Trochę bajka, trochę… nuda. iPhone 11 – recenzja długoterminowa

Recenzja/Technologie 08.11.2019
Trochę bajka, trochę… nuda. iPhone 11 – recenzja długoterminowa

Trochę bajka, trochę… nuda. iPhone 11 – recenzja długoterminowa

Po pierwszych dwóch tygodniach z iPhone’em 11 miałem tak niewiele uwag, iż zdecydowałem wstrzymać się z pełną recenzją. Minęły blisko dwa miesiące, odkąd iPhone 11 wpadł w moje ręce i… nadal nie mam mu zbyt wiele do zarzucenia.

Jeśli lubisz narzekać, nie kupuj iPhone’a 11. Tak napisałem po dwóch tygodniach z iPhone’em 11, tak piszę i teraz, siedem tygodni od dnia zakupu. Mogę bez mrugnięcia okiem powiedzieć, że moje dotychczasowe doświadczenie z najnowszym smartfonem Apple’a jest najbardziej pozbawioną niespodzianek przygodą ze smartfonem, jaką miałem od… nie pamiętam od kiedy. Być może w ogóle.

Nie znaczy to oczywiście, iż jest to sprzęt pozbawiony wad. To od nich zacznę więc tę recenzję.

iPhone 11 – wady

iPhone 11 recenzja opinie

Największą wadą iPhone’a 11 jest oczywiście jego cena.

Jakby na to nie patrzeć, ten telefon nie jest wart absurdalnych 3599 zł za wersję z komicznymi 64 GB pamięci na dane. Patrzę na leżącego obok OnePlusa 7T (2599 zł, 8/128 GB) i wciąż mnie serce boli, że musiałem wydać ponad 1000 zł więcej na iPhone’a, który – obiektywnie – potrafi dużo mniej.

Stosunek ceny do jakości w iPhonie 11 jest dramatycznie zły. Nie da się temu zaprzeczyć.

Błyskawicznie widać też największą wadę sprzętową nowego iPhone’a – ekran.

Czy może raczej szkło, którym ekran jest pokryty. Mateusz Nowak tuż po premierze opisał historię, jak to zbiorowo porysowaliśmy nasze iPhone’y, nieopatrznie zbliżając do siebie szafirowe szkło obiektywów aparatu i wyświetlacze.

Okazuje się jednak, że to nie tylko kwestia szafiru. Ekrany nowych iPhone’ów są po prostu zrobione z masła.

Przynajmniej takie mam wrażenie, gdy patrzę pod światło na długie, długaśne, gargantuiczne rysy pokrywające ekran mojego egzemplarza, choć chucham i dmucham, i dbam o niego bardziej niż o jakikolwiek inny smartfon kiedykolwiek. Ba, nawet etui kupiłem, choć tego nie znoszę. A mimo tego ekran iPhone’a 11 jest okrutnie porysowany.

Szkoda, że tych rys nie da się w sensowny sposób przedstawić na zdjęciach. Możecie mi jednak wierzyć, że serce mi krwawi każdego wieczora, gdy iPhone przestawia się w tryb ciemny i widzę każdą ryskę jak na dłoni. Jeśli planujesz zakup tego telefonu, dolicz od razu koszt instalacji szkiełka hartowanego na ekran. Serio.

Z drobnych wad konstrukcyjnych muszę też ponarzekać na wystający aparat – bez etui nie ma szans, żeby położyć telefon na płasko na pleckach, co dodatkowo zwiększa potencjał uszkodzenia drogiego telefonu.

Nie mam zamiaru pastwić się tutaj nad ograniczeniami iOS-a, choć jako wieloletniego użytkownika Androida nieco mnie one uwierają.

Wiedziałem jednak, w co się pakuję i to samo powiem każdemu, kto będzie płakał, że „nie można przesyłać plików przez Bluetooth, hurr, durr!”, czy gadał inne kocopoły na system operacyjny tego telefonu. iOS to iOS, kropka. Kupując iPhone’a musisz wiedzieć, w co się pakujesz – na temat różnic między iOS i Androidem powstał na oko bazylion artykułów w Internecie, wystarczy poczytać.

Nie mogę jednak zaprzeczyć, że kilka drobiazgów solidnie działa mi na nerwy. Np. to, że Zdjęcia Google albo się synchronizują albo nie, do tego w aplikacji na iOS nie mogę wybrać folderu na urządzeniu, by wyświetlić zdjęcia pochodzące tylko z iPhone’a. Do szału doprowadza mnie brak sklepu w aplikacji Amazon Kindle – dotychczas wszystkie książki z Amazonu kupowałem poprzez aplikację na smartfona, ale na iPhone’ach zrobić tego nie można, sklepu w aplikacji po prostu nie ma.

Takich irytujących drobiazgów jest sporo, ale im dłużej używam iPhone’a, tym bardziej widzę, że to nie wady, a cechy systemu. Cechy, do których z czasem człowiek się po prostu przyzwyczaja, jak choćby do statycznych rzędów ikon, które na początku nudziły i uwierały, a teraz… są mi po prostu obojętne. Nie mam już 16 lat, żeby definiować telefon przez możliwość zmiany kolorków motywu przewodniego czy układania ikon w dowolnym miejscu wyświetlacza.

Jako ostatnią wadę muszę wymienić przedziwny magnetyzm w stronę „ekosystemu”, jaki wywołuje posiadanie iPhone’a.

iPhone to nie tylko telefon. To element ekosystemu sprzętów i aplikacji, a Apple’owi oczywiście zależy na tym, żebyś „złapał je wszystkie”. Firma robi to w bardzo przebiegły, podstępny wręcz sposób. Prawie udało im się złapać mnie na zegarek – mój Fossil z Wear OS nadal nie działa z iOS 13, nowy Garmin Vivoactive 4 miewa problemy z połączeniem (których nie ma na Androidzie), więc zostaje tylko jeden wybór: Apple Watch. Na szczęście (jeszcze) nie uległem, ale było blisko.

I odkąd mam iPhone’a, jak nigdy dotąd korci mnie zakup Maca, z którym iPhone byłby na stałe połączony, ułatwiając wielokrotne przełączanie się między pracą na telefonie i na komputerze.

Żaden inny telefon nie wciąga tak w ekosystem produktów danego producenta, bo też żaden inny producent nie ma ekosystemu tak kompletnego, jak Apple. I trudno mi to uznać za zaletę czy cechę – dla mnie to wada. Apple próbuje mnie na siłę przekonywać do zmiany sprzętu i wywołuje u mnie poczucie, że to, co mam teraz, jest niedostatecznie dobre. A przecież to nieprawda.

Na tym jednak koniec wad. W skali tego, jak dobrym telefonem jest iPhone 11, nie mają one zresztą większego znaczenia.

iPhone 11 – zalety

deep fusion, iphone 11, ios 13.2

Ekran iPhone’a 11 wywołuje najwięcej kontrowersji. Niesłusznie.

Tak, iPhone 11 ma ekran o mizernej rozdzielczości (1792 x 828 px), co przy przekątnej ekranu 6,1” powinno wyglądać tragicznie. Tak, ten ekran to IPS, nie AMOLED, co sugeruje, że będzie wyglądał tragicznie. Tyle że… wygląda świetnie.

Kolory są odwzorowanie idealnie, kąty widzenia są doskonałe, jasność przebija większość AMOLED-ów na rynku, kontrast jest tak głęboki, jak to tylko możliwe przy ekranie tego typu. Cud, miód i orzeszki.

Pewnie, gdy położymy iPhone’a 11 obok OnePlusa 7T czy nawet iPhone’a 11 Pro, ekran wyraźnie odstaje. Brakuje mu „prawdziwej czerni” zgaszonych pikseli, zwłaszcza gdy iOS 13 przechodzi w tryb ciemny. Jednak poza tą prawdziwą czernią naprawdę, naprawdę niczego mu nie brak. Nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej, bo jeśli ktoś mówi, że ekran w iPhonie 11 jest słaby, to znaczy, że po prostu nigdy tego ekranu na oczy nie widział.

Wydajność iPhone’a 11 nie pozostawia absolutnie nic do życzenia.

Procesor Apple A13 Bionic, 4 GB RAM-u, 128 GB pamięci na dane + optymalizacja Apple’a = love.

Ten telefon śmiga jak żaden inny. Może tylko OnePlus, po części za sprawą 90-hercowego odświeżania ekranu, może się z nim równać. Cała reszta musi się jeszcze wiele nauczyć, by dogonić nowego iPhone’a pod względem płynności i stabilności działania.

Ok, iOS 13 zaliczył spore turbulencje przy starcie. Przez pierwsze dwa tygodnie od premiery iPhone’a 11 dostałem więcej aktualizacji oprogramowania, niż przeciętny użytkownik Androida przez całe swoje życie. I po tych dwóch tygodniach turbulencje ustały, a iOS 13 – przynajmniej w moich zastosowaniach – działa z idealną, surrealnistyczną wręcz płynnością i stabilnością.

Nigdy nic mi się na nim nie zawiesza. Nigdy nic się nie zacina. W moim egzemplarzu nie występuje też problem z ubijaniem aplikacji w tle, jaki zgłaszają niektórzy użytkownicy – mogę otworzyć 6-8 aplikacji na raz i żadna nie zostanie zamknięta. Ba, mogę zrobić zdjęcie bez przerwy w odtwarzaniu muzyki. Brzmi jak drobiazg, ale znakomita większość smartfonów tego nie potrafi.

Od strony szybkości i płynności działania iPhone 11 nie pozostawił mi nic do życzenia. Gram w wymagające graficznie tytuły. Odpalam wiele aplikacji na raz. Pracuję na smartfonie z taką samą intensywnością jak zawsze. iPhone 11 ani razu mnie nie zawiódł i wygląda na to, że wydajności nie zabraknie mu jeszcze przez długie lata.

W parze z wydajnością idzie solidny zapas energii.

iPhone 11 opinie

„No nareszcie” – chciałoby się powiedzieć. iPhone 11 oraz iPhone 11 Pro nareszcie oferują fe-no-me-nal-ny czas pracy na jednym ładowaniu, zwłaszcza w 11 Pro Max i zwykłej „jedenastce”.

Na papierze pojemność akumulatora nie imponuje. To zaledwie 3110 mAh, które przeciętnemu smartfonowi z Androidem wystarczyłyby może na jeden dzień. Może.

iPhone’owi 11 energii wystarcza na dłużej. W dni, kiedy korzystam z iPhone’a mniej intensywnie, mogę liczyć na spokojne 48 godzin z dala od gniazdka. W mega intensywne dni robocze i wyjazdowe, gdy telefon służy za nawigację, hotspot i mobilne biuro, bez wysiłku wyciskałem z iPhone’a 11 7 godzin czasu pracy przy włączonym ekranie i około 20 godzin łącznie. To kapitalne wyniki.

Łyżką dziegciu w tej beczce miodu jest brak szybkiej ładowarki w zestawie. Choć iPhone 11 jest w stanie ładować ogniwa z mocą 18 W, to w przeciwieństwie do iPhone’a 11 Pro, który odpowiednią ładowarkę ma w pudełku, do „bieda-iPhone’a” trzeba taką dokupić samodzielnie. W pudełku jest tylko mizerna ładowarka 5 W, która ładuje iPhone’a do pełna w na oko 3 lata.

Na szczęście nikt nie każe nam kupować drogiej ładowarki od Apple’a. Sam rozwiązałem ten problem kupując odpowiednią ładowarkę od firmy Green Cell. Nie ma żadnych problemów z kompatybilnością, było tanio, a do tego jakość wykonania przewodów polskiej firmy to zupełnie inna liga niż łamliwe kabelki Lightning-USB od Apple’a.

Aparat zasługuje na (prawie) same pochwały.

deep fusion, iphone 11, ios 13.2

Wiecie to już zresztą, jeśli czytaliście któryś z tekstów Marcina Połowianiuka:

Nie będę się tutaj powtarzał. Dwa aparaty o rozdzielczości 12 Mpix, sparowane z obiektywem szerokokątnym i ultraszerokokątnym, robią fenomenalną robotę, zarówno w dzień, jak i w nocy. Nawet uwzględniając nieco rozczarowujący tryb Deep Fusion, który żadnej rewolucji nie wnosi, ten telefon spisuje się kapitalnie jako podręczny aparat foto.

Po blisko dwóch miesiącach muszę też powiedzieć, że ogromnie doceniam jednolitość kolorów między obydwoma aparatami. To ogromna wada smartfonów z Androidem – każdy aparat w danym telefonie nieco inaczej renderuje kolory i produkuje bardzo różne efekty. Często zdjęcia zrobione obiektywem ultrawide wyglądają dużo gorzej od tych zrobionych standardowym obiektywem.

W iPhonie 11 tak nie jest. Ujęcia z obydwu obiektywów wyglądają równie świetnie za dnia. Szkoda, że po zmroku kapitalny tryb nocny dostępny jest tylko dla zwykłego obiektywu.

Nie znalazła się prawie żadna sytuacja przez te dwa miesiące, w której iPhone 11 by mnie zawiódł. Wyjąwszy może kilku sytuacji, kiedy iPhone 11 – jak zresztą każdy inny smartfon – nie poradził sobie z prześwietleniami przy bardzo kontrastowej scenie:

Poza tymi drobiazgami efekty są w pełni satysfakcjonujące i – co ważne – na aparacie iPhone’a 11 można polegać. Dotyczy to zarówno zdjęć, jak i wideo. Wideo, które jakością po prostu zmiata każdy smartfon z Androidem na rynku – zarówno pod kątem jakości, świetnego korygowania ekspozycji, nagrywania dźwięku, jak i stabilizacji, która jest po prostu abstrakcyjnie dobra. Nagrania zrobione iPhone’em 11 (z obydwu obiektywów) wyglądają jak kręcone na gimbalu, są tak stabilne:

https://twitter.com/lukaszkotkowski/status/1177886023998676992

Zresztą, nie musicie wierzyć mi na słowo. Zobaczcie teledysk, który nakręcił iPhone’em 11 znany youtuber, Jonathan Morrison. Do nagrania został wykorzystany tylko iPhone 11 i tani uchwyt do smartfona. Żadnych gimbali, dodatkowego oświetlenia czy dołączanych obiektywów. Efekty? Powalające:

Tradycyjnie iPhone’y miały świetne główne aparaty, ale przednie kamerki oferowały jakość iście kartoflaną. iPhone 11 zmienia tę tradycję – przedni aparat robi naprawdę dobre zdjęcia, a do tego nagrywa wideo w rozdzielczości 4K i 60 FPS.

Uczciwie powiem, że brakuje mi w iPhonie 11 obiektywu telefoto, który ma iPhone 11 Pro. W smartfonach z Androidem korzystam z tej ogniskowej często i gęsto, nie ze względu na „zoom”, a ze względu na bardziej naturalne proporcje dłuższej ogniskowej. I żałuję, że iPhone 11 nie oferuje tego obiektywu.

Większość użytkowników woli jednak obiektyw ultraszerokokątny, więc decyzja Apple’a o implementacji właśnie tej ogniskowej jest jak najbardziej słuszna. A też sądzę, że dla tego jednego obiektywu nie warto dopłacać 2 tys. zł do iPhone’a 11 w wersji Pro.

deep fusion, iphone 11, ios 13.2

iPhone 11 na co dzień? Trochę bajka, trochę… nuda

Pisaliśmy to wiele razy przy okazji recenzji takich smartfonów jak Galaxy Note 10 czy Note 9 i powtórzę to ponownie przy iPhonie 11 – perfekcja jest nudna.

W codziennym użytkowaniu iPhone 11 jest smartfonem absolutnie i totalnie nudnym. Nie irytuje w żadnej materii. Zawsze działa. Jako geeka martwi mnie też fakt, iż kupno iPhone’a 11 totalnie wyleczyło mnie ze ślinienia się za innymi telefonami. Owszem, gdy wziąłem do ręki OnePlusa 7T przez moment pomyślałem „i na co był mi ten iPhone…”, ale gdy pierwszy raz zawiesiła mi się aplikacja, od razu doceniłem iPhone’a 11 i święty spokój.

Nadal nie uważam, by ten święty spokój wart był aż 3749 zł, które przyszło mi za iPhone’a 11 zapłacić. Ten telefon jest horrendalnie źle wyceniony na tle potrafiącej o wiele, wiele więcej konkurencji. Tyle że… nie ma to żadnego znaczenia.

iPhone 11 to prawdopodobnie najbardziej opłacalny iPhone w historii. Cena – choć wysoka – mieści się jeszcze w granicy rozsądku (nie to co iPhone 11 Pro), a to, co iPhone 11 oferuje w zamian, usatysfakcjonuje na oko 99,9999 proc. Użytkowników. Ten telefon nie wykazuje, jak do tej pory, żadnych istotnych wad. Nawet „ekran z masła” nie irytuje mnie na tyle, bym powiedział „nie kupujcie”.

Zdaję sobie sprawę, iż wydając na telefon własne pieniądze jestem siłą rzeczy narażony na wpływ błędu kognitywnego, zwanego efektem wspierania decyzji. To przez niego nabywcy smartfonów Xiaomi uważają, że zrobili interes życia, a posiadacze iPhone’ów uważają, że Android jest dla biedaków.

Mam jednak dostatecznie rozległe porównanie z innymi urządzeniami na rynku, by móc z całą stanowczością powiedzieć, że iPhone 11 to prawdopodobnie najlepszy telefon, jaki można kupić.

Obiektywnie nie potrafi najwięcej (tutaj wygrywa Note 10), obiektywnie ma fatalny stosunek jakości do ceny (tutaj wygrywają OnePlusy i Xiaomi), ale gdy tylko spojrzymy na iPhone’a 11 ponad jego ceną i surową specyfikacją, dojrzymy urządzenie kompletne, znakomite i perfekcyjnie… nudne.

Ale po dwóch miesiącach wiem jedno – wolę się nudzić z iPhone’em niż irytować z tańszym, ale niedopracowanym smartfonem konkurencji.

Dołącz do dyskusji