Mam wrażenie, że gdybym kupił Sony A9, nie musiałbym zmieniać aparatu do końca życia

Recenzja/Foto 30.05.2017
Mam wrażenie, że gdybym kupił Sony A9, nie musiałbym zmieniać aparatu do końca życia

Mam wrażenie, że gdybym kupił Sony A9, nie musiałbym zmieniać aparatu do końca życia

W miniony weekend miałem okazję sprawdzić nowy aparat Sony A9 w przepięknych plenerach nieopodal Mediolanu. Przyznam, że czekałem na ten moment od dawna, bowiem Sony A9 jest wyjątkowo ciekawą premierą na rynku foto.

Choć bezlusterkowce z roku na rok stają się coraz lepsze, to nadal większość profesjonalistów korzysta z lustrzanek. Dlaczego? Główne argumenty na ich korzyść to szybkość działania, niezawodność konstrukcji, dużo lepsza bateria, a także znacznie bogatszy system obiektywów i akcesoriów.

Sony A9 to jednak zupełnie inna bestia. Jako pierwszy bezlusterkowiec ma realną szansę na walkę z topowymi lustrzankami.

Aparat został stworzony z myślą o profesjonalnych fotoreporterach, co przekłada się przede wszystkim na niebywałą szybkość działania. Niestety idzie za tym również cena wynosząca 5800 euro (ok. 24 tys. zł). Przerażające? Tak, ale nie dla profesjonalisty. Tyle samo kosztują flagowe lustrzanki Nikon D5 i Canon 1D X mk II.

Kluczowe parametry Sony A9 znajdziecie w osobnym wpisie. Dziś skupię się na praktycznych wrażeniach z korzystania z aparatu. Zapraszam też do sprawdzenia moich pierwszych wrażeń po dniu obcowania z nowymi obiektywami Sony FE 12-24mm f/4 G i Sony FE 16-35mm f/2.8 GM.

Zacznijmy od zmian w ergonomii, jakie wnosi Sony A9 względem serii A7 II. Jest ich naprawdę sporo.

Sony A9

Joystick – Sony nareszcie dodało do aparatu joystick do zmiany punktów AF. Ten mały dodatek sprawdza się w praktyce bez porównania lepiej od czterech przycisków krzyżaka.

Kółko trybów – na górnej ściance, na lewo od wizjera, pojawiło się kółko trybów migawki. Tuż pod nim znajduje się pierścień trybu pracy AF. Im więcej przycisków i pokręteł wyprowadzonych na korpus, tym szybsza obsługa aparatu i tym mniej czasu zmarnowane w meandrach zawiłego menu.

Dwie karty SD – jak na profesjonalną konstrukcję przystało, Sony A9 korzysta z podwójnego slotu na karty SD. Drzwiczki znajdują się na prawej ściance aparatu i mają specjalną blokadę, dzięki czemu nie otworzą się same.

Sony A9

Czujnik w wizjerze – kiedy odchylamy ekran, czujnik zbliżeniowy wizjera zostaje automatycznie wyłączony. Rewelacyjna, drobna zmiana, dzięki której fotografowanie z poziomu biodra będzie znacznie mniej uciążliwe.

Przesunięcie przycisku nagrywania! – mała, lecz jakże ważna z zmiana z punktu widzenia ergonomii! Dotychczas Sony z uporem maniaka umieszczało przycisk nagrywania na prawej ściance, co było skrajnie niewygodnym rozwiązaniem. Teraz przycisk zajął miejsce w zasięgu kciuka. W końcu!

Większe tylne kółko nastaw – tylne kółko służy głównie do przeglądania i powiększania zdjęć. W mojej opinii im jest większe, tym wygodniejsze.

Lepszy uchwyt – Sony A9 ma lekko przemodelowany grip względem serii A7 II. Dzięki temu aparat trzyma się wygodniej.

Sony A9

Lepszy zewnętrzny grip – do Sony A9 możemy podłączyć nowy zewnętrzny grip. Mieści on dwa akumulatory i pozwala wygodnie trzymać aparat w pionie. Grip dubluje główne pokrętła i przyciski do obsługi aparatu, a co więcej, ma także dodatkowy joystick AF.

Nowe menu – skomplikowany system menu jest piętą achillesową bezlusterkowców Sony. Menu Sony A9 ma nieco inny rozkład, dzięki czemu jest odrobinę wygodniejsze, ale nadal przypomina labirynt. Projektanci mają trudne zadanie, bo funkcji i ustawień jest multum, ale mam wrażenie, że menu można zaprojektować lepiej.

Złącza Ethernet i PC – do gniazda słuchawek, mikrofonu, USB i HDMI dołączyły porty Ethernet i gniazdo synchronizacji PC. Przewód Ethernet na pewno przyda się zawodowcom przy obsłudze dużych wydarzeń (np. sportowych), tym bardziej, że USB w aparacie nie wiedzieć czemu wykorzystuje tylko wolny standard 2.0.

A co jeśli chodzi o zmiany w działaniu?

Sony A9

Szybkość AF – 693 punkty detekcji fazowej rozsiane na 93 proc. powierzchni kadru. Żadna lustrzanka nie może mierzyć się z takimi parametrami. Szybkość układu przewyższa mojego Nikona D750, co dla mnie zamyka wszelką dyskusję. Co więcej Sony A9 nawet przy szybkiej serii trafia w punkt.

Szybkość serii – 20 klatek na sekundę, a między każdą system AF aż trzykrotnie oblicza ostrość. Czy trzeba coś dodawać? Jeszcze tylko cztery klatki więcej i teoretycznie tryb foto będzie tak szybki jak film… a do tego będzie miał pełną rozdzielczość matrycy i zapis RAW. Kosmos. Warto jednak pamiętać, że przy odpowiedniej dozie uporu można zapełnić 32-gigabajtową kartę pamięci już po kilku minutach fotografowania seriami.

Wizjer – największe wrażenie robi fakt, że nawet przy pełnej szybkości serii Sony A9 nadal pokazuje podgląd w wizjerze lub na ekranie. Nie ma przestojów, lagów, czarnych plansz w momencie robienia zdjęcia. Jest płynny podgląd w 60 kl/s, a kiedy akurat nie robimy serii zdjęć, odświeżanie ma częstotliwość 120 kl/s.

Rozdzielczość (3,7 mln pikseli kontra 2,4 mln w starszych modelach) jest tak duża, że czasami można zapomnieć, że patrzymy na cyfrowy obraz. Sony poprawiło też czas włączenia wizjera po przyłożeniu oka. Niestety minimalny lag cały czas występuje. Nie jest to jeszcze poziom lustrzanek z optycznym wizjerem, choć jest naprawdę blisko.

 

Dotykowy ekran – niestety ten punkt to rozczarowanie. Dotyk jest domyślnie wyłączony, a po włączeniu wcale nie jest użyteczny. W trybie przeglądania ma ograniczoną funkcjonalność, a w trybie fotografowania lepiej sprawdzają się fizyczne przyciski.

Lepszy akumulator – podczas całego pełnego dnia z Sony A9 korzystałem z zewnętrznego gripa, w którym miałem dwa akumulatory. Wykonałem około 300 zdjęć i ok. 100 krótkich filmów trwających kilkanaście-kilkadziesiąt sekund. Pierwszy akumulator rozładował się do 19 proc., a drugi pozostał w pełni naładowany. Uważam to za bardzo dobry wynik.

Sony A9 mógł być kapitalnym narzędziem dla filmowców. Mógł, ale nie będzie.

Sony A9 nagrywa w 4K. Aparat rejestruje obraz całą powierzchnią matrycy (6K), a następnie stosuje skalowanie (oversampling) do 4K bez niechcianego pixel-binningu i line-skippingu. Wybaczcie tyle angielskich określeń, ale w świecie filmu są one bardziej zrozumiałe niż karykaturalne polskie odpowiedniki.

Co więcej, w formacie 24/25p nie uświadczymy cropowania obrazu, choć niestety przy 30 kl/s pojawia się crop 1.24x. Autofocus w trybie filmowym sprawdza się bardzo dobrze, ale nie oszukujmy się, filmowcy i tak będą korzystać z manualnych nastaw.

Niestety ogromnym rozczarowaniem jest brak profilu S-Log i generalnie profili kolorystycznych. To nieporozumienie, że z jednej strony Sony umieszcza w A9 tak zaawansowane przetwarzanie wideo, a z drugiej skąpi profilu S-Log. Ten fakt sprawia, że Sony A9 nie sprawdzi się w profesjonalnych produkcjach. Coś i jednak mówi, że warto poczekać na Sony A7S III lub Sony A9S.

Na wyjeździe nie mogłem sobie odmówić nagrania wideo, które pokaże możliwości filmowe Sony A9.

Obraz nie ma żadnych korekt kolorystycznych. Został nagrany z ręki, wyłącznie przy wykorzystaniu stabilizacji matrycy.

Podsumowując

Jeden dzień z aparatem Sony A9 pozwala zaledwie prześlizgnąć się przez najważniejsze funkcje aparatu. W tym krótkim czasie nowy flagowy bezlusterkowiec zrobił na mnie piorunująco dobre wrażenie. Mam odchzucie, że taki aparat wystarczyłby mi do końca życia.

Czy znalazłem jakieś wady? Poza nielicznymi wadami wynikającymi wprost ze specyfikacji, w praktyce aparat zaczął się mocno nagrzewać. Nie wyłączył się, ale na ekranie pojawił się symbol termometru. Trzeba jednak zaznaczyć, że przez długi czas filmowałem i fotografowałem w pełnym słońcu, przy bardzo wysokiej temperaturze.

Zapowiada się na to, że tym razem Sony naprawdę namiesza na rynku foto. Mam nadzieję, że tak się stanie, bowiem Nikonowi i Canonowi przydałaby się konkurencja na najwyższej półce.

Paczkę przykładowych zdjęć w pełnym rozmiarze możecie pobrać pod tym adresem. Archiwum ZIP, 340 MB.

Dołącz do dyskusji