Fragmentacja Androida to nie problem? Powiedz to ludziom, którzy nie mogą przez nią porzucić iPhone’ów

Felieton/Technologie 30.01.2018
Fragmentacja Androida to nie problem? Powiedz to ludziom, którzy nie mogą przez nią porzucić iPhone’ów

Fragmentacja Androida to nie problem? Powiedz to ludziom, którzy nie mogą przez nią porzucić iPhone’ów

Android Oreo miał wszystko zmienić. Artyści-muzycy mieli w końcu dostać tak wyczekiwany wybór między iOS i Zielonym Robotem. Niestety, na obietnicach i zapowiedziach się skończyło, a muzycy jak korzystali ze sprzętów Apple’a, tak będą korzystać.

Właśnie dobiegły końca targi NAMM 2018, największa doroczna impreza profesjonalnej branży audio. O ile przeciętnego czytelnika Spider’s Web raczej nie zainteresuje żadna z zaprezentowanych tam nowości, tak szalenie interesujące i smutne jest to, czego… nie pokazano. Między wierszami prezentacji można wyczytać, że kolejny rok z rzędu Android nie zaskarbił sobie zainteresowania profesjonalnych muzyków.

Android Oreo miał zmienić wszystko.

Blisko trzy lata temu pisałem o tym, że Google na własne życzenie traci miliony dolarów. Powód? Latencja audio w smartfonach, która uniemożliwia wykorzystanie ich jako narzędzi w profesjonalnym procesowaniu dźwięku. Sprzęty Apple’a od lat cieszą się latencją na poziomie poniżej 10 ms, co umożliwia podłączenie do nich profesjonalnych akcesoriów i zastosowanie zaawansowanego oprogramowania, np. wirtualnych wzmacniaczy gitarowych.

Tymczasem po stronie smartfonów z Androidem latencja zazwyczaj oscyluje w okolicach 20 ms lub więcej. Do tego jest kompletnie nieprzewidywalna od urządzenia do urządzenia, o czym ostrzega sam Google w swoich wytycznych dla developerów. W efekcie, z nielicznymi wyjątkami, nikt nawet nie myśli o tym, by na Androida zaoferować to samo oprogramowanie muzyczne, które można znaleźć na iOS. To z kolei sprawia, że wielu muzyków, zwłaszcza profesjonalnych gitarzystów i realizatorów dźwięku, nawet nie rozważa przesiadki z iPhone’a, choć zapewne wielu by chciało.

Android Oreo miał definitywnie wyeliminować ten problem. Wraz z nową wersją systemu operacyjnego na smartfony z Zielonym Robotem miało trafić API AAudio, ostatecznie rozwiązujące problem opóźnień. Tak się jednak nie stało – Android Oreo trafił na smartfony bez nowego API (będącego nadal w fazie testów) i jak się okazuje, nie tylko nie poprawił problemu latencji, co wręcz go… pogłębił, o czym możemy przeczytać w wynikach testów przeprowadzonych aplikacją Superpowered, stworzoną przez firmę zajmującą się problemem latencji audio od lat.

Względem Androida 7.0 problem latencji na testowanych Nexusach 6P wzrósł momentami aż o 253 proc. (sic!). A już przed tym pogorszeniem sprzęt ten był nieużywalny w „poważniejszych” zastosowaniach audio.

Fragmentacja Androida skazuje muzyków na iOS.

Oczywiście jest na rynku kilka urządzeń, które doskonale radzą sobie z problemem opóźnień dźwięku. Smartfony Samsunga i Huawei chociażby, od lat osiągają wyniki poniżej 10 ms, zapewniając równie dobry współczynnik round-trip latency, co iPhone. Tyle że… co z tego? Żaden producent oprogramowania nie wypuści swojej aplikacji do Sklepu Play wiedząc, że software zadziała poprawnie tylko na garstce telefonów.

Android O miał uczynić niskolatencyjne audio standardem. Jednak przez to, że tempo aktualizacji Androida do nowej wersji jest – jak zwykle – ślimacze, nic się nie zmieniło. Jeśli chodzi o oprogramowanie na Androida, targi NAMM 2018 świeciły pustkami.

Problem nie dotyczy tylko profesjonalistów a każdego, kto gra na gitarze w swojej sypialni.

Jeśli czytasz ten tekst i wydaje ci się, że latencja audio i brak aplikacji to problem dotykający tylko garstkę profesjonalistów, jesteś w błędzie. Niestety, problem z mobilnym oprogramowaniem muzycznym jeszcze dotkliwiej, niż w profesjonalistów, uderza w amatorów.

To właśnie na rynku amatorskim pojawia się coraz więcej sprzętów, np. wzmacniaczy gitarowych, sterowanych z poziomu smartfona, który jest niezbędny, by w pełni wykorzystać potencjał takiego wzmacniacza. Dobrym przykładem jest testowany przeze mnie nie tak dawno temu Fender Mustang GT40. Kapitalny wzmacniacz, do którego obsługi niezbędna jest aplikacja. Aplikacja jest dostępna co prawda zarówno na iOS jak i na Androida, ale wersja na Zielonego Robota jest dużo brzydsza, dużo mniej funkcjonalna i zwyczajnie okrojona z niektórych możliwości. To samo dotyczy chociażby oprogramowania Line 6, VOX-a czy Yamahy, przeznaczonego dla normalnych konsumentów, grających na gitarze w zaciszu własnej sypialni. Masz Androida? Masz problem.

Apple jeszcze przez lata pozostanie domeną artystów-muzyków.

Od premiery Windowsa 10 widzę coraz więcej artystów wszelkich branż przesiadających się z komputerów Apple’a na komputery z systemem Microsoftu. Nic dziwnego – w końcu maszyny z Windowsem stały się równie dobre, jeśli nie lepsze od laptopów Apple’a, a przy tym niejednokrotnie są tańsze, szczególnie jeśli chodzi o sprzęty stacjonarne o najwyższej wydajności.

Artyści wizualni, fotografowie, filmowcy… kto śledzi profesjonalną scenę ten widzi, że kreatywni masowo opuszczają okręt z banderą nadgryzionego jabłka.

Niestety, po stronie muzyków nic się nie zmienia. Jeśli ktoś przez ostatnie lata wrósł w nowoczesne rozwiązania sprzętowe, sterowane z poziomu iPhone’a i iPada, do tego pięknie integrujące się z oprogramowaniem na Maca, dziś nie ma dokąd uciec. Nie potrafię znaleźć drugiej niszy, w której tzw. zamknięcie w ekosystemie byłoby równie dotkliwym problemem.

A wszystko przez to, że ani Google, ani producenci sprzętu, nie potrafią od lat wymyślić stabilnego, uniwersalnego rozwiązania problemu opóźnień dźwięku na Androidzie.

Czy to naprawdę takie trudne?

Dołącz do dyskusji