Fotograficzne spełnienie marzeń? 72 godziny z Sony A7R III

Recenzja/Foto 07.02.2018
Fotograficzne spełnienie marzeń? 72 godziny z Sony A7R III

Fotograficzne spełnienie marzeń? 72 godziny z Sony A7R III

Około doby na poznanie aparatu i 72 intensywne godziny pracy. Sony A7R III przez ten czas udowodnił, że bezlusterkowce w końcu mogą mierzyć się z lustrzankami najwyższej klasy, jeśli chodzi o pracę w trudnych warunkach.

Oczywiście ten tekst nie jest pełną recenzją najnowszego aparatu Sony. Tę przygotuje dla was Marcin Połowianiuk, który już przejął sprzęt i spędzi z nim trochę więcej czasu. Do mnie A7R III wpadł tylko na chwilę, ale ta chwila wystarczyła, by wyrobić sobie wstępną opinię na jego temat – zabrałem go bowiem w dość… trudne warunki, mocno zaciskając kciuki, żeby faktycznie podołał wyzwaniu.

Sony A7R III pojechał ze mną w austriackie Alpy, gdzie realizowałem materiały z pokazu prasowego Volkswagena T-Roc. Był w tym czasie moim głównym narzędziem do fotografowania, a przy okazji nakręciłem nim także małego vloga, w którym możecie samodzielnie ocenić niektóre właściwości aparatu, jak stabilizacja matrycy czy autofocus:

Naturalnie 72 godziny to stanowczo za mało, by wygłaszać jednoznaczne osądy o tak zaawansowanym sprzęcie. Pozwólcie więc, że jednoznaczy osąd zostawię Marcinowi, a sam opowiem o kilku rzeczach, które bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły i kilku aspektach, w których Sony musi jeszcze dopieścić swoje topowe konstrukcje.

Sony A7R III – co dało radę?

Autofocus i jakość fotografii.

Sony A7R III to monstrum, jeśli chodzi o jakość zdjęć i dokładność ich wykonywania. 42-megapikselowa matryca zapewnia ogromną szczegółowość wykonywanych fotografii i daje mnóstwo miejsca na ewentualny crop w postprodukcji, zaś autofocus z 399 polami nie zawiódł mnie ani razu. Ba, momentami okazywał się wręcz zbyt dobry, w trybie ciągłym ostrząc na… spadające płatki śniegu, zamiast na znajdujący się za nimi obiekt.

W czasie wyjazdu fotografowałem raczej niespiesznie, ale gdyby ktoś chciał tym aparatem łapać szybszą akcję, to może to robić w tempie 10 fps z użyciem mechanicznej migawki i ciągłego autofocusu.

Szybkość i obsługa aparatu.

A7R III nie był pierwszym aparatem Sony, jaki miałem w rękach, ale nawet gdybym podchodził do tego sprzętu zupełnie “zielony”, bez trudu odnalazłbym się w gąszczu przycisków i pokręteł. Wszystko jest logicznie oznaczone, a dodatkowo wgłębiając się w menu (które naprawdę nie jest tak nieczytelne, jak wielu mówi – jest po prostu inne) możemy niemal każdy przycisk spersonalizować.

Jak wspominałem, miałem niecałą dobę na zapoznanie się z aparatem przed wyjazdem i ten czas w zupełności wystarczył, by poczuć się pewnie w obsłudze sprzętu i zawsze znajdować palcami właściwe przyciski, nawet w rękawiczkach.

Ogromnie zaskoczyła mnie też responsywność aparatu. Nie licząc jednego problemu, o którym opowiem za chwilę, Sony A7R III w niczym nie przypomina poprzednich aparatów serii A7. Stare bezlusterkowce firmy były dramatycznie wręcz powolne. Ich czas uruchomienia wręcz je dyskwalifikował w oczach wielu profesjonalistów. Nie mówiąc o potwornym opóźnieniu towarzyszącym przykładaniu oka do wizjera, czy wracając do ekranu. W A7R III nawet ślad nie pozostał po takim zachowaniu. Wszystko odbywa się tu błyskawicznie, zarówno włączenie, jak i przełączanie się między EVF a ekranem podglądu.

A skoro o EVF mowa, to zasługuje on na słowo pochwały, bo to przepiękny, jasny, czytelny wizjer. Również niepodobny do starych bezlusterkowców Sony. Gdyby nie to, że chwilę temu sprawdziłem Lumiksa G9, nazwałbym EVF w A7R III najlepszym na rynku. Muszę jednak oddać Panasonicowi co panasonicowe, uznając A7R III za zdobywcę brązu w tym turnieju. Złoto należy do Lumixa G9.

Czas pracy. O – mój – Boże – nareszcie.

Bezlusterkowce Sony miały dotychczas legendarnie kiepski czas pracy na jednym akumulatorze. Nieważne, czy mowa o A7r/s II czy o Sony A6300/A6500 – czas pracy sięgał max 350 zdjęć (według producenta), a w rzeczywistym użytkowaniu zawsze bliżej było mu około 250 uchwyconych klatek. Gdy dodać do tego wideo… cóż, bez kilku zapasowych akumulatorów lepiej było nie ruszać się z domu.

W nowym Sony A7R III jest inaczej. Nowy akumulator typu Z dosłownie zmienia zasady gry (niezamierzona gra słów) i w czasie mojego wyjazdu przekroczył nawet założenia producenta. Sony ostrożnie deklaruje około 650 klatek na jednym ładowaniu, tymczasem ja w szczytowym momencie zrobiłem jednego dnia ponad 500 zdjęć i nagrałem blisko 3 godziny wideo FHD, a akumulator wieczorem pokazywał nieco ponad 30 proc. naładowania. Do lustrzanek może nadal nieco mu brakuje, ale w końcu jest to wynik, który pozwoli komfortowo używać bezlusterkowca Sony bez strachu o momentalne rozładowanie w środku sesji zdjęciowej.

Sony A7R III – co nie zagrało?

Ergonomia.

Ergonomię chciałbym pochwalić, bo w A7R III jest znacznie lepiej, niż w innych aparatach Sony, ale… nadal nie mogę. Biegałem z tym aparatem przyklejonym do ręki przez 3 dni i przysięgam, nadal czuję to w nadgarstku.

Przy czym problemem nie jest sam korpus, a kombinacja korpusu i pełnoklatkowych obiektywów. Sony A7R III w końcu ma należycie głęboki uchwyt, należytą grubość obudowy i odpowiedni układ przycisków. Sam w sobie jest szalenie wygodny i kompaktowy, a do tego niezbyt ciężki, przy masie nico ponad 600 g.

Jednak gdy dodać do tego profesjonalne szkło, jak 16-35 f/2.8 G-Master, całość robi się nie dość, że ciężka, to jeszcze szalenie nieergonomiczna. Duży obiektyw przeważa niewielki korpus, co mocno nadwyręża dłoń w czasie fotografowania. Chcąc wykorzystać potencjał wspaniałej matrycy Sony A7R III, czyli zapinając na niego profesjonalne obiektywy, kompletnie tracimy podstawowy benefit bezlusterkowca – niższą masę i mniejsze gabaryty.

A7R III jest znacznie mniejszy od Canona 5D mk IV… dopóki nie podpiąć do niego obiektywów.

Jedynym remedium na ergonomiczne bolączki A7R III byłoby podłączenie gripu, ale wtedy masa zestawu byłaby identyczna, jak profesjonalnych lustrzanek. I gdzie wtedy korzyść z bezlusterkowca?

Bufor.

To mój największy zarzut do Sony A7R III i problem, który firma powinna czym prędzej rozwiązać aktualizacją firmware’u. A7R III ma potężne problemy z buforem, zwłaszcza gdy korzystamy jednocześnie z obydwu slotów na karty SD.

W czasie wyjazdu używałem dwóch bardzo szybkich kart Sandiska – Extreme Pro UHS-II w slocie UHS-I, oraz Extreme w slocie UHS-I. Oczywiście ustawiłem zapis do obydwu kart jednocześnie, by na wolniejszej karcie mieć kopię zapasową robionych zdjęć.

Przy tej kombinacji Sony A7R III miał ogromną trudność z szybkim przerzucaniem zdjęć na kartę. RAW-y z tego aparatu ważą średnio 85 mb, ale to nie usprawiedliwia tak szybkiego napełniania się buforu przy pojedynczych strzałach. Przy fotografowaniu serią trzeba momentami czekać ponad 30 sekund, aż aparat wypchnie zdjęcia z buforu na karty.

Jakby tego było mało, kilkukrotnie w czasie wyjazdu aparatowi zdarzył się irytujący i spowalniający błąd – po włączeniu ekran podglądu był czarny, a w rogu migały ikonki zapisu na kartę, zupełnie jakby bufor nadal się czyścił albo aparat przygotowywał karty do pracy. Kilka razy straciłem przez to okazję na zdjęcie. Problem jest realny i mam nadzieję, że Sony szybko go rozwiąże.

Stabilizacja i autofocus w wideo Sony A7R III budzą we mnie mieszane uczucia.

Jak sami możecie zobaczyć na zamieszczonym wyżej wideo… IBIS i autofocus w Sony A7R III nie działają najlepiej w czasie filmowania.

Stabilizacja świetnie daje radę w czasie statycznych ujęć. Stojąc, czy ruszając się w stopniu minimalnym. Jednak w czasie chodzenia kompletnie nie daje rady utrzymać płynności, a jeśli próbujemy nagrywać np. w jadącym samochodzie, również musimy się liczyć z dość znaczącą “trzęsawką”.

Autofocus także mnie nie powalił. Nie wykluczam, że to kwestia złego ustawienia trybu AF przez niżej podpisanego, ale w trybie ciągłym z detekcją twarzy aparat często się gubił i nawet przy statycznych ujęciach “na twarz” (jak choćby to w samochodzie na powyższym wideo) dziwnie myszkował.

Czy Sony A7R III to fotograficzne spełnienie marzeń?

Cóż… tak! Pomimo kilku wad i kilku problemów, które wymagają poprawy, to wciąż rewelacyjny aparat. Pierwszy realny konkurent dla lustrzanek od Sony, mogący z nimi walczyć na polu profesjonalnej, reporterskiej fotografii.

Z powodzeniem dorównuje im, a wręcz przewyższa je możliwościami, a przy tym w niczym nie ustępuje im pod względem wytrzymałości. Osobiście używałem Sony A7R III w temperaturach minusowych. Kilka razy zamoczyłem go w śnieżnej zaspie. Spałem w Igloo przy -2 stopniach, zostawiwszy aparat w torbie bez dodatkowego zabezpieczenia. Podnosiłem go i kładłem setki razy na różnych powierzchniach. A aparat po wyjeździe wygląda i zachowuje się jak nowy, nie widać po nim ani śladu surowego traktowania.

I chociaż w czasie wyjazdu był on przede wszystkim moim narzędziem, to… doskonale się bawiłem używając A7R III. Sony kapitalnie łączy ze sobą dwa światy – rzemiosła i fotograficznego funu. Ten aparat faktycznie może być zarówno wołem roboczym w pracy, jak i źródłem świetnej zabawy w czasie wolnym. Niebywałe połączenie.

Oczywiście za spełnienie tych marzeń przyjdzie nam słono zapłacić.

Nie ukrywam, że rozstałem się z Sony A7R III mając świadomość, że raczej nie spotkamy się ponownie. Sam korpus bowiem kosztuje 15 tys. zł. I tak, to nie jest wygórowana kwota jak na profesjonalny korpus – konkurencja kosztuje tyle samo. Sęk w tym, że Sony nadal ma dość ubogie portfolio obiektywów, a do tego niemal nie można dokupić do serii A7 obiektywów innych producentów. Także chcąc skonstruować profesjonalny zestaw, trzeba się liczyć z niebotycznymi wydatkami (i nie, nie biorę pod uwagę adapterów – uprzedzając odpowiedzi na ten fragment).

Jakby wydatków na sprzęt fotograficzny było mało… decydując się na Sony A7R III trzeba się liczyć także z dodatkową inwestycją w sprzęt do obróbki.

Na co dzień pracuję na całkiem wydajnym komputerze, z procesorem Core i5-7600K, 16 GB RAM-u, szybkim SSD i kartą grafiki GTX 1060. Nie licząc obróbki wideo 4K, jeszcze nigdy nie narzekałem na brak wydajności w tym zestawie. Aż do momentu w którym wgrałem 85-megabajtowe RAW-y do Lightrooma. Nagle okazało się, że moja “wystarczająca” konfiguracja sprzętowa jest zupełnie niewystarczająca do pracy ze zdjęciami robionymi przez A7R III.

To oczywiście po części wina fatalnej optymalizacji Lightrooma, ale pozostaje faktem, że przebicie się przez bibliotekę 500+ RAW-ów było nie lada wyzwaniem, a oprogramowanie Adobe szarpało niemiłosiernie.

Gdyby ktoś pytał – obróbka zdjęć z tego sprzętu na ultrabooku nie wchodzi w grę. Dwurdzeniowy Core i7-7500U w Thinkpadzie X1 Carbon totalnie odmówił współpracy. Przy odrobinie cierpliwości na ultrabooku można zrobić wstępną selekcję, ale jakakolwiek dalsza obróbka to już wyzwanie przerastające możliwości niskonapięciowego procesora. Przynajmniej dwurdzeniowego – być może czterordzeniowe układy Intela 8 gen. poradziłyby sobie lepiej, choć na cud nie liczę.

Zamożnym profesjonalistom gorąco polecam.

Jeśli powyższe akapity cię nie zniechęciły i szukasz już teraz odpowiedzi na pytanie, czy warto porzucić starego Canona/Nikona, i przesiąść się na Sony, powiem wprost – tak, teraz jest czas.

A7R III naprawił praktycznie wszystkie wady poprzedników. Ma wytrzymały akumulator, jest wygodny (o ile założymy mu grip), oferuje fantastyczną jakość obrazka i w końcu oddaje do dyspozycji fotografów dwa sloty SD. Ma też potężne możliwości wideo i choć autofocus i IBIS mogłyby być lepsze, to spokojnie można zaliczyć ten aparat do grona hybrydowych czempionów.

Mniej zamożnym fotografom pozostaje mieć nadzieję, że tak jak możliwości Sony A9 przeszły na Sony A7R III, tak wkrótce zobaczymy zwykłą wersję Sony A7III, która odda nam do rąk większość potencjału A7R III, ale z mniejszą matrycą i w znacznie niższej cenie.

Dołącz do dyskusji