Czy warto kupić aparat z matrycą micro 4/3 w 2018 roku? Opinia po pół roku pracy na systemie Olympusa

Felieton/Foto 13.12.2018
Czy warto kupić aparat z matrycą micro 4/3 w 2018 roku? Opinia po pół roku pracy na systemie Olympusa

Czy warto kupić aparat z matrycą micro 4/3 w 2018 roku? Opinia po pół roku pracy na systemie Olympusa

Ponoć gdy stawia się pytanie w tytule, wypada na nie odpowiedzieć tuż pod nim. Czy warto zatem kupić aparat z matrycą micro 4/3 w 2018 roku? Nie. Tak. To zależy.

Pół roku temu zaprzestałem używania pełnoklatkowych aparatów Nikona i zdecydowałem się na zakup całego systemu micro 4/3. Po ponad miesiącu testowania równolegle dwóch najlepszych aparatów tego formatu, jakie można kupić – Lumiksa G9 oraz Olympusa OM-D EM-1 mk II – postawiłem na tego drugiego.

I choć nie mogę powiedzieć wprost, żebym żałował tej decyzji, to z perspektywy czasu, kilku tysięcy zdjęć i kilku projektów wideo mogę powiedzieć, że niewiele jest osób, którym poleciłbym zakup bezlusterkowca z małą matrycą w 2018 roku. Ale po kolei.

Czy warto kupić aparat z matrycą micro 4/3 w 2018 roku? Opinia po pół roku pracy na systemie Olympusa

Dlaczego kupiłem aparat z matrycą micro 4/3?

Pozwolę sobie na krótką opowieść, dla pełnego zrozumienia stawianych w tym tekście argumentów.

Na aparat Olympusa przesiadałem się z dość nietypowej pozycji – z systemu Nikona, który zresztą do dziś służy mojej żonie w biznesie fotograficznym każdego dnia, i który nadal sukcesywnie rozbudowujemy. Pomimo tego jednak, że mamy w domu dwa korpusy i gromadkę obiektywów, przyszedł moment, kiedy sam zacząłem robić na tyle dużo zdjęć, że z przyczyn logistycznych wspólne korzystanie z aparatów stało się praktycznie niewykonalne.

Do tego dochodził problem numer dwa – potrzebowałem aparatu, który nie tylko zrobi piękne zdjęcie, ale też nakręci piękne wideo, a co kluczowe, pozwoli mi nagrywać samego siebie. A jak wiedzą wszyscy choć trochę obeznani ze światem aparatów, lustrzanki Nikona to bodajże najgorszy możliwy wybór, jeśli chodzi o wideografię. Szczególnie vlogowanie.

Rozpocząłem więc poszukiwania. Na szczęście jestem w tej komfortowej sytuacji, gdzie mam dostęp w zasadzie do każdego sprzętu jaki można kupić i mogę sprawdzić go przed podjęciem decyzji. Na długo przed finalnym zakupem zdążyłem więc sprawdzić praktycznie każdy aparat będący w zasięgu budżetu, od Canona 5D mk IV, poprzez Sony A7rIII i a6500, aż po małomatrycowego Olympusa i Panasonika.

Czy warto kupić aparat z matrycą micro 4/3 w 2018 roku? Opinia po pół roku pracy na systemie Olympusa

Gdyby chodziło o zakup samego korpusu, bezapelacyjnie wygrałby Sony A7III, różniący się od A7rIII tylko matrycą, wizjerem i – marginalnie – jakością wykonania. Niestety, wraz z korpusem potrzebowałem też obiektywów, a Sony… cóż. O ile do aparatów APS-C można znaleźć przyzwoite, względnie niedrogie zamienniki systemowych szkieł, o tyle do pełnej klatki Japończyków takowe niemalże nie istnieją. Dopiero teraz Sigma zaczyna wypuszczać swoją serię ART pod bagnet Sony E. Oprócz tego mamy tylko abstrakcyjnie drogie systemowe obiektywy, dla których wciąż brak sensownej alternatywy – i nie, plastikowy Tamron 28-75 f/2.8 nie jest „sensowną” alternatywą dla systemowego 24-70 f/2.8. Te szkła grają w innej lidze.

Długo rozważałem Canona. Z 5D mk IV spędziłem sporo czasu i uwielbiałem zarówno komfort obsługi, jak i rezultaty osiągane tym sprzętem. Canon 5D mk IV to lustrzanka, która może wszystko i chociaż nie nagrywa w 4K nagrywa 4K z potężnym cropem i w plikach większych od nagrań z profesjonalnych kamer filmowych, to produkuje tak śliczne wideo w Full HD, że byłem skłonny pójść na ten kompromis. Bez problemu znalazłbym też sensowne pozasystemowe szkła, z Sigmą 24-70 f/2.8 na czele.

Micro 4/3 czy pełna klatka? Opinia po pół roku pracy na systemie Olympusa

Niestety, pół roku temu Canon 5D mk IV był zwyczajnie za drogi. Wyobraźcie sobie mój żal, gdy w Czarny Piątek można było go kupić nie tylko o kilka tysięcy taniej, ale do tego z chargebackiem. Uwzględniając odliczenie VAT-u i wrzucenie zakupu w koszta, dwa tygodnie temu mógłbym kupić Canona 5D mk IV taniej niż pół roku temu kupiłem Olympusa. Ale właśnie – to było dwa tygodnie temu, nie pół roku temu. Pół roku temu opcja wejścia w Canona była zwyczajnie poza finansowym zasięgiem.

I wtedy w moje ręce trafiły Panasonic G9 i Olympus OM-D EM-1 mkII, z marszu zaskarbiając moją uwagę.

Nie licząc małej matrycy, każdy z tych aparatów oferował to samo – a nawet i więcej – od topowego Canona i Sony. Do dziś zresztą jestem zachwycony działaniem, szybkością autofocusa i wytrzymałością mojego prywatnego EM-1 mk II. W czasie testów okazało się też, że jakość obrazka jest więcej niż wystarczająca przez większość czasu. Odkrywając świat małej matrycy poznałem też wielu fotografów, którzy z micro 4/3 wyciągają nieprawdopodobne rezultaty – wystarczy tu wspomnieć fotografa krajobrazu Chrisa Eyre-Walkera, fotografa produktowego Gio Gargiulo, czy polskich ambasadorów marki Olympus: Arcadiusa Mauritza, Kubę Kaźmierczyka czy Marcina Dobasa. Ich prace dobitnie pokazują, jak wiele można wycisnąć z „matrycy wielkości paznokcia”.

Micro 4/3 czy pełna klatka? Opinia po pół roku pracy na systemie Olympusa

Finalnie padło na Olympusa, głównie ze względu na subiektywną „chemię” między mną a korpusem aparatu, oraz znacznie lepszymi optycznie szkłami z serii Pro. Za cały zestaw, body + 12-40 f/2.8 PRO + 25 mm f/1.2 PRO + 60 mm macro zapłaciłem mniej więcej tyle samo, ile zapłaciłbym za sam pełnoklatkowy korpus od Sony czy Canona.

Wszystko było pięknie. Do czasu.

Pomimo wszystkiego, co napiszę poniżej, do dziś nie mogę powiedzieć złego słowa na sam aparat. Olympus OM-D EM-1 mk II i szkła z serii PRO to wspaniały sprzęt, który dziś jest do tego dostępny w takiej cenie, że naprawdę trudno przejść obok niego obojętnie. Przez większość czasu jestem nim zachwycony, szczególnie gdy biorę w jedną rękę torbę z moim zestawem, a w drugą torbę z zestawem żony – niby w każdej tyle samo sprzętu, a różnica w masie dobija kilku kilogramów.

Micro 4/3 czy pełna klatka? Opinia po pół roku pracy na systemie Olympusa

Każdemu jednak, kto rozważa przesiadkę na małą matrycę, polecam bardzo długie i bardzo dokładne zastanowienie nad stylem swojej fotografii i planowaną drogą rozwoju. Bo może się okazać, że to, co sprawdza się dziś, jutro okaże się niewystarczające.

Tak było ze mną. Kupując aparat wydawało mi się, że mniej więcej wiem, do czego będę go używał i w którą stronę idę. Pół roku później muszę powiedzieć wprost, że choć system micro 4/3 przez 75 proc. czasu jest więcej niż wystarczający w mojej pracy, tak pozostałe 25 proc. sprawiają, że coraz silniej rozważam powrót do pełnej klatki.

Pierwsze problemy pojawiły się na targach IFA w Berlinie.

Przed nimi zrobiłem Olympusem już kilka eventów, jednak każdy był w dość dobrze oświetlonym miejscu. Do tego zdjęcia robiłem raczej pro bono, więc ewentualne niedociągnięcia nie kosztowały mnie pieniędzy.

Gdy pojechałem na IFA, pierwszy raz poczułem, że popełniłem straszny błąd wybierając micro 4/3 do profesjonalnej pracy. Targi elektroniki użytkowej to zawsze kilka dni katorżniczej pracy, w beznadziejnym, mieszanym świetle. Sprzęt musi działać w takim miejscu wzorowo, jeśli chcemy przywieźć dobrze wyglądające materiały, a nie zaszumione, krzywe kadry „cyknięte” na szybko telefonem.

Nie owijając w bawełnę – na kilkaset ujęć zrobionych w Berlinie, do publikacji nadawało się góra 20 proc.

Jeszcze nigdy nie musiałem zrobić takiej czystki w przyniesionych zdjęciach. Uprzedzając „życzliwych” – nie, to nie była wina fotografa. Kadry i ostrość były zupełnie w porządku. Jednak jakość optyczna zdjęć, szczególnie tych zrobionych w ciemnych pomieszczeniach, jak np. na stoisku Razera, była dramatycznie, niedopuszczalnie zła. Te zdjęcia po prostu nie nadawały się do pokazania szerszej publice. Doszło do tego, że nie miałem czym ilustrować wielu tekstów – sytuacja, która nie powinna była mieć miejsca.

Razer na IFA 2018

Jedno ze zdjęć przywiezionych z Berlina. Jakość optyczna z ledwością mieści się w kategorii „akceptowalne”.

Kolejny cios przyszedł, gdy wykonywałem komercyjne zlecenie dla klienta i akurat nie mogłem pożyczyć w tym celu Nikona. Pomyślałem, że dam radę – w końcu robiłem zdjęcia w dość dobrym świetle, część w studiu, zakładałem, że nie będzie dramatu.

I faktycznie, dramatu nie było. Ale ujęcia zrobione Olympusem na tle wcześniejszych kadrów złapanych Nikonem (w niemal tych samych warunkach) wypadały tak blado, że autentycznie miałem zimne poty oddając sesję klientowi. Na szczęście zdjęcia robione były typowo pod online, więc nie było wymagane drukowanie ich w dużym rozmiarze. Na szczęście, bo jeśli chodzi o zdjęcia zrobione aparatami m4/3, to po ich powiększeniu wyraźnie widać, jak bardzo odstają jakością optyczną od zdjęć zrobionych aparatami z większą matrycą, szczególnie pod kątem detali, o jakości rozmycia tła (nawet na szkłach PRO ze światłem f/1.2) nie wspominając.

Dla kogoś, kto nie zajmuje się fotografią w celach zarobkowych, czy też traktuje ją jako zajęcie kompletnie poboczne, takie problemy mogą wydawać się nieadekwatnie błahe względem tego, jak wiele korzyści daje aparat z małą matrycą.

Jeśli jednak dla kogoś fotografia stanowi istotną część pracy, jak dla mnie, bądź jest głównym źródłem przychodu – takie sytuacje są po prostu niedopuszczalne. Nawet jeśli przez 75 proc. czasu wszystko jest OK, to 25 proc. sytuacji, w których aparat się nie sprawdza, jest niedopuszczalną proporcją.

Co teraz?

Osobiście jednocześnie żałuję i nie żałuję decyzji o zakupie aparatu z matrycą micro 4/3. Nie żałuję, bo mimo wszystko złapałem nim dziesiątki kadrów, z których jestem naprawdę zadowolony – wiele z nich mogliście oglądać na Spider’s Web przy okazji recenzji i relacji z wyjazdów.

Żałuję jednak, bo w dość krótkim czasie okazało się, że micro 4/3 jednak nie sprawdza się w mojej pracy i moim stylu fotografowania. Zmieniły się moje potrzeby i umiejętności. Micro 4/3 zaczęło ograniczać, zamiast wyzwalać.

Owszem, do pewnego stopnia mógłbym temu wszystkiemu zaradzić. Np. wzorem większości fotografów mody, którzy korzystają z Olympusa czy Panasonica, nosić wszędzie ze sobą dodatkowe oświetlenie. Sęk w tym, że dla mnie to skrajnie nierozsądne – nie po to kupowałem tańszy aparat, który jest lekki i wygodny, by każdorazowo obarczać się teraz lampami i statywami, kosztującymi więcej od samego aparatu. Największą zaletą aparatu z małą matrycą jest dla mnie właśnie to, jak wygodnie się z nim pracuje. Dołożenie do kompletu tony akcesoriów do reszty ograbiłoby mnie z radości fotografowania tym sprzętem, nawet jeśli dzięki temu uzyskiwałbym nieco lepszej jakości ujęcia.

Celowo mówię zresztą „nieco”, bo nie ma co się oszukiwać – z micro 4/3 nie da się zrobić pełnej klatki, nieważne jak mocno by nie próbować. W świecie muzyki jest takie powiedzenie: „jeśli nie słyszysz różnicy, graj na perkusji”. To samo mam zawsze ochotę powiedzieć ludziom, którzy twierdzą, że nie widzą różnicy między FF a m4/3. Różnicę widać. Jest wyraźna jak strzał w pysk od zawodnika MMA.

Dlatego rozważam trzy scenariusze:

  • pozostawienie Olympusa wyłącznie do zastosowań wideo i sesji niekomercyjnych, oraz kupienie jeszcze jedną lustrzankę Nikona, żeby współdzielić „szklarnię” z żoną podczas sesji komercyjnych i wyjazdów,
  • sprzedanie Olympusa całkowicie i zakup Nikona Z6, do którego mógłbym podłączać posiadane szkła od lustrzanek via adapter, lecz który może mnie rozczarować w zakresie nagrywania wideo (muszę to jeszcze sprawdzić, żeby się osobiście przekonać),
  • sprzedanie Olympusa całkowicie i zakup Canona 5D mk IV z kilkoma szkłami Sigmy. To prawdopodobnie najlepsze rozwiązanie od strony pożądanej jakości, ale najgorsze budżetowo i logistycznie: operacja byłaby bardzo droga i nie mógłbym używać obiektywów, które tak czy inaczej mam w domu.

Zapytacie: „dlaczego nie Sony?” – powód pozostaje taki sam, jak pół roku temu. Nawet kupując relatywnie niedrogie body A7III, koszt szkieł wciąż dalece wykracza poza mój budżet.

Czy warto kupić aparat z matrycą micro 4/3 w 2018 roku?

Prawidłowa odpowiedź na to pytanie brzmi: to zależy. Choć na moje potrzeby mała matryca okazuje się nieodpowiednia, to osobiście znam wiele osób i śledzę wielu twórców, którzy ani myślą porzucać swoje Olympusy i Panasoniki.

Ten system ma wiele zalet, do najważniejszych z nich trzeba zaliczyć:

  • aparaty i obiektywy o profesjonalnych możliwościach w rozsądnej cenie
  • niewielką masę i gabaryty
  • ogromny i nieustannie rosnący wybór obiektywów
  • duży wybór aparatów dla entuzjastów
  • fenomenalne możliwości wideo (zwłaszcza w Panasonikach)
  • znakomita stabilizacja matrycy (ze względu na mały rozmiar fizyczna stabilizacja pięcioosiowa jest znacznie skuteczniejsza niż przy dużych sensorach)

A wady? Nie ma ich znowu tak wiele i wszystkie kręcą się wokół jakości obrazu:

  • bardzo złe zdjęcia w kiepskich warunkach oświetleniowych
  • zauważalnie gorsza jakość zdjęć w dobrych warunkach oświetleniowych od aparatów FF czy nawet APS-C
  • Windows 10 nadal nie potrafi wyświetlić podglądu RAW-ów z Olympusa i Panasonica w systemie, a obydwie firmy nie kwapią się do wypuszczenia stosownego kodeka

Trzeba też dodać, że w 2018 roku można za naprawdę niewielkie pieniądze kupić rewelacyjne aparaty z matrycami pełnoklatkowymi lub APS-C. Ba, nawet w segmencie profesjonalnym nowy, wciąż znakomity Nikon D750 kosztuje dziś mniej od Olympusa EM-1 mk II.

Nie wspominając już o rozlicznych promocjach na starsze aparaty Sony, szczególnie A7II. Co prawda uważam, że kupienie tego sprzętu w 2018 roku to przejaw masochizmu, nie rozsądku, ale nie zmienia to faktu, że w 2018 roku aparaty gwarantujące najlepszą możliwą jakość zdjęć potaniały do niespotykanego wcześniej pułapu.

 

 

Dla kogo jest micro 4/3?

Rozróżniłbym tu trzy grupy:

Przede wszystkim, micro 4/3 to doskonały punkt wyjścia dla amatorów szukających czegoś lepszego niż smartfon. Chociaż lustrzanki można kupić nierzadko taniej i – w przeciwieństwie do Marcina Połowianiuka – częściej polecam zakup lustrzanki niż bezlusterkowca, tak niedrogie konstrukcje pokroju Olympus PEN E-PL9 czy Lumixa G7 to rewelacyjne aparaty do nauki fotografii.

A gdy amator zmieni się w entuzjastę, równie łatwo znajdzie w systemie micro 4/3 tanie, niewielkie i świetne optycznie obiektywy, pozwalające dalej rozwijać swoje umiejętności.

Są też grupy profesjonalistów, którym nadal mogę polecić micro 4/3, szczególnie Olympusa OM-D EM-1 mk II. Fotografowie krajobrazu są pierwszą grupą, która przychodzi na myśl – EM-1 mk II pozwala na rejestrowanie fenomenalnych widoczków, szczególnie gdy robimy zdjęcie ze statywu w trybie wysokiej rozdzielczości. A nawet bez niego można uchwycić piękne widoki, co regularnie udowadnia wspomniany wcześniej Chris Eyre-Walker.

Zachwyceni będą też fotografowie przyrody, którzy dotąd byli w zasadzie skazani na obiektywy wielkości Panzerfausta, a na aparaty z dostatecznie szybkim autofocusem i trybem seryjnym musieli wydawać fortunę. EM-1 mk II czy Lumix G9 kosztują ułamek kwoty profesjonalnego korpusu z pełną klatką, a oferują taką samą (lub większą!) liczbę klatek na sekundę i jeszcze lepszy autofocus, w konstrukcjach, które wcale nie są mniej od pełnych klatek wytrzymałe. Nie wierzycie? To sprawdźcie Instagram Marcina Dobasa – polski fotograf dla National Geographic przywozi nie tylko piękne zdjęcia, ale też poddaje swojego Olympusa ekstremalnym wyzwaniom.

Fotografowie mody czy produktów, którzy pracują głównie w studiu albo zawsze posiłkują się lampami to kolejna grupa, która pokocha system micro 4/3. Oczywiście wiele zależy od stylu – po micro 4/3 nie ma co się spodziewać obrazów z piękną DoF niczym u Jasona Laniera, ale nie mogę powiedzieć, że nie da się zrobić pięknych portretów małą matrycą, skoro zbieram szczękę z podłogi po każdym zdjęciu, jakie publikuje Arcadius Mauritz.

Nie mogę też pominąć faktu, że micro 4/3 to jeden z lepszych wyborów dla tych twórców treści, szczególnie YouTuberów, którzy szukają dobrego aparatu przede wszystkim do kręcenia wideo, do vlogowania, a zdjęcia robią tylko okazjonalnie. Biorąc pod uwagę stosunek jakości do ceny i gabarytów, w tym zastosowaniu aparaty z małą matrycą nie mają sobie równych.

Dla kogo nie jest micro 4/3?

Definitywnie odradzam małą matrycę ślubniakom, reporterom i eventowcom. W zasadzie to wszystkim, którzy pracują w warunkach, gdzie światło jest mniej niż idealne i gdzie regularnie trzeba pracować z czułością matrycy powyżej ISO 1600. Stanowczo odradzam wszystkim, którzy nie chcą lub nie mogą używać w fotografii dodatkowego oświetlenia.

Bardzo nie polecam micro 4/3 również tym fotografom, którzy swoje prace dość ostro przycinają i powiększają. Każdy crop zdjęcia wykonanego małą matrycą dramatycznie odbija się na jakości zdjęcia.

Mimo wszystko muszę też odradzić micro 4/3 tym, którzy oczekują od swojego aparatu znakomitego czasu pracy. To oczywiście bolączka wszystkich bezlusterkowców, ale micro 4/3 w tej materii wypada szczególnie blado – w moim Olympusie jeden akumulator starcza średnio na 500 zdjęć. Dlatego na wyjazdy nigdy nie ruszam się bez gripa i dwóch zapasowych akumulatorów. Dla porównania – gdy jeździłem na konferencje z Nikonem, ani razu nie zdarzyło się, bym musiał wymienić akumulator w lustrzance przed końcem dnia…

Tak, aparat jest wyłącznie narzędziem. Ale im lepsze mamy narzędzia, tym lepsze efekty pracy.

W tych swoich dumaniach nad zmianą systemu trafiłem na wiele podobnych historii w internecie, na blogach, na YouTubie, etc. Niemal pod każdą opowieścią jak moja, padają pełne wyniosłości komentarze o tym, że autor przesadza, a aparat to tylko narzędzie. „Gdy stolarz wykona piękną ławę z drewna, nie pytamy go o to, jakim młotkiem wbijał gwoździe” – mówią.

Sęk w tym, że w fotografii, podobnie jak w muzyce czy dowolnej innej dziedzinie kreatywnej, sprzęt ma krytyczny i bezpośredni wpływ na finalne dzieło.

Od tego, jakie są możliwości sprzętu, nierzadko zależy czy kadr w ogóle powstanie; a gdy powstanie, to właśnie jakość aparatu determinuje, czy w parze z piękną kompozycją będzie szło piękne doznanie wizualne.

Morał tej historii jest taki, że nie zawsze narzędzie, które z początku uznaliśmy za najlepsze, okazuje się faktycznie najlepszym, gdy rzucamy się w wir pracy.

I tak jak pół roku temu byłem zachwycony możliwościami i jakością oferowaną przez system micro 4/3, tak dziś wiem, że stając przed tym samym wyborem po raz kolejny podjąłbym zupełnie inną decyzję.

*Wszystkie zdjęcia ilustrujące artykuł oprócz niektórych zdjęć aparatów zostały wykonane Olympusem OM-D EM-1 mk II i obiektywami z serii PRO.

Dołącz do dyskusji