4G czy nie 4G? Apple mówi, że tak, regulatorzy, że nie

20.04.2012
4G czy nie 4G? Apple mówi, że tak, regulatorzy, że nie

4G to świetny, kontrowersyjny temat, który wywołuje poruszenie od kilku lat. Wraz z pojawieniem się nowego iPada obsługującego 4G, ale tylko w Stanach Zjednoczonych, rozgorzała dyskusja, a regulatorzy z Australii oskarżają Apple o wprowadzanie konsumentów w błąd. Apple postanowił się bronić i wykorzystać ogólny trend rynkowy do nazywania 3,5G – 4G. To takie 4G od polskiego Playa – Play może je sobie nazywać nawet 1500G wykorzystując luki prawne, jednak trochę bardziej świadomi użytkownicy wiedzą, że z 4G nie ma to nic wspólnego. Apple ma trochę racji, australijski UOKiK ma trochę racji, a najbardziej w tym wszystkim zmieszani i poszkodowani są klienci.

Problem z iPadowym 4G polega na tym, że nie działa nigdzie indziej poza Stanami Zjednocznymi. Australijski regulator wymusił na Apple zwrot pieniędzy konsumentom, którzy rozczarowali się, że ich nowe urządzenie w Australii nie działa w 4G i w zasadzie prędkości internetu są takie same, jak w iPadzie 2. Apple się ugiął, ale teraz protestuje przeciwko naciskom na porzucenie z nazwy “4G”. Gigant zaznacza, że nigdy nie reklamował iPada jako kompatybilnego z australijskim 4G i odnosi się do niejasnych przepisów określających, co jest, a co nie jest 4G. Według Apple kompatybilne z iPadem australijskie sieci 3G spełniają standardy, dzięki którym można nazywać je 4G.

International Telecommunications Union określa nazewnictwo standardów telekomunikacyjnych. 4G według ostatniego stanowiska ITU to LTE-Advanced i WiMAX-Advanced oraz wszystkie pokłosia 3G, które w rozwoju mogą dobić do magicznego transferu 100 Mbit/s. Wcześniej definicja nie była taka jasna, ale nawet teraz pozostawia sporo pola do naciągania definicji – w końcu w teorii HSPA+ może zapewnić download 168 Mbit/s, w teorii…

Sprawa 4G jest po prostu popaprana. Apple w Australii będzie odwoływał się od decyzji regulatora, a że to Apple, to pewnie będzie odbijać się to echem przez długi czas. Niestety, bo takie zagrania tylko mącą w głowach niezorientowanym konsumentom, którzy naprawdę nie mają pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi, a wiedzą jedynie, że z tymi nowoczesnymi sieciami coś jest nie tak.

Osobiście mam nadzieję, że australijski odpowiednik naszego UKOiK podtrzyma swoje decyzje, bo chociaż Apple ma też ziarenko racji, to ktoś w końcu musi pokazać, że zagrywki typu zmiany powiadomienia z 3G na 4G (jak w Stanach Zjednoczonych Apple zrobił w sieci AT&T) nie powoduje nagle magicznego zwiększenia prędkości sieci. To tylko głupie, marketingowe zagrywki, na które ludzie dają się nabierać, i nie ma ich co za to winić.

A ponieważ standardów sieciowych w zależności od krajów mamy od groma i jeszcze więcej – 4G to zarówno WiMAX i LTE – to od razu nasuwa mi się myśl, że taki Samsung robi lepiej. Galaxy Tab jest LTE, a nie 4G. Bardziej zorientowani od razu wiedzą, o co chodzi, a tym nieświadomym operatorzy słusznie mówią, że to szybka sieć nowej generacji.

Tylko, że Samsung od dawien dawna wypuszcza mocno zlokalizowane w zależności od rynku urządzenia obsługujące różne standardy. Apple za to puszcza w świat niekompatybilne 4G i próbuje naginać rzeczywistość. Tym razem mam nadzieję, że nie ujdzie mu to na sucho.

Tagi: , ,
Advertisement

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement