Nie ma się nad czym zastanawiać – jedź i kup go. Głośnik Ikea Symfonisk – recenzja

Recenzja/Sprzęt 09.08.2019
Nie ma się nad czym zastanawiać – jedź i kup go. Głośnik Ikea Symfonisk – recenzja

Nie ma się nad czym zastanawiać – jedź i kup go. Głośnik Ikea Symfonisk – recenzja

Tak – nie ma się tutaj absolutnie nad czym zastanawiać. Ale i zdecydowanie warto wiedzieć o głośniku Ikea Symfonisk kilka rzeczy, zanim pojedziemy na weekendowe zakupy i wrócimy do domu ze szwedzko-amerykańskim sprzętem grającym.

Tych kilka rzeczy, które mogą nas na dobre odwieść od zakupu głośnika Symfonisk, jeszcze zanim zaczniesz w ogóle go rozważać, to:

Bluetooth? Kabelek? Zapomnij, zapomnij na dobre.

Stworzony przez Ikeę przy współpracy z Sonosem Symfonisk nie jest typowym głośnikiem. Nie jest też typowym głośnikiem Bluetooth. Niespecjalnie też nada się w roli nagłośnienia do telewizora (bez odpowiedniej konfiguracji sprzętowej). Na obudowie znajdziemy zresztą tylko jedno złącze, którym jest… Ethernet. Możemy dowolnie obracać obudowę i szukać jakiejkolwiek innej dziury w całym, ale niestety jej tu nie ma. Nie podłączymy więc Symfoniska do naszego ulubionego odtwarzacza za pomocą kabla, nie podłączymy go tak do TV, nie udostępnimy go też tak prosto znajomym, którzy przyszli do nas na imprezę i chcą pobawić się w DJ-a.

Symfonisk jest bowiem głośnikiem sieciowym. Jedynym sposobem, żeby z niego korzystać, jest pobranie dostępnej na Androida lub iOS dedykowanej aplikacji (Sonos – tej samej, która służy do obsługi głośników Sonosa), ewentualnie skorzystanie z AirPlay (oczywiście wyłącznie na sprzętach od Apple).

Zresztą nawet w instrukcji Ikea podaje, że przy instalacji Symfoniska trzeba go położyć tam, gdzie ma stać, podłączyć do prądu, pobrać aplikację Sonos i to tyle. Gotowe. Koniec instrukcji.

Jeśli więc nie lubicie dodatkowych aplikacji albo np. korzystacie ze sprzętu z Windows Phone – nie jest to głośnik dla was.

Kompaktowy, ale stacjonarny

Nie powinien też brać Symfoniska pod uwagę ten, kto błędnie skojarzy go z (niestety) popularnymi przenośnymi głośnikami Bluetooth. To sprzęt całkowicie stacjonarny, z dedykowanym przewodem zasilającym, który bez stałego podłączenia do prądu nie wytrzyma nawet sekundy.

Dwa kolory i do widzenia.

W sumie do serii Symfonisk należą dwa produkty – głośnik półkowy, czyli ten, który miałem okazję (w dwóch egzemplarzach) przetestować i głośnik-lampa. Oba można kupić albo w kolorze szarym z czarną obudową (na zdjęciach), albo w kolorze… szarym, ale dużo jaśniejszym, z białawą obudową.

To tyle, jeśli chodzi o wybór.

Jest mały, ale nie malutki

Cała obudowa ma wymiary 31 x 15 x 10 cm. Bez większego problemu powinna się więc zmieścić na dowolnej półce, regale, a także pełnić swoje dodatkowe funkcje, o których za chwilę. Ale na wszelki wypadek sprawdźcie, czy na pewno zmieści się na półce w pozycji stojącej – u mnie np. Symfonisk nie mieścił się w niektórych szafkach.

Nie gra tak, jak najtańszy Sonos.

Nie liczcie na to, że ktoś w Sonosie się pomylił i stworzył dla Ikei produkt, który byłby w stanie pokonać np. Sonosa Play:1. Nie, Symfonisk nie gra ani tak donośnie, ani tak czysto, ani tak uniwersalnie, ani tak dojrzale jak jego konkurent od Sonosa. Z drugiej strony – Play:1 jest o mniej więcej 250 zł droższy od Symfoniska, a 250 zł to już połowa kolejnego Symfoniska. A z mojego doświadczenia mogę stwierdzić, że wolę mieć stereo złożone z dwóch głośników Ikei niż pojedynczy głośnik Sonosa.

Ale jeśli dla kogoś pieniądze nie mają znaczenia, niech sięgnie po Sonosa. Jest lepszy, ale na pewno nie 250-złotych-lepszy.

Asystent głosowy? Niestety nie tutaj.

Krótka piłka – żaden sprytny cyfrowy asystent nie znalazł dla siebie miejsca w obudowie Symfoniska.

Dobra wiadomość? To właściwie koniec wad.

Z których zresztą część była odrobinę na siłę, a niektóre nawet bardzo na siłę. Mógłbym się też trochę przyczepić do kabla zasilającego, który ma 1,5 m, co powoduje, że nie da się go zmieścić w schowku na pleckach urządzenia, jeśli stawiamy go tuż przy kontakcie. Z drugiej strony – jeśli mamy do gniazdka daleko, może nam po prostu zabraknąć przewodu. Ale to narzekanie pewnie pojawiłoby się niezależnie od długości kabla. Zawsze komuś będzie za mało, a komuś za dużo.

Jeśli odpadliście na którymś z powyższych punktów – dobrze, bo moglibyście być rozczarowani zakupem. Jeśli natomiast dotarliście aż do tego miejsca, to wiele więcej pisać nie muszę.

Po prostu jeźdźcie do Ikei i kupcie ten głośnik – w takiej liczbie, jakiej potrzebuje wasz dom.

Koniec recenzji.

 

 

 

Ok, ok. Już tłumaczę, co jest w głośniku z Ikei takiego fajnego.

Wygląda świetnie. Albo inaczej – świetnie pasuje.

Niby kwestia gustu, ale weźmy pod uwagę jedno – masa domów w Polsce jest umeblowana od podłogi po sufit meblami i dodatkami z Ikei. I Symfonisk jest zaprojektowany na tyle uniwersalnie (w tym i to, że może stać pionowo i poziomo), żeby nie tylko pasować do tego wystroju, ale wręcz niezauważalnie wtapiać się w tło. Swoją drogą – dużo bardziej wolę Symfoniska z jego sztruksem od Sonosa Play:1 z jego tarką.

Dobrane przez Ikeę materiały wykończeniowe mają oczywiście swoje wady. Przykładowo, jeśli ktoś ma kota, będzie miał kolejny domowy sprzęt do intensywnego odkłaczania. Materiał chroniący głośnik z radością łapie każdy, najmniejszy nawet kawałek sierści, i trzyma go kurczowo. Czarna, plastikowa obudowa – podobnie jak trzy przyciski na froncie – zbierają też niestety łatwo odciski palców oraz kurz, i trzeba je co jakiś przetrzeć szmatką.

Zdecydowanie do przeżycia.

Przy okazji – metka Ikei i Sonosa jest nie tylko bardzo przyjemnym detalem, ale i ma swoją funkcję. Ciągnąć za nią zdejmujemy maskownicę głośnika.

Ikea z zewnątrz, Sonos w środku.

Kupiliśmy głośnik od jednej firmy, pobieramy aplikację od drugiej. Przeważnie taki start zwiastuje potężne kłopoty, ale nie w tym przypadku. W tym przypadku jest idealnie. I idealny był podział pomiędzy tym, czym zajęła się każda z dwóch firm tworząca Symfoniska.

Mamy więc wzornictwo i cenę z Ikei, ale aplikację i wnętrzności Sonosa. A to oznacza, że cały proces parowania przebiega błyskawicznie i bez najmniejszych problemów. Możemy też skorzystać z absolutnie wszystkich funkcji charakterystycznych dla produktów Sonosa. Chociażby z opcji Trueplay, czyli analizy pomieszczenia i ustawienia w nim głośnika, optymalizując tym samym dźwięk który dobiera ze środka tego niewielkiego pudełka. Brzmi to skomplikowanie, ale w naszym przypadku polega wyłącznie na przejściu się po pokoju z telefonem i machanium nim na prawo i lewo. I nie – to nie jest marketing, to naprawdę działa.

Bez trudu możemy też dołączyć Symfoniska do naszego istniejącego już zestawu Sonosa albo ewentualnie dołączyć głośniki Sonosa później. Nic nie stoi przy okazji na przeszkodzie, żeby korzystać wyłącznie z Symfoniskow – np. łącząc je w pary. Co zresztą zrobiłem u siebie w kuchni i brzmiało to tak dobrze, że nagle zacząłem w tym pomieszczeniu spędzać większość wolnego czasu, po prostu ciesząc się muzyką. Zresztą zerknijcie do tekstu Łukasza, żeby przekonać się, co potrafi aplikacja Sonosa – jest tego dużo, dużo więcej.

Do tego dochodzi jeszcze – aczkolwiek to plus tylko dla użytkowników Apple – obsługa AirPlay 2 i nawet wsparcie dla HomeKita (dla Tradfri na razie nie). Na bogato, biorąc pod uwagę cenę.

Dziecko byłoby go w stanie obsłużyć

Dobra, dzieci akurat częściej lepiej radzą sobie z technologiami niż dorośli, ale niech będzie – każdy potrafiłby sobie poradzić z obsługą Symfoniska.

Podczas pierwszej konfiguracji jesteśmy prowadzeni za rączkę – od dodania głośników do naszego zestawu, przez ich kalibrację, aż po ewentualne ustawienie ich w parę i dodanie naszego ulubionego serwisu streamingowego (można pominąć korzystając z AirPlay).

Z jakich serwisów możemy skorzystać? Wszystkich wymieniać nie będę, ale jest Spotify, jest Apple Music, jest Audible, jest Deezer, jest Tidal, jest Google Play Music, jest Last.fm, jest też wiele więcej. Ba, jest nawet opcja podłączenia Symfoniska do dysków sieciowych WD Home, do Pleksa, do SoundClouda, do Storytela… i, ok, obiecałem, że nie będę wymieniał wszystkiego. Ale jak widać – nie ma tutaj na liście np. tylko Spotify i Apple Music.

Co najlepsze, możemy korzystać jednocześnie z wielu źródeł, pomijając przy tym oficjalne aplikacje tych usług. Jedyne, co nam potrzebne, to aplikacja Sonosa. I co nawet jeszcze piękniejsze – nie ma tutaj żadnych bluetoothowych wyszukiwań, łączeń i tak dalej – klikasz, czekasz sekundkę, muzyka trafia bezpośrednio na głośniki.

Uwielbiam tę prostotę. Uwielbiam też, że…

… nie muszę wiedzieć, gdzie mam telefon. Po prostu słucham.

Często zdarza mi się zapomnieć zabrać ze sobą telefonu do kuchni czy salonu. Czy to stanowi jakikolwiek problem? Nie, żaden. Klikam przycisk play na obudowie głośnika, a po chwili do moich uszu dobiega dźwięk odtwarzanej muzyki.

I to jest kolejna przewaga odtwarzaczy sieciowych – telefon pełni rolę pilota, ale nie źródła muzyki. Czyli tak, jak powinno być.

Ostatnio zresztą w rozmowie na temat tego, po co jeszcze w 2019 r. istnieją w ogóle stacje radiowe, ktoś odpowiedział mi, że nie trzeba myśleć, łączyć się, uruchamiać aplikacji i wybierać – po prostu klikasz i leci. I tak samo jest w przypadku Symfoniska – klikam play i gra. Ostatnia playlista, ostatnia płyta, ostatni utwór, który wypilotowaliśmy telefonem. Po prostu gra, niezależnie od tego, co dzieje się na smartfonie.

Tak, wiem, czytałem komentarze pod recenzją Sonosa Play One. Można sobie podobnie funkcjonujący odtwarzacz sieciowy skonstruować samodzielnie, podłączyć dowolne głośniki i też cieszyć się wygodą. I bardzo, bardzo to pochwalam, bo samym kupowaniem gotowców ludzkość daleko by nie zaszła. Z drugiej strony – sam nie czerpałbym z takiej zabawy przesadnej przyjemności, więc wolę już wydać te 500 zł na gotowe, ukończone rozwiązanie.

PS. Na obudowie nie ma przycisków następnego/poprzedniego utworu, ale opcja ta jest oczywiście dostępna. Wystarczy dwukrotnie albo trzykrotnie nacisnąć przycisk play.

A jak to gra? Tak, że ja dalej już nie szukam.

Nie oszukujmy się – to nie jest głośnik dla fanów najczystszego i najdonioślejszego brzmienia na świecie. Jest mały, nie jest przesadnie – jak na głośnik sieciowy – drogi, a do tego można go kupić w sklepie z meblami, wrzucając do koszyka razem z nowym stolikiem. Nie zastąpi rozbudowanego systemu audio w domu – a przynajmniej nie w pojedynkę.

Z drugiej strony, jak na rozmiary i cenę (ponownie – dla swojego segmentu), moc głośnika jest zaskakująca. Bez trudu wypełnia on dobrej jakości dźwiękiem pomieszczenia o powierzchni 20-25 m2, a w większych też radzi sobie wystarczająco, choć przy ok. 40 m2 zdecydowanie lepszym pomysłem są już dwa Symfoniski. Nie tyle ze względu na moc (trudno mi wyobrazić sobie sytuacje, w których wykorzystałbym 100 proc. głośności), ale ze względu na to, że głośnik z Ikei jest dość mocno kierunkowy, przez co zdanie się na wyłącznie jedno źródło dźwięku w tak dużym pokoju może nie być najlepszym rozwiązaniem. I nawet Truetone nie uratuje tutaj sytuacji – z fizyką trudno wygrać.

Na dodatek, jeśli słuchamy faktycznie muzyki, a nie sprzętu, trudno będzie się przyczepić do jakości dźwięku Symfoniska. Może i odrobinę brakuje mu basu, a wysokie tony nie są aż tak klarowne, ale… w życiu nie napisałbym, że słuchanie muzyki z tego głośnika jest nieprzyjemne. Wręcz przeciwnie – od kiedy Symfonisk (w liczbie dwóch) gości w moim domu, słucham dużo więcej muzyki. I to zarówno w tle, czyli np. podczas krzątania się w kuchni, jak i po prostu siadając na kanapie i chcąc cieszyć się ulubionymi utworami.

Kolejny plus – wcale nie trzeba podkręcać głośności na wysoki poziom, żeby cieszyć się domyślną jakością brzmienia – podobnie jak Play One, również i Symfonisk brzmi dobrze nawet wtedy, kiedy gra cicho.

Nie można też zapomnieć o jednej, a właściwie dwóch rzeczach. Symfonisk kosztuje 499 zł, więc można na start pomyśleć o zakupie dwóch. I zdecydowanie warto rozważyć taki scenariusz, bo dopiero ustawienie tych głośników w trybie stereo sprawia, że wykorzystywany jest ich pełny potencjał. W trakcie testów wielokrotnie przestawiałem Symfoniski pomiędzy różnymi pomieszczeniami i prawie zawsze ostatecznie kończyłem na układzie, gdzie w jednym pokoju były dwa głośniki. Tak, wydajemy wtedy 1000 zł na jedno pomieszczenie, ale zawsze możemy przecież kompletować nasz system stopniowo.

Co zresztą sam planuję.

Półka

Tak, to głośnik napółkowy, ale też i sam może być półką. Wymaga to wprawdzie zakupu zestawu montażowego (50 zł) albo odpowiedniej szyny kuchennej, więc póki co nie testowałem tego rozwiązania, ale zawsze to ciekawa opcja. Tym bardziej, że sprzęt powinien wytrzymać do 3 kg obciążenia, więc z powodzeniem może pełnić funkcję np. nocnej szafki.

Warto czy nie?

Tak. I nie.

Tak, jeśli:

  • szukasz niedrogiego głośnika sieciowego, który brzmi przyzwoicie i daje opcję późniejszej rozbudowy systemu
  • szukasz niedrogiego głośnika z AirPlay 2
  • z jakiegoś powodu chcesz zastąpić szafkę/półkę głośnikiem (sam planuję to kiedyś zrobić)
  • chcesz sprawdzić, czy głośnik sieciowy to coś, co ci odpowiada
  • nienawidzisz głośników Bluetooth
  • szkoda ci wstawić droższego Sonosa do kuchni
  • chcesz zbudować niedrogi zestaw sieciowych głośników stereo
  • szukasz czegoś naprawdę prostego w obsłudze
  • podoba ci się idea Sonosa, ale sam Sonos jest dla ciebie za drogi

Nie, jeśli:

  • nie lubisz Sonosa i uważasz, że taniej możesz skonstruować własny sieciowy zestaw audio
  • jakość dźwięku z najtańszych modeli Sonosa uważasz za minimalny próg do zaakceptowania
  • wolisz uniwersalność Bluetooth
  • uważasz, że jesteś ponad stylistykę Ikei
  • nie masz ograniczeń finansowych (wtedy bierz Sonosa)

Co zrobię ja po testach? Akurat tutaj nie mam wątpliwości – kupię najpierw jednego Symfoniska, a potem kolejne i kolejne. A raczej nie rzucam słów na wiatr i jak coś po testach mi się podoba do tego poziomu, żeby zadeklarować chęć zakupu, to potem tę obietnicę skrzętnie realizuję.

Dołącz do dyskusji

Advertisement