A mówią, że abonamenty to zdzierstwo. Policzyłem, ile musiałbym wydać chcąc mieć wszystko „na własność” i złapałem się za głowę

A mówią, że abonamenty to zdzierstwo. Policzyłem, ile musiałbym wydać chcąc mieć wszystko „na własność” i złapałem się za głowę

A mówią, że abonamenty to zdzierstwo. Policzyłem, ile musiałbym wydać chcąc mieć wszystko „na własność” i złapałem się za głowę

Podobno abonamenty to zdzierstwo. Zamiast zapłacić raz i mieć, płacimy co miesiąc i w każdej chwili możemy stracić dostęp, bo przecież to, za co płacimy, nie jest nasze. Jak jest naprawdę? Policzyłem, ile kosztowałoby mnie „na własność” to, co mam w abonamencie.

Mieć na własność czy mieć dostęp? To pytanie dzieli konsumentów od dobrych kilku lat, w miarę jak abonamenty stopniowo zawładnęły naszym cyfrowym życiem. Osobiście jestem wielkim zwolennikiem tzw. „kultury dostępu” – zamiast posiadać na własność kilka albumów muzycznych, filmów na DVD czy książek, wolę płacić co miesiąc za niemal nieograniczony dostęp do ich nieprzebranych zasobów.

Wielu ludzi nie zgadza się jednak z tą filozofią, nazywając abonamenty zdzierstwem. Czy mają rację?

Żeby to sprawdzić, postanowiłem podliczyć, ile wydaję na kulturę w ramach abonamentów i na ile wykorzystuję dostęp do tych wszystkich bogactw.

W tym zestawieniu biorę pod uwagę trzy kategorie: VOD, streaming muzyki i książki. W kategorii VOD mieści się Netflix i HBO GO (łącznie ok. 70 zł/mies.), streaming to rodzinny abonament w Spotify (ok. 30 zł/mies.), zaś książki to Legimi w pakiecie z czytnikiem (ok. 50 zł/mies.).

Jednym z koronnych argumentów zwolenników posiadania kultury na własność jest „przecież i tak nie obejrzysz wszystkich seriali/nie odsłuchasz wszystkich albumów/nie przeczytasz wszystkich książek”. I racja – nie da się ogarnąć ogromu kultury, do której mamy dostęp. Ale czy na pewno wykorzystujemy tak niewiele z tego, co jest dostępne w abonamencie, by usprawiedliwić kupienie wszystkiego na własność?

Sprawdziłem to na własnym zużyciu.

Ile musiałbym wydać na płyty, by stworzyć tak obszerną bibliotekę muzyki, jaką mam w Spotify?

Na potrzeby tego zestawienia podliczę tylko te albumy (całe płyty, nie pojedyncze single), które mam zapisane w bibliotece. Nie liczę okazjonalnych playlist czy pojedynczych utworów wykonawców, których nie dodałem do ulubionych.

W tej chwili do mojej biblioteki Spotify dodanych jest dokładnie 268 albumów. Oczywiście nie słucham ich wszystkich regularnie (tak jak nie słuchałbym płyt CD), ale co najmniej 20-30 z nich odtwarzam każdego miesiąca. Nie uwzględniam też albumów słuchanych przez moich bliskich, którym udostępniam subskrypcję.

Załóżmy, żeby być nieco bardziej fair, że nagromadziłem te albumy przez cały czas korzystania ze Spotify, czyli mniej więcej na przestrzeni 5 lat.

60 miesięcy x 30 zł = 1800 zł

Teraz przyjrzyjmy się, ile musiałbym zapłacić za taką samą kolekcję „na własność”, czy to w formie analogowej, czy w postaci cyfrowej do pobrania na dysk. Ceny albumów wahają się ogromnie, zależnie od tego, czy mowa o starym, czy nowym wydaniu, lecz generalnie mieszczą się w pułapie od 15 do 50 zł. Przyjmijmy zatem, że średnia cena jednego krążka to 30 zł. Tyle, co miesiąc abonamentu rodzinnego w Spotify.

268 albumów x 30 zł = 8040 zł

Co bardziej uparty dysputant mógłby się upierać, że „no tak, ale płyty CD będą twoje już na zawsze, a za abonament będziesz musiał nadal płacić”. I pełna zgoda. Policzmy jednak, ile wody w rzece musiałoby upłynąć, by zrównać cenę abonamentu z kosztem zakupu muzyki „na własność”. Zakładając oczywiście, że przez cały ten czas nie dodam do mojej biblioteki w Spotify ani jednego albumu więcej:

Minęło 60 miesięcy, wydałem na Spotify 1800 zł. Przyjmijmy więc, że zostało do zrównoważenia 6240 zł z 8040 zł, które kosztowałaby cała kolekcja.

6240/30 = 208 miesięcy. 208 miesięcy = około 17 lat. Dodajmy pierwsze 5 lat w Spotify i wychodzi na to, że aby koszt abonamentu zrównał się z kosztem biblioteki muzyki kupionej na własność, muszą minąć 22 lata. Zakładając oczywiście, że nie dodam do kolekcji ani piosenki więcej.

Niemniej ciekawie rzecz wygląda w przypadku filmów.

Co miesiąc za Netfliksa i HBO Go płacę łącznie ok. 70 zł. Netfliksa opłacam jednak dopiero od 3 lat, zaś HBO Go od 4 lat, więc dla ujednolicenia pomiarów, przyjmę faktyczne wykorzystanie obydwu usług na przestrzeni ostatniego roku. Liczę tylko te seriale, których nie przerwałem i obejrzałem po całym sezonie, oraz te filmy, które obejrzałem w całości.

W ostatnim roku na abonamenty VOD wydałem ok 840 zł.

Sumarycznie tylko w 2018 r. obejrzałem 35 sezonów seriali i 30 filmów. Relatywnie niewiele, szczególnie biorąc pod uwagę „przebiegi” niektórych innych członków redakcji, ale też relatywnie dużo, biorąc pod uwagę przeciętnego konsumenta popkultury.

Oczywiście w dobie VOD nie wszystkie filmy i seriale wychodzą na płytach czy są dostępne w dystrybucji cyfrowej, ale załóżmy na chwilę, że istotnie tak jest. Podobnie jak w przypadku muzyki, ceny bywają różne, ale tu także możemy na potrzeby tego tekstu nieco uśrednić kwoty.

W przypadku filmów to ok. 25 zł za egzemplarz, zaś w przypadku seriali – około 35 zł za sezon.

35 sezonów x 35 zł = 1225 zł

30 filmów x 25 zł = 750 zł

Razem musiałbym więc wydać 1975 zł, aby postawić na półce (fizycznej lub wirtualnej) ten sam zbiór, który obejrzałem w ramach abonamentu w ciągu ubiegłego roku.

Gwoli koherentności zestawienia – aby wyrównać tę kwotę w abonamentach VOD, zakładając, że nie dodam do niej ani jednej pozycji, musiałbym płacić abonament przez co najmniej 2 lata.

W przypadku książek posiadanie ma najwięcej sensu.

Od pół roku płacę za Legimi, w ramach którego otrzymuję nieograniczony dostęp do kilkunastu tysięcy książek, gratis dostałem czytnik, a miesięcznie płacę ok. 50 zł.

Przez te pół roku przeczytałem łącznie 25 książek. Za abonament zapłaciłem 300 zł (choć gdyby był to abonament bez czytnika, zapłaciłbym niewiele ponad połowę tej kwoty).

Ceny książek mogą sięgać od 15 zł w Biedronce po 40-50 zł za nowości (nie licząc kuriozalnie drogiej literatury faktu i książek naukowych, kosztujących znacznie więcej). Przyjmijmy jednak, że jedna książka kosztuje 20 zł – tyle średnio wydajemy w Polsce na e-booki.

25 książek x 20 zł = 500 zł

Tyle musiałbym wydać na księgozbiór, z którym zapoznałem się przez ostatnie pół roku. Nadal więcej niż za abonament, ale też nie aż tak drastycznie więcej, jak w przypadku muzyki czy filmu. Tym niemniej, dla kogoś, kto pochłania przeciętną liczbę książek rocznie (40-50), abonament nadal opłaca się bardziej niż kupowanie książek na własność.

Mówimy tu tylko o koszcie zakupu. A przecież na tym nie kończą się inne koszty, które wynikają z posiadania.

Każdy fizyczny artefakt, który przynosimy do domu, to pewne mentalne i czasowe obciążenie. Fizyczne kopie zabierają miejsce. Trzeba od czasu do czasu zetrzeć z nich kurz. W razie przeprowadzki lub zwykłego przemeblowania stają się niesłychanie upierdliwe.

Nie mówiąc już o tym, że tę posiadaną „na własność” kolekcję nie zawsze możemy zabrać ze sobą. I tu zaczynają się argumenty na korzyść kultury dostępu, z którymi nie można polemizować.

Nawet trzymając się dóbr stricte cyfrowych – o ile nie stworzymy sobie własnej domowej chmury, w której będziemy trzymać cały zbiór muzyki, filmów i książek, nie ma szans na to, że będziemy mieć do nich dostęp z każdego miejsca na świecie, na każdym urządzeniu.

W przypadku dóbr fizycznych w ogóle nie ma o tym mowy – do odtworzenia płyty niezbędne jest stosowne urządzenie, które nie zawsze mamy pod ręką. Nie mówiąc o tym, że nie zawsze możemy zabrać ze sobą choćby część biblioteki.

Kluczową przewagą abonamentów, na które wciąż wielu ludzi tak bardzo psioczy, jest wygoda, oszczędność czasu i miejsca, oraz komfort dostępu z każdego miejsca na świecie.

Jest to szczególnie widoczne w przypadku filmów. Gdy mowa o bibliotece posiadanej na własność, zazwyczaj mówimy o konsumpcji treści w specjalnie przygotowanym pomieszczeniu (np. salonie), z telewizorem, zestawem kina domowego, etc. Albo przynajmniej o laptopie.

Gdy zaś mowa o usługach VOD, telewizory i tradycyjne kino domowe coraz częściej odchodzi do lamusa. Liczą się natomiast smartfony, oferujące dziś fantastyczne możliwości audio-wizualne.

Weźmy na przykład nową rodzinę topowych Samsungów – Samsung Galaxy S10, Galaxy S10+ oraz Galaxy S10e oferują najlepsze wyświetlacze spośród wszystkich urządzeń mobilnych. Obejrzymy na nich filmy i seriale w jakości, jaką do niedawna gwarantowały tylko telewizory z najwyższej półki.

Galaxy S10 Plus aparat

Nawet zaś tańsze urządzenia, jak choćby nowy Huawei P30 Lite, oferują dziś tak dobrej jakości ekrany i głośniki, że można z przyjemnością obejrzeć na nich ulubiony serial, nie tracąc nic z optycznych i dźwiękowych fajerwerków. A – co najważniejsze – można to też zrobić w każdej chwili, z dowolnego miejsca na świecie.

Kiedyś miałem w zwyczaju nosić przy sobie wszędzie książki w wydaniu kieszonkowym. Dla zabicia czasu na przerwach między wykładami, w kolejkach u lekarzy, etc. Jeśli jednak zapomniałem książki z domu – nie miałem co ze sobą zrobić. Jako że ten nawyk towarzyszy mi do dziś, jestem przeszczęśliwy, że czekając na wolne okienko w Urzędzie Skarbowym mogę wyciągnąć telefon, i zamiast bezmyślnego scrollowania Instagrama odpalić aplikację Legimi, i przeczytać fragment rozpoczętej uprzednio książki.

Szalenie też doceniam wygodę, jaką daje mi strumieniowanie muzyki z komputera czy smartfona. Ba, muzykę w abonamencie można mieć nawet na niektórych zegarkach, jak choćby Garmin Vivoactive 3 Music. A nawet te, które nie mają możliwości odtwarzania muzyki bez telefonu, mogą być wykorzystywane do… sterowania odtwarzaniem na innych urządzeniach.

Galaxy S10 Plus opinie

Osobiście korzystam z tego w ten sposób: odtwarzam muzykę na komputerze, do którego podłączone są dobre głośniki. Dzięki Spotify Connect mogę sterować odtwarzaniem z dowolnego telefonu, na którym mam aplikację Spotify, a że każdego testowanego smartfona – jak choćby ostatnio do Samsunga Galaxy S10 Plus – podłączam zegarek z WearOS, mogę de facto sterować muzyką grającą na komputerze z poziomu zegarka.

Brzmi skomplikowanie, ale w praktyce oznacza to po prostu, że gdy wychodzę do drugiego pokoju nie muszę brać ze sobą telefonu, by sterować odtwarzaniem muzyki na odległość. Wystarczy zegarek, który cały czas mam na nadgarstku.

Mieć, czy mieć dostęp? Oto jest pytanie

Dla mnie odpowiedź od lat brzmi „mieć dostęp”. I wszystkie zmiany, jakie zachodzą w rynku kultury – wliczając w to ostatnią ofensywę Apple’a w tym temacie – wskazują, że to właśnie kultura dostępu, nie posiadanie, są przyszłością.

Abonamenty mają oczywiście swoją czarną stronę. Dostawca w każdej chwili może zmienić zasady gry, podnieść ceny, albo tak po prostu zniknąć z rynku. To ryzyko, którego trzeba być świadomym. No i oczywiście dzieł skonsumowanych w abonamencie nie można odsprzedać ani przekazać dalej, choć w większości przypadków możemy się po prostu podzielić abonamentem.

Lecz nawet biorąc pod uwagę potencjalne minusy, mnogość korzyści i cenowa przystępność sprawiają, że trudno dziś polemizować z tym, że abonamenty to dobro.

A jeśli nadal nie jesteś przekonany… cóż. Pozostaje mieć nadzieję, że ci, którym zapiszesz swoje drogocenne kolekcje w testamencie, będą równie skłonni do ich posiadania, co ty.

*Materiał powstał we współpracy z RTV EURO AGD

Dołącz do dyskusji