Gwóźdź do trumny telewizji

Felieton 15.04.2016
Gwóźdź do trumny telewizji

W jednym z odcinków “30 Rock” Jack Donaghy ma pomysł, jak sprawić, by ludzie zasiedli przed telewizorem i zachwycili się znowu magią TV – pokazem sztucznych ogni transmitowanych na żywo z serca Manhattanu. Pomysł nie wypala, ale koncept transmisji w czasie rzeczywistym jako powrotu do korzeni jest dobry. Jest coś wspaniałego w programach na żywo, a wideo w internecie dostaje dzięki temu drugie życie. Oto wchodzimy w całkiem nową erę interakcji w sieci.

Chwile ulotne

YouTube zmienił nasze podejście do wideo. Okazało się, że zwykły człowiek może wrzucić coś do sieci, zainteresować widzów, zebrać publikę i stać się celebrytą na małą skalę. Jednak w procesie przygotowywania filmów na YouTube’a, w tym jak skonstruowany jest cały serwis jest coś zniechęcającego. To miejsce dla tych, którzy się nie boją, którzy myślą, że mają coś do powiedzenia. W końcu to miejsce dla tych, którzy marzą o karierze.

Wideo w lżejszej formie, takie jak na Instagramie, Twitterze czy Facebooku, udostępniane w mniejszych kręgach społeczności zmieniło trochę podejście do tego formatu. Chcesz coś pokazać, ale cały ten proces udostępniania na YT to zbyt dużo, może materiał nie jest tego warty? Wrzuć to bezpośrednio na serwis stricte społecznościowy.

Stanie się to bardziej ulotne, taki złapany ruchomy moment, jak zdjęcie, ale przecież o to chodzi.

Wideo stało się kolejną formą ekspresji, narzędziem do dzielenia się emocjami, codziennością.

Tak jak tekst, tak jak zdjęcia, wrzucane linki. Zrozumiał to Twitter rok temu kupując Periscope’a, udostępniając możliwość nagrywania krótkich filmów bezpośrednio w aplikacji, teraz zrozumiał to Facebook odświeżając odtwarzacz i tworząc Facebook Live. Wideo to teraźniejszość i przyszłość.

Cała uwaga na mnie

Wideo to jednak nie tylko forma ekspresji. To też wielka maszyna przykuwająca uwagę. Chętnie oglądamy wideo. Nasze pakiety danych są już na tyle duże, że robimy to podróżując, mamy WiFi niemal wszędzie i często wchodzimy na YouTube’a z telefonu – tak często, że odtworzenia mobilne to już ponad połowa wszystkich odtworzeń.

Niemal pozbyliśmy się też oporów przed pokazywaniem się na wideo. Masa krytyczna została przekroczona, robi to wiele osób, więc dlaczego nie mógłbym i ja?

Wideo jest też świetnym narzędziem na kontakt z odbiorcami. Używają go celebryci tradycyjni, używają go tzw. influencerzy i wszelkiej maści ciekawe postacie. Nadawanie na żywo stwarza wrażenie bliższej interakcji, wejścia w dialog z widzami.

YouTube to machina, ma wiele programów na żywo. Vlogerzy robią Q&A w czasie rzeczywistym – mniej lub bardzie profesjonalne – jednak Facebook czy Periscope są nieco intymniejszą formą nadawania. W końcu stream pojawia się na bardzo osobistym serwisie, a nie na ogólnym YouTubie służącym tylko do wideo.

Sama złapałam się ostatnio na tym, że spędzam coraz więcej czasu oglądając wideo na żywo na fejsie. Relacje z różnych wydarzeń, komentarze od osób publicznych czy nawet taki minishow, w którym były polityk ze Stanów opowiada o aktualnościach, a potem odpowiada na pytania przyciągają uwagę. Facebook powiadamia mnie, gdy któraś z osób, które śledzę nadaje. Klikam kiedy mi pasuje i korzystam.

Wiem, że od dawna mówię o śmierci telewizji w tradycyjnym formacie, jednak nie myślałam, że nowa TV wróci tak mocno do korzeni tradycyjnej telewizji, że jej urok w dużym stopniu oprze się na zalecie, o której wiele stacji zapomniało już dawno z wygody i chęci zysku.

Streaming na żywo to po prostu magia.

Świadomość, że tam po drugiej stronie znajomy czy osoba publiczna w tym właśnie momencie robi coś, co mogę obserwować na swoim telefonie jest bezkonkurencyjna. Łączy nadającego z widzem i widzów z widzami.

Nie jestem wielką fanką bajek o tym, że wszyscy jesteśmy jedną wielką połączoną społecznością, że możliwość błyskawicznego kontaktu poprawi czy naprawi cokolwiek na świecie. Jednak ta magia prostego, wygodnego streamingu na żywo jest na tyle przekonująca, iż wierzę, że stanie się gwoździem do trumny tradycyjnej telewizji. Razem ze wszystkimi YouTube’ami i Netfliksami tego świata.

Jest w tym coś obiecującego. Gadające głowy z ekraników wychodzą do ludzi. Nie potrzebują dziwnie mierzonych wyników oglądalności, by utrzymać się na antenie, nie potrzebują reklamodawców, by było ich stać na nadawanie – wystarczy, że mają smartfona, statyw lub kogoś do trzymania kamerki. I że mają coś do pokazania lub do powiedzenia.

Revolution won’t be televised, revolution will be live-streamed.

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement