Optimus Prime kontra Ford Mondeo, czyli o tym, jak wróciłem do iPhone’a

Felieton/Technologie 02.06.2017
Optimus Prime kontra Ford Mondeo, czyli o tym, jak wróciłem do iPhone’a

Gdy w 2010 roku kupiłem swojego pierwszego iPhone’a, świat aplikacji na iOS wyglądał w Polsce trochę inaczej niż teraz. Tak właściwie, to był niezłym paździerzem.

Brakowało polskich aplikacji z polskimi treściami, a jeśli były, to często wyglądały i działały okropnie (aplikacja do wysyłania SMS-ów w Orange, heloł). Wśród polskojęzycznych aplikacji królowały toporne pseudo-interaktywne audiobooki dla dzieci. Pamiętam też dyskusje na forach miłośników produktów Apple, że tak jest lepiej, bo dzieci uczą się angielskiego. Myślicie, że były aplikacje do polskich usług VOD? Cóż, niespecjalnie.

Z każdym miesiącem było coraz lepiej, ale i tak do pewnego momentu nie mieliśmy przecież dostępu do prawie żadnej usługi oferowanej przez ekosystem Apple. Zakupy na iTunes? Nie ma mowy, zapomnij.

iPhone’a używałem prawie 3 lata – i zacząłem interesować się smartfonami z Androidem. Kusząca była większa wydajność, lepsze parametry i swoboda w dostępie do bebechów systemu. Jako programista doceniałem fakt, że mogłem napisać nawet skrypty automatyzujące różne rzeczy (typu: jeśli podłączysz się do sieci w pracy, wycisz dzwonek). iPhone (czy raczej system operacyjny iOS) na to nie pozwalał.

W ciągu kilku lat wymagania wobec smartfonów zaczęły mi się zmieniać. Zacząłem poddawać w wątpliwość niektóre ze swoich wyborów. Co z tego, że mam wyświetlacz full HD, skoro akumulator nie wytrzymuje do wieczora, gdy mam włączony GPS, a czekając na włączenie aparatu muszę mówić pozującym osobom: jeszcze momencik… stójcie spokojnie… lada chwila zrobię wam zdjęcie.

Przyczyną zapewne był system operacyjny, dający za dużo swobody twórcom aplikacji.

Prawie każda aplikacja rejestrowała się do uruchomienia w systemie, co dzięki prawdziwemu multitaskingowi powodowało efekt zamulenia telefonu. iOS nie miał prawdziwego multitaskingu, tylko task-switching – w przypadku telefonów sprawdzało się to lepiej.

Posiadanie high-endowego telefonu z Androidem zaczęło nie wystarczać. Do głowy zaczęły przychodzić mi pomysły typu: a może na wakacje kupić dumbphone’a z klawiaturą, typu 3310, przynajmniej będzie trzymał cały dzień, a zdjęcia robić aparatem? A może nosić drugi, naładowany akumulator? Albo dwa power-banki? Zacząłem myśleć jak pracować dla mojego telefonu, zamiast odwrotnie! Naprawdę wolałbym responsywny telefon, który dłużej działa na akumulatorze, od ogromnego ekranu i mocy obliczeniowej.

Nie zrozumcie mnie źle: posiadanie telefonu z Androidem to jak posiadanie wielkiego, wyposażonego w mocny silnik trucka, który niestety przez połowę czasu jest zajęty, bo właśnie zamienił się w Optimusa Prime i walczy z Decepticonami. Być może posiadanie iPhone’a będzie chociaż jak obcowanie z pojazdem pokroju Forda Mondeo, który przynajmniej będzie stał na parkingu i czekał na mnie?

Postanowiłem sprawdzić ponownie. Po przeczytaniu kilku recenzji zorientowałem się, że moim wyborem mógłby być… iPhone SE.

Ten niewielki jak na dzisiejsze czasy telefon wytrzymuje długo na pojedynczym ładowaniu, a w testach prędkości przebija dwukrotnie Samsung Galaxy S5. iPhone, którego używałem, miał podobny rozmiar – historia zatoczyła więc koło.

Przeniesienie kontaktów, wiadomości i najważniejszych aplikacji okazało się bardzo proste – dzięki przygotowanemu przez Apple narzędziu Move To iOS. Przy czym filmów i zdjęć nie musiałem przenosić – na bieżąco były synchronizowane z biblioteką Google Photos. Podpięcie moich ulubionych słuchawek bluetooth (produkcji Samsunga!) oraz zegarka sportowego Runtastic okazało się formalnością. A byłem przygotowany psychicznie na długotrwałe próby i „parowanie urządzeń”, do którego przyzwyczaiły mnie flagowce z Androidem.

Podobnie skonfigurowanie włączania i autoryzacji za pomocą odcisku palca świetnie zintegrowało się np. z aplikacją mBanku. Do tego w ustawieniach znalazłem WiFi Calling w mojej sieci, co jeszcze milej mnie zaskoczyło.

iPhone SE wygrał więc pierwszą batalię o miejsce w mojej kieszeni. Faktycznie mały, ale działający kiedy trzeba telefon okazał się dobrym wyborem dla mnie – co nie znaczy, że jest odpowiedni dla każdego. Z mniejszym strachem będę jednak wychodził w czasie urlopu z hotelu, wiedząc, że akumulator powinien wytrzymać cały dzień używania i będę miał jak włączyć mapę, wracając wieczorem. Nie obyło się bez rezygnacji – z większego ekranu, wyższej rozdzielczości, itd. Ale okazało się, że nie tego oczekiwałem od smartfona.

Wiem, że moje odczucia są subiektywne. Zapewne za chwilę mój kolega redakcyjny Rafał opowie o jakimś wydumanym scenariuszu, w którym Android jest niezbędny („a co jeśli musisz przetransferować zaszyfrowane pliki zawierające instrukcję przeszczepu serca, lecąc nad oceanem i nie mając dostępu do sieci a jedynie Bluetooth, a chirurg ma Samsunga?”). Mimo to podejmę to ryzyko!

Pierwsze wrażenia są pozytywne. Z jednej strony usługi, których używałem, są na miejscu, bilety kupuję w Mobilet, muzyki nadal słucham z Google Play Music, podcastów nadal w doskonałej aplikacji Pocket Casts, spamerskie połączenie wciąż blokuje aplikacja Should I Answer, komiksy nadal czytam w Marvel Unlimited, a punkty za kawę zbieram w aplikacji Starbucksa. Z drugiej strony telefon, choć przecież niewyposażony w najlepszy procesor i największą ilość pamięci, nie zamyśla się, gdy chcę przełączyć aplikację, co denerwująco często zdarzało się smartfonom z Androidem.

Czy to efekt nowości i iOS również się „zużyje”? Umówmy się, że po miesiącu lub dwóch używania szczerze o tym opowiem na Spider’s Web.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement