć podobne rezultaty.

W tym samym czasie, Toyota Mirai, mająca kosztować niemal połowę tego co P85D (w obydwu przypadkach bez uwzględnienia zniżek), jest w stanie pokonać na jednym „tankowaniu” delikatnie ponad 500 km. Każdy kto kiedykolwiek szukał w ostatniej chwili stacji benzynowej doskonale wie, jak wielka jest różnica w tych 100 km zasięgu.

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze kwestia „ładowania” pojazdu. W przypadku aut elektrycznych nadal uzupełnienie „baku” zajmuje sporo czasu, jeśli nie liczyć niezbyt popularnego programu pilotażowego Tesli, w ramach którego można było w kilka minut… wymienić cały zestaw akumulatorów. Dla porównania, tankowanie auta na wodór zajmuje od kilku, do maksymalnie 10 minut.

Różnica jest więc kilkukrotna.

Niestety o wiele większa jest różnica w infrastrukturze i ta wypada zdecydowanie na niekorzyść aut zasilanych wodorem

O ile oczywiście nie można stwierdzić, że Teslę czy inne auto elektryczne naładujemy absolutnie gdziekolwiek, o tyle o wiele większe jest prawdopodobieństwo trafienia właśnie na tego typu stację, niż na stację, gdzie zatankujemy nową Toyotę. Nic więc dziwnego, że Mirai, choć jej premiera ogłoszona została z wielką pompą, dostępna jest np. w USA wyłącznie w jednym stanie – w Kalifornii. Mimo to, patrząc na mapkę dostępnych stacji, nawet tam sytuacja wygląda mizernie.

Łącznie na terenie całego stanu jest bowiem ponad 50 stacji, ale co z tego, skoro zdecydowana większość… w budowie. A do gniazdka pod domem, to raczej Mirai nie podłączymy. Może być więc problem, żeby wykorzystać te 3 lata darmowego tankowania, które oferuje nam Toyota.

Co ciekawe, wszystko wskazuje jednak na to, że Japończycy nie będą osamotnieni w swojej walce o wypromowanie aut na wodór, przynajmniej za jakiś czas. Różni producenci już od kilku lat próbują wprowadzić do powszechnej dystrybucji pojazdy elektryczne napędzane ogniwami FCV – Honda FCX, Hyundai ix35 FCEV, czy koncepcyjne modele aut koncernu GM oraz Mercedesa.  Dziś swoją wizję przedstawiło BMW wraz z prezentacją napędzanej wodorem wersji modelu i8.

Prototypowe i8 pozostanie jednak jeszcze przez kilka lat jedynie prototypem – BMW nie myśli o masowej produkcji tak zasilanych aut przed rokiem 2020. Nic nie wskazuje też na to, żeby inni producenci szybciej wprowadzili swoje auta do szerszego obiegu.

Może do tego czasu doczekamy się przynajmniej odpowiedniej infrastruktury dla takich pojazdów.

Dołącz do dyskusji

Advertisement