Prawdziwy aparat renesansu. Sony A7 III – recenzja

Recenzja/Foto 17.05.2018
Prawdziwy aparat renesansu. Sony A7 III – recenzja

Prawdziwy aparat renesansu. Sony A7 III – recenzja

Bardzo możliwe, że za kilka lat będziemy dzielić bezlusterkowce na erę przed i erę po Sony A7 III. Podobny podział w świecie lustrzanek wyznaczył Canon EOS 5D mk II – pierwsza lustrzanka, którą dało się sensownie filmować. Sony A7 III to pierwszy aparat, którym da się sensownie zrobić… wszystko.

Jeśli jesteś wyłącznie fotografem lub zajmujesz się samym filmem, najpewniej nie masz większych problemów z doborem sprzętu. Obie grupy twórców mogą przebierać w dopracowanych konstrukcjach w różnych segmentach cenowych.

Problem zaczyna się w momencie, gdy jednocześnie fotografujesz i filmujesz. Najlepiej kupić dwa osobne urządzenia, ale jeśli chcesz zmieścić wszystko w jednym aparacie, musisz iść na kompromisy. Wybierzesz albo sprzęt, który ma trochę za małą rozdzielczość (lub rozmiar) matrycy, by w pełni wykorzystać go w zdjęciach, albo zbyt wybrakowany tryb wideo.

Kiedyś moim aparatem do wszystkiego starał się być Nikon D750. W kwestii zdjęć sprawdzał się rewelacyjnie, w pełni pokrywając moje potrzeby. Pełna klatka, świetny dobór szkieł, RAW-y jak z gumy, dobry AF – żyć, nie umierać. W kwestii wideo było zaledwie w porządku, dlatego w ubiegłym roku przesiadłem się na Sony A6300, na czym zyskały moje filmy, ale straciły zdjęcia. To związek z rozsądku, bez żadnej chemii między nami.

Pojawił się jednak nowy aparat wart grzechu.

Po teście Sony A7 III wiem jedno: prędzej czy później to będzie mój prywatny aparat.

Sony A7 III jest pierwszym aparatem, który umożliwia fotografowanie i filmowanie na poziomie, który pozwala pracować komercyjnie. Na Sony A7 III z jednej strony przesiadają się fotografowie (np. ślubni), a z drugiej – filmowcy żyjący z nagrywania (np. teledysków).

Wygląda na to, że Sony rozbiło bank, bo rzadko widuje się tak masową migrację profesjonalistów na nowy system. Sony potrzebowało pięciu lat i trzech generacji pełnoklatkowych bezlusterkowców by znaleźć złoty środek, ale w końcu się udało.

Sony A7 III to mnóstwo większych i mniejszych poprawek.

Specyfikację Sony A7 III na pewno znacie, a jeśli nie, sprawdzicie ją w tabelce na stronie producenta. Ja skupię się na kluczowych elementach, dzięki którym sprzęt przekonał mnie do siebie.

Po pierwsze, akumulator. W końcu jest tak dobry, jak w lustrzankach. 700 zdjęć na jednym ładowaniu? Żaden problem. Mój znajomy fotograf ślubny, który przesiadł się na A7 III, pierwszy raz wymienia akumulator na zleceniu o godzinie 21, pracując od 13. Ja z kolei najmocniej odczułem tę zaletę w wideo – na jednym akumulatorze mogłem nagrać 2,5 standardowego materiału, jaki tworzymy na Spider’s Web TV. W moim Sony 6300 jeden akumulator nie zawsze wystarcza na dokończenie pierwszego filmu.

Po drugie, autofocus przeniesiony wprost z Sony A9. Jeśli mieliście ten aparat w ręce, wiecie, że to najprawdopodobniej najlepszy moduł AF na rynku. 693 punkty detekcji fazowej pokrywających 93 proc. kadru (przy pełnej klatce!). Do tego 425 dodatkowych punktów detekcji kontrastu, jak i oczywiście kilka kapitalnych rozwiązań Sony, na czele ze śledzeniem 3D i Eye AF. Wybaczcie kolokwializm, ale sam ciśnie się na klawiaturę – to prawdziwa petarda.

Po trzecie, podwójny slot na karty SD. Tylko tyle i aż tyle! Czasami kopia zapasowa plików tworzona na bieżąco jest na wagę złota, tym bardziej, że druga karta może równolegle zapisywać nie tylko zdjęcia (RAW i/lub JPG), ale też filmy! Niestety tylko jedno gniazdo obsługuje szybki standard UHS-II. To niepotrzebne cięcie kosztów ze strony Sony.

Po czwarte, nowa matryca. Pełnoklatkowy sensor BSI CMOS o rozdzielczości 24,2 megapiksela pracuje w zakresie ISO 100-51200 (50-204800), a Sony mówi o 15 stopniach EV. Obrabiając RAW-y jestem w stanie w to uwierzyć. Trzeba być fotograficzną łamagą, żeby dobrać ekspozycję tak, by nie dało się jej doprowadzić do ideału przy obróbce.

Po piąte, szybkostrzelność. 10 kl/s z pełnym AF, zarówno w trybie mechanicznej jak i elektronicznej migawki. Nie jest to szybkość karabinu jak w Sony A9, ale wynik jest w zupełności wystarczający. Bufor pozawala na przechowanie serii ok. 40 nieskompresowanych RAW-ów z pełną szybkością.

Po szóste, wideo!

Co prawda nadal “tylko” 8-bit 4:2:0 w zapisie wewnętrznym, ale z wyjściem 8-bit 4:2:2 na zewnętrzny rekorder przez HDMI. Do dyspozycji mamy 4K w 30 kl./s i Full HD w szybkości do 120 kl./s. Kodek dla 4K to XAVC S pracujący w 100 Mbps.

W ustawieniach znajdziemy miejsce na 10 profili kolorystycznych (w tym S-Log2, S-Log3 i Hybrid Log Gamma, który dla ośmiobitowego zapisu jest raczej sztuką dla sztuki). Nie muszę nawet wspominać o zebrze czy focus peakingu, bo jest to standard w Sony od wielu lat. W A7 III nie zabrakło też gniazda na słuchawki i mikrofon.

W trybie 4K/30p mamy lekki crop (ok. 1,2x), natomiast w trybie 4K/24p cropa nie uświadczymy. Wynika to z faktu, że w 30p aparat odczytuje z matrycy fragment o rozdzielczości 5K i stosuje downsampling do 4K, podczas gdy w 24p mamy odczyt z pełnej matrycy (6K).

Poniżej dwa filmy, które zrealizowałem przy użyciu Sony A7 III.


Aparat generuje ostry jak brzytwa obrazek w 4K i wystarczająco ostry w Full HD, w obu przypadkach z możliwością przełączenia się na tryb Super 35 (APS-C). To sprawia, że możemy praktycznie bez żadnej straty jakości uzyskać węższy kąt widzenia, czyli… dwie stałki z jednej! Nie mogę też pominąć kwestii rolling shutter, która w moim A6300 doprowadza mnie czasami do szału. W A7 III zupełnie nie czuć tej wady.

Obsługa dla nikogo nie będzie zaskoczeniem.

W tym miejscu mógłbym przekleić wszystko to, co napisałem o Sony A7R III. Podstawowy A7 III ma ten sam uszczelniany, dobrze wykonany korpus, w którym powiększono nieco grip. Do kilkunastu (!) programowalnych przycisków doszedł joystick do zmiany punktu AF, który okazuje się… niepotrzebny, bo Sony zastosowało dotykowy ekran, który przy korzystaniu z wizjera może pełnić rolę płytki dotykowej do wyboru AF. Bardzo wygodne i mocno konfigurowalne rozwiązanie!

Poza trybem touchpada, implementacja dotykowego ekranu mogłaby być lepsza. Dotyku nie wykorzystamy np. do przeglądania zdjęć.

Pod względem klawiszologii mamy tu układ znany od lat z innych aparatów Sony. Mnie to rozwiązanie w zupełności pasuje.

A co nie zagrało?

Do poprawy na pewno jest wizjer, który pochodzi wprost z poprzedniej generacji Sony A7 II. To panel OLED o rozdzielczości 2,36 mln punktów, który generalnie nie jest zły, ale odbiega od obecnego topu. Niedawno testowałem Sony A7R III, w którym nowy wizjer to prawdziwe cudeńko. Szkoda, że Sony poskąpiło go w podstawowym modelu A7 III.

Sony nadal nie uporało się też z problemem nieczytelnego menu. Ja wiem, że to klęska urodzaju, bo funkcji i ustawień jest tak wiele, że menu musi być przeładowane. Tylko czy aby na pewno? Panasonic pokazuje, że można to zrobić w sposób logiczny i uporządkowany.

Jeśli Sony A7 III chcemy traktować jako profesjonalny aparat, musimy pogodzić się z kilkoma brakami w ergonomii względem konkurencji. Aparat jest dość mały i z podstawowym wołem roboczym – Sony FE 24-70mm f/2.8 GM – robi się męcząco niewygodny. Nie odczują tego osoby pracujące na stałkach.

Poza tym, może nadszedł już czas na dodatkowy wyświetlacz na górze obudowy? Kiedy fotografujemy w ciemnych warunkach (a to przecież główne środowisko wielu profesjonalistów, np. fotografów ślubnych i koncertowych), musimy świecić ekranem jeśli nie korzystamy z wizjera. Bardzo brakuje możliwości podejrzenia nastaw poprzez rzut oka na górną ściankę aparatu.

Podczas testów odkryłem też, że tryb bezgłośnej, elektronicznej migawki nie jest zoptymalizowany do pracy w sztucznym świetle, prawdopodobnie na skutek dość długiego czasu odczytu danych z pełnego sensora (trwa to 1/18 s, a w topowym A9 jest to zaledwie 1/160 s). Na zdjęciach w tym trybie przy dłuższych czasach migawki tworzą się pasy (banding) przy sztucznym oświetleniu. To sprawia, że tryb elektronicznej migawki bardzo często nie sprawdza się w sztucznym świetle.

Być może nie minusem, ale drobnym rozczarowaniem jest praca wbudowanej stabilizacji matrycy. Nie jest to poziom znany np. z aparatów Olympusa. Jeśli łudzisz się, że nie będziesz potrzebował gimbala przy Sony A7 III, porzuć nadzieję.

Podobnie jak w Sony A7R III, także w A7 III brakuje mi aplikacji PlayMemories, z których Sony ewidentnie się wycofuje. Nie dziwię się temu, bo domorośli programiści tworzyli aplikacje zdejmujące różne limity z aparatu (np. limit czasu nagrywania ustalony na 30 min).

Na koniec drobnostka, ale nadal irytująca. Jak to możliwe, że w aparacie za 10 tys. zł nie ma ładowarki do akumulatora? Doceniam możliwość ładowana akumulatora w korpusie, w tym również z powerbanku (do wyboru złącze micro USB lub USB-C), ale nie zawsze mamy możliwość podłączenia całego aparatu do gniazdka. Często chcemy też naładować dwa lub trzy akumulatory jednocześnie, a do tego potrzeba zewnętrznej ładowarki.

Przy cenie 9999 zł za korpus, Sony wysunęło bardzo ciężkie działa.

Nie, Sony A7 III nie jest aparatem bez wad. Tylko co z tego? Przeważająca większość z nich blednie w kontekście ceny wynoszącej 9999 zł w momencie premiery. Czterocyfrowa kwota za profesjonalny aparat do zarobkowego fotografowania i filmowania to świetna okazja. Ba! Obecnie to prawdopodobnie najbardziej opłacalny wybór.

Ciekaw jestem jak zachowa się cena tego aparatu za kilka lub kilkanaście miesięcy, kiedy na horyzoncie będzie już Sony A7 IV. Biorąc pod uwagę korzystne cashbacki Sony, może się zrobić ciekawie!

A póki co wyczekuję na odpowiedź konkurencji, która z pewnością poczuje premierę A7 III. Obok tego aparatu nie da się przejść obojętnie.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement