Kiedyś (jak prawdopodobnie każdy) czytałem całkiem sporo, można by wręcz zaryzykować stwierdzenie, że dużo (lub nawet bardzo dużo). Potem niestety odkryłem o wiele łatwiejszy w konsumpcji internet i świat zabawek elektronicznych, który na długi czas odciągnął mnie od lektury. Próbowałem kilkukrotnie powrócić do tego zajęcia, zarówno na smartfonach z większym (i mniejszym) wyświetlaczem, jak i na tabletach, dla których wydawało się to jednym z najbardziej oczywistych zastosowań. Niestety miało ono również swoje (równie oczywiste) wady, takie jak ekran uniemożliwiający czytanie przez czas dłuższy niż kilkadziesiąt minut. Ostatecznie, po dość długim namyśle, w obliczu braku nowego (i niedrogiego) gadżetu, który mógłbym kupić, zdecydowałem się na Kindle 3. Po części z czystej ciekawości, po części z nadzieją, że tak mocno dedykowane urządzenie w końcu zmusi mnie do czytania.
I udało się. Po zakupie Kindle znów zacząłem konsumować książki jak za dawnych czasów, a moje oczy mogły na reszcie przynajmniej na godzinę dziennie odpocząć od błyszczących i świecących ekranów w telefonach, tabletach, telewizorach czy komputerach. Nie tak dawno temu Amazon zaprezentował następce (choć nie do końca bezpośredniego) modelu, który posiadałem do tej pory i choć tak naprawdę nie istniały naprawdę silne argumenty za zmianą, postanowiłem zaryzykować i przekonać się, jak sprawuje się pierwszy Kindle-czytnik, całkowicie pozbawiony klawiatury.