Wyobraź sobie, że nagle zniknęły wszystkie gry i książki, jakie kupiłeś w Sieci. To może się wydarzyć

Felieton/Technologie 01.07.2019
Wyobraź sobie, że nagle zniknęły wszystkie gry i książki, jakie kupiłeś w Sieci. To może się wydarzyć

Wyobraź sobie, że nagle zniknęły wszystkie gry i książki, jakie kupiłeś w Sieci. To może się wydarzyć

Microsoft właśnie zwija z rynku jedną ze swoich usług, ale pewnie nawet tego nie zauważyliście. Nic dziwnego – nie była ona dostępna w Polsce. Jednak śmierć księgarni z e-bookami to doskonały przykład tego, że „cyfrowe” nie zawsze znaczy „lepsze”.

Stali czytelnicy zapewne wiedzą, że jestem wielkim fanem tzw. „kultury dostępu” zamiast obsesji posiadania. Nie mam nic przeciwko abonamentom, nie mam nic przeciwko temu, że w zasadzie większość rzeczy, do których mam dostęp w Sieci, nie jest tak naprawdę moja.

Takie podejście ma jednak swoją mroczną stronę, którą często lubią punktować przeciwnicy kultury dostępu. Jeśli nic nie jest na własność, to w każdej chwili może zniknąć, jeśli tylko tak postanowi korporacja, do której dana usługa należy. A to już może zaboleć, jak właśnie zabolało konsumentów, którzy kupowali e-booki w Sklepie Microsoftu.

Microsoft zwija swoją księgarnię. A teraz wyobraźmy sobie, że to samo robi Amazon.

Zamknięcie księgarni Microsoftu nie jest nawet newsa warte w polskim kontekście. Usługa stanowiła margines rynku, a w naszym kraju nie była nawet dostępna. Skala tej księgarni była na tyle niewielka, iż Microsoftowi bardziej opłaciło się wypłacić konsumentom zwroty za zakupione książki, niż ją dalej utrzymywać.

Przykład tego upadku uczy nas jednak, co dzieje się, gdy upada/zamyka się podmiot oferujący treści – czy to książki, czy choćby gry komputerowe.

Microsoft zwraca pieniądze konsumentom, gdyż zakupione w ich księgarni książki po zamknięciu usługi po prostu znikną z urządzeń nabywców. Wynika to z faktu, iż są zabezpieczone DRM-em, który uniemożliwia przeniesienie ich z tej usługi i wykorzystanie na innych urządzeniach.

Na podobnej zasadzie funkcjonuje chociażby… Amazon. Książki kupionej w ich księgarni nie możemy czytać inaczej, niż poprzez czytnik Kindle lub dedykowaną aplikację. Jeśli jakaś zakupiona książka nagle zniknie z księgarni (np. wygaśnie jej licencja), książka zniknie też z naszych urządzeń.

Kindle Paperwhite 4 opinie

Można pomyśleć – nic wielkiego. Ale w przypadku książek taki scenariusz czasem może mieć katastrofalne skutki. Jak słusznie zauważa Elena Lacey w felietonie dla Wired, czasem notatki i podkreślenia dodane do zakupionych cyfrowo książek mogą być warte wielokrotnie więcej od samej książki, zwłaszcza w przypadku pozycji naukowych, służących do badań. Gdy platforma zamyka swe podwoje, notatki – podobnie jak książki – znikają. Microsoft zaoferował tym klientom, którzy stracą swoje notatki, dodatkowe 25 dol. rekompensaty. Czymże jest 25 dol. w obliczu potencjalnej utraty cytatów i danych wykorzystywanych np. w rozprawie naukowej?

I teraz wyobraźmy sobie, że podobny los spotyka Amazon. Amazon, który jest dziś bezwzględnym numerem 1 rynku książkowego na całym świecie. Który często jako jedyny posiada cyfrowe wydania niektórych pozycji i na którego zasobach miliony ludzi z całego świata opierają swoje biblioteki.

Gdyby Amazon wyciągnął wtyczkę – z jakiegokolwiek powodu – setki milionów książek zniknęłyby z urządzeń konsumentów, a wraz z nimi niezliczona ilość podkreśleń i notatek. Sam w mojej małej amazonowej biblioteczce mam ponad 200 zakupionych tytułów, które przepadłyby w cyfrowej odchłani, gdyby Amazon, dajmy na to, kiedyś zbankrutował.

A to wcale nie jest nierealny scenariusz. Tym, którzy uważają cyfrowych gigantów za nietykalnych i niezniszczalnych, wypada przypomnieć choćby przykład MySpace’a, który swego czasu wydawał się być nie do ruszenia. Jak się skończyło – dobrze wiemy. Zresztą, sam Jeff Bezos powiedział wprost, iż przewiduje bankructwo Amazonu.

Amazon nie jest zbyt wielki, by upaść. Tak naprawdę przewiduję, iż Amazon pewnego dnia upadnie. Amazon pewnego dnia zbankrutuje. Jeśli przyjrzeć się wielkim firmom, ich średni cykl życia to 30 lat, a nie ponad sto lat.

A skoro nawet Jeff Bezos, właściciel tej przeogromnej machiny przyznaje, że pewnego dnia jej tryby mogą się posypać, my również nie możemy wykluczać tej ewentualności.

Posuwając się w spekulacjach o krok dalej, na nieco inne poletko: co z grami?

Cyfrowa dystrybucja gier dawno już wyparła dystrybucję fizyczną. Może nieco mniej widać to na konsolach niż na pecetach, ale faktem jest, że gier na płycie po prostu nie kupujemy. Zamiast tego korzystamy z zasobów e-sklepów dostawcy konsoli, albo – w przypadku komputerów osobistych – z jednego z rozlicznych repozytoriów.

Niekwestionowanym hegemonem w tej materii jest dziś Steam, oferujący gry w znakomitej większości zabezpieczone DRM. Ale na tym nie koniec. Najwięksi wydawcy rynku, chcąc uniezależnić się od hegemonii Valve, stworzyli własne platformy i tworzą własne abonamenty, by zamknąć graczy w swoim ekosystemie.

Wiecie, co stanie się z grami, które kupicie w Originie, Uplay czy Epic Games Store, jeśli któraś z tych platform upadnie? Bingo – znikną.

xbox one 2018

Jeśli mam być szczery, to zniknięcie gier z mojej biblioteki nie bolałoby mnie tak, jak zniknięcie książek (zwłaszcza jeśli byłyby to gry pozyskane w zamian za niską opłatę abonamentową), ale jestem w stanie wyobrazić sobie wściekłość osoby, która wyda tysiące złotówek na którejś z tych platform, a jej gry pewnego dnia po prostu wyparują.

Oczywiście to dość fatalistyczna wizja – w realnym scenariuszu, jeśli jedno z głównym repozytoriów upadnie, zapewne drugie przejmie jego licencje i umożliwi graczom przeniesienie swoich bibliotek. Nie zmienia to jednak faktu, że scenariusz utraty przynajmniej jakiejś części zakupionych gier jest jak najbardziej prawdopodobny.

I nawet nie wspominam już o temacie streamingu muzyki czy wideo, bo tu sprawa jest oczywista – jeśli dana usługa zakończy działalność, dostęp do jej zasobów zostanie zamknięty. Nie obejrzymy Stranger Things po upadku Netfliksa, chyba że nabyliśmy fizyczny egzemplarz na płycie. Nie przesłuchamy ulubionego albumu ulubionego wykonawcy po zamknięciu Spotify, jeśli nie nabyliśmy go gdzieś indziej lub nie posiadamy fizycznego krążka.

Zazwyczaj jestem pierwszym, który mówi „nie dajmy się zwariować”. Ale może w tym szaleństwie jest metoda?

Łatwo popaść ze skrajności w skrajność i od uwielbienia kultury dostępu przejść do kupowania muzyki na kasetach i inwestowania w złoto, bo „z tymi cyfrowymi rzeczami to nigdy nic nie wiadomo”. Faktycznie, w najczarniejszym ze scenariuszy dobra cyfrowe, która tak bardzo ułatwiają nam życie, mogą się okazać niczym więcej jak bańką, która zniknie sekundę po jej przebiciu.

Ostatnio sporo czasu poświęcam refleksji nad swoistym balansem między światem cyfrowym, a analogowym. Pęd innowacji, łatwość dostępu do informacji i wygoda pozyskiwania cyfrowych treści sprawiła, że sam przez długi czas traktowałem rzeczy analogowe jako gorsze i archaiczne. I wiem, że nie jestem w tym poglądzie osamotniony – jak bowiem można uznać prostą kartę papieru za coś lepszego od nowoczesnego tabletu? Jak powiedzieć, że „lepszy” jest fizyczny nośnik, który można zgubić, uszkodzić, który trzeba przechowywać i o nim pamiętać, od wygody dostępu do serwisu streamingowego?

Smartfon muzyczny pobierający muzykę w wysokiej jakości z serwisów streamingowych - Spotify i Tidal.

A jednak łapię się na tym, że ostatnio – zwłaszcza w kwestii książek i notatek – to, co analogowe, okazuje się być lepsze. Od miesięcy do OneNote’a przenoszę już tylko te informacje, których potrzebuję zawsze i wszędzie, nie tylko w fizycznym notesie. Pozostałe notatki, a w szczególności nowe pomysły i inspiracje, zapisuję w Moleskinie.

Papier może i nie oferuje możliwości choćby w ułamku tak potężnych, jak kombinacja nowoczesnego tabletu i wielofunkcyjnego oprogramowania, ale ma nad nimi jedną przewagę: trwałość.

Bardzo trafnie o owej trwałości pisze w Walter Isaascon we wstępie do biografii Leonarda da Vinci:

Punktem wyjścia podczas pracy nad tą książką nie były dla mnie wspaniałe dzieła sztuki Leonarda, tylko notatki, jakie po sobie pozostawił. Moim zdaniem nie ma lepszego sposobu, by zyskać wgląd w umysł tego wyjątkowego człowieka, niż sięgnąć po jego notatniki: ponad siedem tysięcy dwieście stron wypełnionych zapiskami, szkicami, a niekiedy zwyczajnymi bazgrołami.

 

Fakt, że zachowały się aż do dzisiaj, stanowi kolejny dowód na to, jak znakomitym nośnikiem informacji jest papier. Wciąż możemy przeczytać to, co zapisano na nim pięć wieków temu; szanse, że za kolejnych pięćset lat to samo będzie można powiedzieć o dzisiejszych tweetach, są raczej niewielkie.

Gdyby za 10 lat z jakiegokolwiek powodu serwery Microsoftu szlag trafił, wszystkie notatki, jakie trzymam w OneNocie przepadłyby bezpowrotnie. Tymczasem Moleskine, w którym notuję każdego dnia, co najwyżej odrobinkę pożółknie ze starości, ale zapisanym weń informacjom nic się nie stanie.

Oczywiście można polemizować, że jest większa szansa na to, że ów notes zgubię lub ulegnie on zniszczeniu prędzej niż upadną serwery Microsoftu, ale nie o to w tym chodzi. Chodzi o zobrazowanie, że papier cechuje trwałość, której próżno dziś szukać w ulotnym, cyfrowym świecie.

Surface Go LTE opinie

A wracając do tematyki książek, od których zaczął się cały ten wywód – jakiś czas temu powziąłem sobie za cel kupienie w papierze wszystkich pozycji, do których regularnie wracam. Póki co skompletowałem tym sposobem bibliotekę ponad 300 powieści, które już przeczytałem i które zapewne przeczytam ponownie. Teraz kolej na zakupy poradników i literatury faktu, szczególnie tych, które przeczytałem na Amazonie.

Bo jeśli istnieje choćby cień szansy, że w perspektywie kilku dekad Amazon przestanie istnieć, a wraz z jego upadkiem stracę dostęp do wiedzy, którą nabyłem dzięki zakupionym tam książkom, to wolę być gotowy.

Od lat preferuję e-booki z prostego względu: nie zajmują miejsca, nie wymagają uwagi, łatwiej się przeprowadzić z miejsca na miejsce bez dziesiątek kartonów z książkami. Doskonale wpisują się też w filozofię minimalizmu, w zgodzie z którą staram się żyć.

Tym niemniej po tym, co zaszło z e-księgarnią Microsoftu, jestem coraz mocniej przekonany, iż czasem warto poświęcić odrobinę minimalizmu i miejsca na półkach, by zgromadzić księgozbiór posiadany w stu procentach na własność, w fizycznej formie, której istnienie nie jest zależne od dobrostanu losowej korporacji.

Nawet jeśli w 2019 r. takie działanie może się wydawać antytezą postępu technologicznego, dziwactwem i archaizmem.

Nie ma też co popadać w skrajność – nikt przecież nie mówi, że od razu trzeba kasować konto w Spotify i wracać do kupowania płyt, wyrzucać e-czytnik przez okno i gromadzić papierową bibliotekę, czy zastępować Evernote’a rocznym zapasem Moleskine’ów. Jeśli chodzi o zabezpieczenia DRM, Polacy znajdują się zresztą w czołówce korzystania z usług pozbawionych ograniczeń nakładanych przez DRM. Jeśli boisz się utraty książek – wystarczy kupować w polskich księgarniach, a nie na Amazonie. U nas DRM-ów na książki nie ma. Jeśli boisz się utraty gier z bibliotek na PC – kupuj gry w GOG. Jeśli boisz się utraty dostępu do muzyki – kupuj całe albumy do pobrania i przechowuj na prywatnym serwerze, zamiast korzystać ze Spotify. Jeśli i tak zabrakłoby ci czasu na nadrobienie wszystkich dóbr kultury, którymi karmi nas XXI wiek – możesz po prostu odpuścić całe to rozważanie i korzystać z tego, co najtańsze i najwygodniejsze, kompletnie nie przejmując się tym, że kiedyś dostęp do treści może zniknąć. Na pewno w ich miejsce powstaną kolejne.

W obliczu technologii i możliwości, jakie ona daje, warto jednak czasem zadać sobie pytania.

Może faktycznie czasem analogowe jest lepsze. Może czasem faktycznie lepiej jest mieć na własność, niż tylko mieć dostęp.

Dołącz do dyskusji