Kampania wyborcza a kształtowanie opinii 2.0

Felieton/Technologie 12.05.2015
Kampania wyborcza a kształtowanie opinii 2.0

Zaniemówiłam. Wybory prezydenckie wzbudziły mnóstwo emocji, głównie negatywnych, skłóciły niejednych znajomych, spolaryzowały opinie i przyniosły potężne uczucie rozczarowania, mniej więcej takie, o którym pisał Przemek Pająk.

Mnie zatkało też przez coś innego – niemożność zrozumienia powodów i toku rozumowania drugiej strony, niekompetencja w wykorzystaniu internetu jako sposobu badania nastrojów społecznych.

Tekst Przemka był mi bliski, mi i znajomym w podobnym do mnie wieku (26 lat), bo podsumował po części to, co czujemy. Polityka jest sztuką dla sztuki i pieniędzy, politycy oderwani są od rzeczywistości i schodzą z Olimpu tylko wtedy, gdy trzeba zabiegać o głosy (jakie piękne przerażenie obecnego prezydenta!), mają w nosie komunikację z obywatelami i nie rozumieją kompletnie ludzi młodych. Nawet analitycy nie rozumieją ludzi młodych.

Po sensacyjnych wynikach exit polls zaczęła się fala komentarzy i zdziwienia, że jak to? Jak Paweł Kukiz mógł dostać ponad 20% głosów, czyli głos co piątego aktywnego wyborcy? Przecież na dobrą sprawę nie ma programu, zapętlił się na JOW-ach, nie ma szkolenia medialnego i w ogładzie przy dwóch najważniejszych kandydatach wypada blado, czy to tylko czasowy fenomen, czy może bardziej stały trend, którego nie rozumiemy, nie jesteśmy w stanie wyłapać? Czy antysystemowy bełkot jest faktycznie tak ważny? Przecież wiadomo, że jedynym rozsądnym kandydatem jest X (Komorowski/Duda, w zależności od tytułu i stacji, które w tym roku postanowiły nie kryć się z politycznymi preferencjami i jasno mówić odbiorcom, na kogo powinni głosować).

Powodów jest sporo, za to w dyskursie pominięto chyba ciekawy, acz niedoceniony aspekt internetu i tego, jak oddziałuje na nasze poglądy.

Filter Bubble a polityka?

W języku angielskim istnieje świetne określenie “preaching to the choir” oznaczające argumentowanie i przekonywanie ludzi, którzy już i tak są przekonani. W psychologii społecznej istnieje za to pojęcie “polaryzacji grupowej” – ludzie o mniej radykalnych poglądach w grupie ludzi o podobnych poglądach zachowują się i dokonują decyzji bardziej radykalnych, niż wynika to z ich wstępnych przekonań. Uważa się, że wynika to z autowaloryzacji – gdy stykamy się z podobnymi osobami, które mają nieco bardziej radykalny światopogląd, pojawia się w nas przekonanie, że nie jesteśmy “dość dobrzy”, że ci głośniejsi czy ostrzejsi są lepsi od nas. Grupa dostarcza nam też argumentów upewniających nas w swoich przekonaniach, przez co radykalizujemy poglądy.

polska-wybory

Co jeśli spróbować rozszerzyć pojęcie polaryzacji grupowej na internet? Jaki wybrać punkt odniesienia?

O tym, skąd biorą się nasze poglądy i przekonania pisałam tutaj. Preferujemy ludzi i nawet informacje, które mieszczą się w naszym widzeniu świata, upewniają nas w poglądach i przekonaniach. Pew Research przeprowadził w Stanach badanie, które dowiodło, że im bardziej skrajne poglądy, tym bardziej zamknięte źródła informacji – ci z prawej i lewej strony nie mieli prawie żadnych punktów wspólnych. Im bardziej ktoś centralny i niezdecydowany, tym bardziej skłonny do czerpania informacji z szerszego spektrum źródeł, czyli tym mocniej wystawiony na różne opinie i przekonania.

Dobrym wyznacznikiem prawdziwości takich wniosków niech będzie nasza scena medialna – prawica ma swoje własne media, często cechuje się też pogardą dla innych mediów. Centrum ma tzw. “mainstream”, a poważna lewica skupia się w sieci w kilku małych, mało rozpoznawalnych miejscach. Przywykliśmy już do myślenia, że co medium to konkretna linia polityczna i zaakceptowaliśmy, że tytułów starających się o obiektywizm jest jak na lekarstwo. Wiemy też, nieważne z której opcji politycznej pochodzimy, że czytelników i widzów konkretnych tytułów najczęściej łączą wspólne poglądy.

Obraz dopełnia ukute w 2011 roku pojęcie bańki informacyjnej (filter bubble). Polega ona na tym, że współczesne algorytmy dobierające treści kierują się naszymi preferencjami w pokazywaniu treści. Gdy przeglądamy fejsa, googlujemy, oglądamy wideo na YouTube, nawet poruszamy się po nowoczesnych stronach z informacjami, wszechobecne algorytmy zapamiętują nasz każdy krok. Na podstawie tych danych serwisy podpowiadają nam co mamy lubić, sortują wyniki wyszukiwania tak, by zwiększyć prawdopodobieństwo kliknięcia, przebierają posty na Facebooku, byśmy częściej wchodzili wchodzili interakcje.

Ponieważ widzimy coraz więcej tego, co chcemy widzieć – z własnej woli oraz z woli algorytmów – zamykamy się w przefiltrowanej bańce. Coraz rzadziej stykamy się z odmiennymi poglądami, coraz ciężej jest nam więc rewidować własne przekonania.

Próbując bronić się przed zarzutami o zamykanie użytkowników w bańce, zwłaszcza że coraz więcej osób czerpie informacje z Facebooka, serwis przeprowadził w Stanach badanie, które tylko potwierdziło istnienie filter bubble lecz to, że jest to wina naszych własnych predyspozycji oraz wpływu algorytmu dobierającego treści.

Jeśli więc poruszamy się wśród treści i ludzi, którzy nie wyzywają nas intelektualnie, można powiedzieć, że poruszamy się w grupie. Nasze poglądy mogą się więc radykalizować, tak jak w przypadku polaryzacji grupowej. Proces ten jest bardziej subtelny, ale możliwy do zaobserwowania na Facebooku czy w innych miejscach w sieci.

Na przykład Wykop.

To specyficzne w polskim krajobrazie internetowym miejsce słynie ze skupiania osób o podobnych poglądach politycznych. W trakcie kampanii prezydenckiej zdarzyło się kilka sytuacji, w których Wykop posłużył jako katalizator nastrojów, choćby w przypadku wystąpienia Bronisława Komorowskiego na nieistniejącej, ale planowanej obwodnicy pewnego miasta. Na Wykopie przedstawiono informację bardzo jednostronnie – sztab wyborczy i ekipa malują trawę na zielono przed przyjazdem wodza, zaraz po jego wyjeździe zmywa farbę, oczywiście w przenośni. Wykopowicze oburzyli się ogromnie, nawoływali do bojkotów, wykorzystali okazję, by mocno zaakcentować swoje przekonania.

Okazało się, że owszem, powód do oburzenia był, ale nie tak wielki jak malowali to Wykopowicze. To jednak w niczym nie przeszkodziło. W grupie ludzi o konkretnych poglądach nie ma miejsca na zrozumienie, że można krytykować, ale nie stając od razu na pozycji wyzywającego od wszystkiego złego. W takich zakątkach sieci nie ma miejsca na dostrzeżenie plusów i minusów jednocześnie, na chłodną ocenę sytuacji. W sieci górę biorą emocje i własne przekonania. Dlatego tak łatwo wpaść w narrację “nie z nami to przeciw nam”. Sama doświadczyłam tego boleśnie w ostatnich dniach komentując mierną kampanię wyborczą. Gdy wypowiem się na temat słabości Andrzeja Dudy, jestem okropna bo popieram PO i obóz rządzący. Gdy skrytykuję Bronisława Komorowskiego, automatycznie staję się wyznawcą PiS-u i wierzę, że w Smoleńsku był zamach. Gdy zauważę słabości i negatywy Kukiza, staję się bezmyślnym trybikiem establishmentu. A gdy powiem, że nie mam na kogo głosować, że rozumiem rysowanie sarny z krzesłem na głowie na kartach wyborczych z automatu staję się wrogiem demokracji.

polska-wybory-prezydent-pawel-kukiz

Jako obserwator stojący nieco z boku, tym bardziej, że w wyborach nie startował żaden kandydat, który choć w części reprezentowałby moje poglądy, znalazłam się w dosyć dziwnej sytuacji. Nie czuję się częścią żadnej z grup, żadnego z ruchów poparcia, ale znajomi i inni komentatorzy chcą za wszelką cenę przypisać mnie do którejś.

Bo tak jest łatwiej dyskutować. Można przyjąć założenia na mój temat, które choć nieprawdziwe ułatwiają krytykowanie i kłótnie. W ten sposób zresztą odbywa się większość sporów na tematy polityczne pomiędzy zwykłymi internautami. Nie z nami, to przeciwko nam.

Filter Bubble i polaryzacja poglądów objawiła się też wspaniale w postaci Pawła Kukiza i ludzi, którzy na niego głosowali i mówili o tym głośno. Paweł Kukiz nie do końca był kandydatem samym w sobie, reprezentował raczej młodych, zmęczonych wojenkami politycznymi ludzi, którzy nie widzą żadnych punktów wspólnych z zawodowymi politykami działającymi od kilku dekad. Widać to było zwłaszcza w mediach społecznościowych – Kukiz był punktem zbornym dla nastrojów, które dotychczas objawiały się niechodzeniem na wybory i brakiem zainteresowania polityką. Większość wypowiedzi osób popierających Kukiza, które miałam okazję przeczytać na Facebooku czy w komentarzach do artykułów w różnych miejscach, kompletnie nie nawiązywały do szczątkowego programu Kukiza, do JOW-ów a zbaczały w emocjonalną stronę pogonienia wszystkich polityków, rozwaleniu systemu od środka i rozczarowania rzeczywistością.

Uwielbiamy niezgodę

Jesteśmy zaprogramowani tak, by niezgadzanie się sprawiało nam przyjemność. Tak działa nasz mózg, o czym już pisałam. W momencie ekspozycji na treści sprzeczne z poglądami w mózgu aktywują się procesy odpowiedzialne za odczuwanie przyjemności. Jest to nieco przerażające, bo wskazuje, że nawet jeśli wystawimy się na przeciwne naszym poglądom treści, to zamiast skłonić do myślenia zadziałają one odwrotnie – umocnią nasze przekonania i zadziałają trochę jak narkotyk.

Niemal żaden z ostrych tekstów komentatorów i blogerów krytykujących konkretnych kandydatów nie zmienił nic. Autorzy nie zdają sobie chyba sprawy, że ich stronniczość ma głównie dwa skutki. Zgadzających się upewnia w przekonaniu, że wybrali dobrze, niezgadzających się upewnia, że nie ma nawet co rozważać tej opcji i że wybrali dobrze. Obie strony oddalają się od siebie, opinie polaryzują się coraz mocniej.

Wystarczyło bacznie obserwować internet i wypowiedzi obywateli by wiedzieć, że Kukiz to symbol chęci zmian i że ruch ten rośnie i mobilizuje się w dawno niespotykanym w Polsce tempie. I by zrozumieć, że nie ma sposobu na zdobycie jego elektoratu, zwłaszcza przez rządzącego obecnie prezydenta. To przeciw niemu, jego partii i stagnacji głosowali wyborcy Kukiza. Jeśli pójdą głosować w drugiej turze – co jest mało prawdopodobne – to prędzej zagłosują na Dudę niż Komorowskiego z prostego powodu – Duda nie jest tak wpisany w system, przeciw któremu protestują popierający Kukiza. Referendum w sprawie JOW-ów czy finansowania partii z budżetu, zapowiedziane w panice, nic nie zmieni. Wręcz odwrotnie, potwierdza to, że “system” zrobi wszystko, by zdobyć głosy.

Mam wrażenie, że jesteśmy w dziwnym momencie, w którym kampania wyborcza toczy się kompletnie nie tak, jak zaplanowały to sztaby i że jest to wina oparcia się na starych sposobach prowadzenia kampanii, można powiedzieć starych telewizyjnych i prasowych sposobach nieuwzględniających tego, jak zmienia się społeczeństwo informacyjne, jak zmienia się przepływ informacji i jak internet wpływa na kształtowanie opinii nie tyle niezależnie, co równolegle do starych mediów.

Mogłabym rzucić kilka modnych, blogowych frazesów o tym, że ludzie dostali narzędzia do organizowania się w sieci, że pomaga to demokracji i obnażaniu hipokryzji, ale nie byłaby to prawda. Jesteśmy dalej tymi samymi wyborcami z tym, że powoli zmieniamy to, gdzie, jak i na podstawie czego kształtują się nasze opinie.

Szkoda, że jeszcze tego nie dostrzegamy.

* Grafiki: Shutterstock

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement