Jeśli lubisz narzekać, nie kupuj iPhone’a 11

Felieton/Technologie 04.10.2019
Jeśli lubisz narzekać, nie kupuj iPhone’a 11

Jeśli lubisz narzekać, nie kupuj iPhone’a 11

Czy to już pora dzwonić po pomoc? Od dwóch tygodni nie mam żadnych problemów z telefonem i nie wiem, co się robi w takiej sytuacji.

Trochę piąteczkowo, trochę na śmieszno, a trochę na śmiertelnie poważno – nie pamiętam, żebym kiedykolwiek na przestrzeni ostatnich lat używał telefonu, z którym nie miałbym jakiegoś problemu.

W co najmniej połowie przypadków, gdy sięgam po nowy telefon, schody zaczynają się już przy pierwszej konfiguracji – Android ma to do siebie, że przywracanie ustawień jest loterią w 100 proc. zależną od producenta, egzemplarza i fazy księżyca. Raz przywróci się wszystko, raz przywróci się nic, raz przywrócą się aplikacje, ale nie ustawienia, raz przywrócą się kontakty, ale hasła do Wi-Fi już nie, etc. Loteria.

Powodów do narzekania smartfony testowe dawały mi zresztą na przestrzeni ostatnich lat wiele. Na jednym pojawiały się problemy z łącznością Bluetooth. Na innym aplikacja X notorycznie się zawieszała. Jeszcze inny miał tak zły aparat, że nie warto go było nawet wyciągać z kieszeni. Inny z kolei kosztował ponad 4000 zł, a i tak zacinał się przy zmianie pulpitów.

Dość powiedzieć, że przywykłem do narzekania na komputer w mojej kieszeni. Było ono wręcz inherentnym elementem mojej pracy, życia i jestestwa, a przy okazji doskonale wpisywało się w etos Polaka-zgreda, któremu wiecznie coś nie pasuje (pod tym jednym względem czuję się jednością z narodem. Pod pozostałymi – niekoniecznie).

Z góry wiedziałem, że gdy trafi do mnie sprzęt na testy, albo gdy kupię nowy telefon na prywatny użytek, będzie przynajmniej jedno COŚ, jedna cecha, która stale będzie mi przypominać, że nie kupiłem ideału.

Kupiłem iPhone’a 11 i od dwóch tygodni nie narzekam.

Hejterzy mogą już rozgrzewać paluszki i pomału zmierzać ku sekcji komentarzy, ale tak – dwa tygodnie temu kupiłem iPhone’a 11. I nie wiem, czy po prostu jeszcze nie minął mi okres wstępnego zauroczenia, a może też pozostaję pod wpływem efektu wspierania decyzji, bo skoro wydałem gruby pieniądz, to lepiej żebym był z tego faktu zadowolony, ale tak czy siak – od dwóch tygodni nie mam na co narzekać.

Pewnie, pierwszy kontakt z iPhone’em i przesiadka na iOS wymagają dostosowania. Zmiany nawyków. Przekonania pamięci mięśniowej, że cofa się gestem, a nie przyciskiem „wstecz”, itp. iPhone to też w oczywisty sposób kompromis pod względem możliwości konfiguracji, dostosowania telefonu do swoich potrzeb. Przekonuję się też, że to nienajlepsza platforma dla usług Google’a, które o niebo lepiej działają na Androidzie – z tego względu, podobnie jak kolega Rafał Gdak, ja również do obsługi poczty i kalendarza korzystam z Outlooka, a gdyby nie Mapy, pewnie nie miałbym na iPhonie ani jednej aplikacji Wielkiego G (czytajcie ten skrót jak chcecie). Wielkim G jest też kompatybilność Wear OS z iOS 13 – pomimo dwóch aktualizacji systemu operacyjnego mój Fossil Sport nadal nie działa z iPhone’em 11, a ja nie wiem, kogo mam za to winić. Pewnie prędzej kupię Apple Watcha, niż Fossil znów zacznie działać z iPhone’em.

Nie licząc jednak tych kilku chwil koniecznych na zmianę przyzwyczajeń, od dwóch tygodni trwam w stanie nieznanego mi uprzednio smartfonowego zen. Wszystko działa. Żadna aplikacja nie sypie błędami. Nic się nie zacina, nic się nie zawiesza.

Podejrzewam też, że wybrałem po prostu doskonały moment na przesiadkę, bo podobnego zen nie udało mi się osiągnąć testując iPhone’a XS czy iPhone’a XR. Dopiero iPhone 11, głównie za sprawą kosmicznie dobrego aparatu i niemniej kosmicznego czasu pracy z dala od gniazdka, a także zaskakująco dobrych jak na Apple’a anten łączności sieciowej i GSM sprawił, że choćbym nie wiem jak długo myślał, nie potrafię znaleźć czegokolwiek, co by mnie w tym smartfonie uwierało.

To jednak oznacza, że na pełną recenzję iPhone’a 11 będziecie musieli, drodzy czytelnicy, jeszcze troszkę poczekać.

Nie może przecież być tak, że test będzie składał się z samych ochów i achów, i co najwyżej wytknięcia tego, co oczywiste – że telefon za drogi, że za mało pamięci w standardzie, że ekran nie przystoi rozumowi i godności człowieka, i tak dalej.

Dam sobie czas. Jeszcze co najmniej dwa tygodnie, aż minie miesiąc, odkąd kupiłem iPhone’a 11. Może w tym czasie pojawi się coś, co sprawi, że będę miał ochotę wyrzucić swój nowy zakup przez okno. Może coś zmęczy mnie na tyle, że pożałuję zakupu. Póki co jednak mam złe wieści – jeśli lubisz sobie ponarzekać, nie kupuj iPhone’a 11. To nie jest telefon dla tych, którzy lubią, jak im coś wiecznie przeszkadza.

A teraz przepraszam, idę przełożyć kartę SIM do jakiegoś telefonu z Androidem, żeby mieć na co ponarzekać. Dwa tygodnie bez złego słowa na telefon to stanowczo za dużo.

Dołącz do dyskusji