Cały dom na dachu. Thule Motion XT XL – recenzja Spider’s Web

Recenzja/Motoryzacja 14.06.2017
Cały dom na dachu. Thule Motion XT XL – recenzja Spider’s Web

Jak przewieźć samochodem bagaże na kilkutygodniowy wypad, do tego komplet nart i jeszcze kilka drobiazgów… bez używania bagażnika? Cóż, jest na to sposób. Do tego sposób efektowny, funkcjonalny, choć zdecydowanie nie zależący do najtańszych. 

Ten sposób – co łatwo stwierdzić po zdjęciu otwierającym tekst – to oczywiście box dachowy, w tym przypadku Thule Motion XT w wersji XL, które przez ostatnich kilka tygodni niemal nie opuszczał dachu mojego auta, zwiedzając polskie miasta i wsie.

Uszanowanko!

Ale żeby nie przeciągać wstępu, przejdźmy od razu do wniosków z tych jazd. W postaci odpowiedzi na pytania, które prawdopodobnie będą miały osoby zainteresowane zakupem tego sprzętu.

Ile to kosztuje?

Cóż, już sam napis „Thule” na obudowie sugeruje, że musimy liczyć się ze sporym wydatkiem. Jakim? W przypadku testowanej wersji XL kwota podawane przez Thule to 2849 zł. Ba, jeśli zdecydujemy się na gigantyczną wersję XXL, przyjdzie nam zapłacić 3869 zł.

Na szczęście dla mniej wymagających w kwestiach przewozowych są jeszcze dwie tańsze odmiany. Najmniejszy Sport kosztuje 2199 zł, natomiast M-ka – 2499 zł.

Jak duża jest wersja XL?

Tak duża, że jeśli nie masz naprawdę (ale naprawdę naprawdę) dużego mieszkania, garażu albo domu ze sporym zachowankiem, powinieneś dobrze przemyśleć zakup. Motion XT XL mierzy sobie aż 2,15 m długości, przy 91,5 cm szerokości i 44 cm wysokości. Założony na samochód segmentu C lub D może już nie wydawać się taki wielki, ale uwierzcie – taki właśnie jest.

Do tego jeszcze dochodzi masa XT. W przypadku wersji XL to 23,5 kg.

Ale da się to założyć na dach samodzielnie?

Dać się da, ale nie przesadzałbym z chwaleniem za to. Podniesienie tego ponad 2-metrowego, mającego masę ponad 23 kg sprzętu ponad linię dachu (nawet niezbyt wysokiego) w jedną osobę nie należy do zadań najłatwiejszych. Nie mówiąc już o jednoosobowych próbach transportu tego giganta np. kilkadziesiąt metrów z domu do samochodu.

Nie mam za to żadnych zastrzeżeń do montażu boxu w dwie osoby, nawet jeśli druga z osób jest drobną kobietą. Jest za co chwycić (o boxie piszę, spokojnie), jest jak go przenieść i jest jak wciągnąć go na dach samochodu, a potem wygodnie i błyskawicznie zamontować.

Wygodnie i błyskawicznie zamontować – to znaczy?..

To znaczy mniej więcej tyle, że sam montaż, który wystarczył spokojnie na kilkaset kilometrów jazdy, zajął mniej czasu, niż próby wyniesienia tego boxu z domu poprzez wąskie korytarze i niezbyt ustawny przedsionek. Ba, montaż boxu zajmuje mniej czasu, niż montaż złożonych już relingów, na których się trzyma.

Wliczając nawet wciągnięcie boxu na dach, cała zasadnicza operacja zajmuje może 5 minut. Albo i mniej.

Co to za magia?

Żadna magia, a cztery spore zaciski wystające z dołu boxu oraz cztery odpowiadające im pokrętła, zlokalizowane wewnątrz tego giganta.

Cały proces montażu można streścić do kilku kroków:

  • Wrzuć bagażnik na dach
  • Traf zaciskami w relingi (lub załóż je po włożeniu bagażnika na dach)
  • Ustaw bagażnik w osi samochodu
  • Dokręć pokrętła w środku boxu

Koniec. Naprawdę. I nie jest to montaż „byle jaki” czy montaż „na czuja” – to jest właściwy, rekomendowany przez instrukcję sposób. Do tego gwarantujący poprawność siły montażu – pokrętła klikną bowiem w momencie, kiedy dokręcimy je na odpowiednim poziomie. Proste – jeśli jeszcze nie kliknęło, trzeba kręcić dalej. Jeśli kliknęło – nie ma po co już machać ręką.

Przy czym jedyną uwagą jaką mam jest to, że w końcowej fazie pokrętła trzeba dokręcać naprawdę mocno. Bardzo, bardzo mocno. Osoby o słabszych rękach prawdopodobnie będą musiały się trochę nasiłować.

Dobrze jest mieć też drugą osobę, która będzie stała przed samochodem i informowała nas o tym, czy bagażnik jest prawidłowo ustawiony – inaczej trzeba się trochę nadchodzić dookoła auta. Swoją drogą, nawet lekkie odchyły od osi nie generują większych kłopotów.

Czy jest tylko jedna słuszna pozycja dla boxa?

Nie. Mocowania od spodu zamocowane są na specjalnych listwach, dzięki czemu możemy nie tylko dostosować ich rozstaw do rozstawu naszego bagażnika dachowego, ale też w ograniczonym zakresie przesuwać w osi samochodu.

Aczkolwiek box zaprojektowany został od podstaw tak, żeby zajmować miejsce z przodu dachu. Na zdjęciach widać wersję maksymalnie przesuniętą do tyłu przy moim rozstawie i lokalizacji belek dachowych.

Jak z bagażnikiem i anteną?

W moim przypadku – bez najmniejszych problemów. Otwieranie sporej klapy nie groziło uderzeniem w box, natomiast na montaż anteny spokojnie znalazło się miejsce – w boxie jest nawet odpowiednie, spore wgłębienie na antenę.

Potrzebuję adapterów?

Do belek WingBar i SquareBar – nie. Do SlideBarów już niestety tak.

Odporność na deszcz?

Mimo pory roku, na szczęście trafiło się w ostatnich kilku tygodniach kilka naprawdę deszczowych dni. I czy auto z boxem stało na podjeździe i mokło, czy przedzierało się w deszczu przez autostradę, zawartość pozostała sucha.

Choć producent zostawia sobie tutaj furtkę, informując, że jeśli spodziewamy się prawdziwych ulew, lepiej zabezpieczyć nasze bagaże przed zamoknięciem w przynajmniej podstawowy sposób.

I jak taki montaż wytrzymuje?

Nie mam najmniejszych zastrzeżeń. Kilkaset pokonanych kilometrów, często z prędkościami przewyższającymi tę, którą sugeruje producent (130 km/h) i box nie przesunął się nawet o centymetr. Ani trochę. Nie pojawiły się też żadne luzy w punktach montażowych.

A jak to się otwiera?

Standardowo – kluczykiem (możemy mieć klucz uniwersalny do wszystkich sprzętów Thule – zgodność z systemem OneKey) otwieramy jeden z dwóch zamków, po czym przeciągamy plastikową blokadę i unosimy pokrywę.

I tutaj mogę mieć zastrzeżenie do boxu – o ile podstawa wykonana jest raczej ze sztywnego tworzywa sztucznego, o tyle klapa jest już mocno elastyczna. Nie ma to raczej wpływu na solidność całości, ale powoduje, że pokrywa nie unosi się przesadnie elegancko. Trzeba ją lekko szarpnąć do góry, upewniając się, że unosi się równo, i dopiero wtedy podnoszona jest już do końca przez mechanizm. Nie jest to zadanie w żadnym wypadku trudne i każdy zrobi to z łatwością – po prostu… nie wygląda to tak, jak można się było spodziewać.

Tak samo jest przy zamykaniu – musimy upewnić się, że wszystkie elementy zachodzą na siebie równo.

Do tego klapa dość mocno trze przy zamykaniu i otwieraniu o dolną część obudowy. To z kolei powoduje, że w niektórych miejscach pojawiają się rysy, nawet przy niezbyt siłowym użytkowaniu.

Małe, ale przydatne – kluczyka z zamka nie wyjmiemy przy otwartym boxie – trzeba go najpierw przekręcić do pozycji zamkniętej. Co jednak ważniejsze – nie zamkniemy boxu, jeśli nie będzie on w 100 proc. dobrze zatrzaśnięty – kluczyka po prostu nie uda się nam przekręcić.

A w którą stronę to się otwiera?

W którą chcemy. Zamki i przycisk otwierania znajdują się po obydwu stronach boxu, natomiast ramię centralne działa w dwie strony. 3 punkty mocowania z każdej strony pełnią natomiast podwójną funkcję – albo są zawiasem (jeśli otwieramy z drugiej strony), albo po prostu punktami zaczepu, kiedy zatrzaskujemy klapę.

Przyda się np. przy otwieraniu boxu podczas wichur – jeśli bowiem otworzymy go pod wiatr, możemy mieć problemy z jego zamknięciem – spora powierzchnia robi swoje. Natomiast jeśli otworzymy go z wiatrem, nie będziemy musieli się o nic obawiać. Nawet przy naprawdę silnych podmuchach konstrukcja pozostaje praktycznie niewzruszona i nie ma żadnych szans na to, że zamknie się nagle, przycinając nam palce.

Dobra, to co zmieszczę do środka?

Prawdopodobnie przesadziłbym, gdybym napisał, że wszystko. Ale nie przesadzę, jeśli napiszę, że na moje potrzeby – i prawdopodobnie wielu osób szukających boxa – wersja XL jest po prostu za duża. Próbowałem wpakować bo XL-a wszystkie torby, jakie udało mi się znaleźć w domu i… i tak było ich za mało, żeby go zapełnić. Musi więc wystarczyć zdjęcie poglądowe, przedstawiające jak we wnętrzu Motion XT tonie 40-litrowa walizka, do której pakuję się komfortowo nawet na kilkudniowe wyjazdy…

Bez większego wysiłku zmieściłbym takich toreb z 5, a jeszcze zostałoby trochę miejsca na drobniejsze pakunki. Można byłoby jeszcze kombinować z umieszczeniem niektórych walizek pionowo – torba ze zdjęcia nie mieści się w takim układzie wprawdzie w najniższym punkcie boxu, ale w centralnej części nie ma już z tym większego problemu.

Torby warto przy tym zamontować paskami (są w zestawie) do boxu. W zasadzie to nawet trzeba i nie jest to przesadnie trudne – na powyższym zdjęciu widać metalowe punkty zaczepu umieszczone w dolnej części boxu. Pozwala to wygodniej i równo rozplanować rozłożenie bagażu wewnątrz. Co do samego sposobu dopinania rzeczy i późniejszego trzymania ich w trakcie podróży – nie mam zastrzeżeń.

A oprócz jednej torby co tam wsadzę?

To już zależy od tego, co planujesz przewozić, i ewentualnie, czy planujesz dokupić akcesoria. Jeśli chciałbyś przewozić wodę, to zmieściłbyś jej 500 l. Czyli w zasadzie dokładnie tyle, ile do bagażnika subkompaktowego kombi (!) i dużo więcej, niż do bagażnika przeciętnego, kompaktowego crossovera. Dużo, bardzo dużo.

Kombinacji bagażu może być przy tym multum – dwie pary nart i dwie duże torby? Żaden problem. 5 par nart (o długości do 200 cm)? Bez problemów (według producenta nawet 7 – nie miałem jak tego zweryfikować). Deski snowboardowe – do 5 sztuk.

Ewentualnie, jeśli np. chcesz w pełni wykorzystać przestrzeń we wnętrzu boxu, możesz dokupić zestaw dedykowanych toreb (choć kosztują one… 649 zł). Na liście gadżetów jest też opcjonalny wspornik do nart (podróżują wtedy na płasko) oraz… MultiLift, czyli mini-winda do podnoszenia boxu.

Przyznaję się po raz kolejny – nie udało mi się ani razu zapełnić tego bagażnika w całości, mimo że był u mnie też przez czas urlopu, a że w bagażniku zazwyczaj jeździ pies, wszystko co miało znaleźć się za tylną kanapą trafiało właśnie na dach.

Ile tego mogę napakować?

Do 75 kg, co oznacza, że w zasadzie tym boxem mógłbym podróżować ja sam, razem z podręcznym bagażem na kilka dni. Niestety nie testowałem tego rozwiązania ze względu na niezbyt wysoką nośność dachu w moim samochodzie z dołożonym bagażnikiem dachowym. W zasadzie z jego maksymalnego udźwigu już po założeniu samego boxu niewiele zostało.

A jak się z tym jeździ?

Od razu zaznaczę – ten box nie jest bezgłośny, bo jest to fizycznie niemożliwe. Choć i tak jest zaskakująco dobrze.

Jeśli jeździmy głównie po drogach krajowych, gdzie prędkości oscylują w okolicach 100 km/h, obecność boxu na dachu jest niemal niezauważalna. Hałas, jakie generuje przy takich prędkościach jest pomijalny i możliwy do zagłuszenia nawet cicho grającym radiem. O ile faktycznie udawało mi się usłyszeć jakiś hałas, a nie tylko zrzuciłem na box część standardowych odgłosów jazdy.

Powyżej tej prędkości, szczególnie w okolicach prędkości autostradowych (i autostradowych+) trudno już jednak zapomnieć o tym, że box tam jest, aczkolwiek… nie mogę napisać, że jest to hałas męczący i przeszkadzający w dłuższych podróżach. Różnica przy zdjętym i założonym boxie jest na tyle niewielka, że z łatwością można się na nią pogodzić w zamian za dodatkowe 500 l pojemności przestrzeni bagażowej.

Niespotykanych zmian nie było też w kwestii spalania – samochód nadal spalał dokładnie tyle paliwa, ile wlało mu się do baku. A na poważnie – zmiany w spalaniu były na tyle niewielkie, że nie jestem w stanie za jaką ich część odpowiada box, a za jaką styl jazdy i warunki ruchu.

Jedna rzecz, o której nie wspomniałem.

Ten box po prostu… wygląda dobrze. Ba, nawet świetnie. Bez wątpienia bliżej mu stylistyką do współczesnych samochodów (np. nowszych Volvo), ale i na moim leciwym już pojeździe wyglądał niemal tak, jakby oferowali go jako fabryczne akcesorium. Takie coś aż chce się zakładać i z tym jeździć.

To jaki jest box Thule Motion XT XL?

Plusy:

  • Świetny wygląd
  • Absurdalnie prosty montaż z możliwością regulacji
  • Przesunięcie do przodu – nie ma problemów z anteną czy klapą bagażnika
  • Możliwość otwierania z dwóch stron
  • 500 l pojemności, możliwość różnej aranżacji przestrzeni bagażowej
  • Zgodność z systemem OneKey
  • Kompatybilność z większością belek Thule bez adapterów
  • Niska głośność podczas jazdy
  • Solidne zawiasy i system otwierania
  • Szereg drobnych i sprytnych rozwiązań tu i tam

Minusy:

  • Wysoka cena
  • Drogie dodatki
  • Pokrywa jest ciut zbyt giętka przy otwieraniu
  • 23,5 kg trudno jest obsługiwać w jedną osobę
  • Rysujące się wewnętrzne krawędzie

Czy łatwo się z nim pożegnałem?

Box jest właśnie w trakcie czyszczenia (niezbyt trudne, ale powierzchni do umycia z zewnątrz jest sporo) i pakowania, żeby mógł wrócić do producenta. I… nie będą za nim specjalnie tęsknił, ale tylko jeśli chodzi o wersję XL. Jest dla mnie (i dla modelowej rodziny 2 + pies) stanowczo zbyt drogi, zbyt duży, a za jego pojemnością idzie oczywiście rozmiar i masa, z którymi trzeba sobie radzić. Może gdyby pojawiła się dwójka dzieci albo regularnie jeździłbym z 2-3 znajomymi (i psem w bagażniku), ten rozmiar miałby sens.

Na razie jednak zaczynam… przymierzać się do którejś z mniejszych wersji, oferowanych też w rozsądniejszych (dla mnie) cenach. Z niektórych udogodnień podróżniczych jednak trudno zrezygnować.

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement