IPAD KONTRA NEXUS, czyli szkoda kasy

Felieton/Technologie 07.02.2016
IPAD KONTRA NEXUS, czyli szkoda kasy

Czas na całkowicie nieuczciwe porównanie. Uczciwe nie mają sensu – to jakby kilku polityków rozmawiało w telewizji, darząc się wzajemną sympatią i szacunkiem.

Porównanie dotyczy dwóch urządzeń z epoki przedlodowcowej – tabletów. Podobno ludzie coraz częściej zastanawiają się, do czego u licha służą te machiny. Muszę oddać owym ludziom sprawiedliwość – sam po tablety sięgam rzadziej, niż po papierową gazetę. A po nią w zasadzie nie sięgam już nigdy.

O tym, że w domu mam dwa tablety, przypominam sobie z reguły przy pewnej sytuacji: gdy jadę gdzieś na spotkanie autorskie, na którym muszę opowiadać o pracy reportera i o moich książkach.

Notatki do takich spotkań trzymam w Evernote, bez nich czuję się, jakbym nie pamiętał własnego życiorysu. Ale drukować ich przed spotkaniem nie będę, żeby nie wyjść na zgrzybiałego starca. Stawiać przed nosem laptopa też nie mam ochoty, żeby nie wyglądać jak trener biznesu przechowujący całą wiedzę w czterech slajdach Power Pointa.

Tablet w takich sytuacjach jest znakomitym narzędziem. Jak się przekonałem, wystarczy tylko wraz z wiekiem powiększać czcionkę w Evernote i człowiek wciąż czuje się młody.

Ale za każdym razem staję przed dylematem: zabrać iPada pierwszej generacji czy Nexusa 7? Jeden jest większy, drugi mniejszy, a obydwa niestety bez sensu.

Kiedy na świat zawitał pierwszy iPad, wydał mi się urządzeniem genialnym. Niewielkie cudo umożliwiające wygodny dostęp do niemal całej skarbnicy ludzkiej wiedzy. Książek, serwisów internetowych, filmów. A może nawet darmowej pizzy.

Po iPadzie obiecywałem sobie złote góry, diamentowe potoki i grafenowe szlaki. Tablet właściwie powinien zmienić nasz styl życia. W końcu przecież zaczęliśmy ze sobą nosić komputer skrzyżowany z książką i telewizorem. Na dokładkę obsługiwany tym, co zwykle zabieramy wychodząc z domu, czyli palcami. No dobrze, może zimą bez specjalnych rękawiczek nie bardzo nadawał się do użytku, ale przecież na mrozie człowiek głównie myśli o tym, jak tu najszybciej dostać się do domu, a nie konsumuje, że się tak brzydko wyrażę, media.

Kiedy iPad pojawił się w Europie, ja akurat zawitałem na Teneryfę, która charakteryzuje się atrakcyjnym podatkiem, zachęcającym do zakupów elektroniki.

Znajomi zaraz po wylądowaniu samolotu udali się nad wodę, a ja do Media Marktu. Roztropnie już przed wyjazdem ustaliłem, gdzie iPada może uda się kupić i docelowe miejsca wklepałem do nawigacji.

Pewien problem pojawił się zaraz po zakupie. Chwaliłem się znajomym moim nowym nabytkiem, ale oni nijak nie mogli docenić przełomowości urządzenia, bowiem niczego nie widzieli na ekranie. Cóż, kanaryjskie słońce okazało się niezbyt łaskawe dla tabletowego ekranu.

Żyliśmy sobie z iPadem parę lat, aż nagle zapragnąłem poznać Androida. I kupiłem Nexusa 7. Od razu uwiódł mnie tym, że był mniejszy od iPada. Wygodniej się podróżowało z siedmioma niż z dziesięcioma calami.

Ależ mi się ten Nexus podobał! Niezwykle zachwyciły mnie na przykład androidowe możliwości udostępniania danych pomiędzy różnymi programami. A wówczas w świecie iOS-a była to dopiero pieśń odległej przyszłości.

Po jakimś czasie poczułem się jednak, delikatnie mówiąc, nieco rozczarowany. Obydwa tablety wydawały się fantastycznymi urządzeniami do czytania elektronicznej prasy. Niestety odkryłem, że wszelkim czasopismom poświęcam na tabletach znacznie mniej uwagi, niż wydaniom papierowym. Że szybko przelatuję kolejne strony i po chwili zapominam, do jakich tekstów warto wrócić.
Dotykowa klawiatura była w obu znacznie wygodniejsza, niż w moich smartfonach. Cóż z tego jednak, kiedy i tak na maile odpisywałem z telefonu albo komputera.

Oglądanie filmików z YouTubie kusiło, ale jak już miałem wystarczająco dużo czasu, aby go zmarnotrawić, to i tak wolałem pooglądać głupoty na dużym ekranie komputera.

I pewnego dnia zorientowałem się, że właściwie nie korzystam już z żadnego z moich dwóch tabletów.

Ostatnio jednak oba wygrzebałem ze stosu książek, w którym się zagubiły. Po czym zastanowiłem się, które z tych urządzeń lepiej zniosło upływ czasu.

Po latach zdecydowanie bardziej przydatny okazuje się iPad – choć jest starszy. Ale jego oprogramowanie systemowe zatrzymało się na tak wczesnym etapie, że tablet działa w miarę sprawnie. Oczywiście nie uruchomimy na nim takich ekstrawaganckich nowinek jak Apple Music, ale Evernote i Safari wciąż działają z akceptowalną – to słowo warto podkreślić – szybkością.

Niestety, nie da się tego powiedzieć o Nexusie. Ten tak się szalenie zaktualizował, że właściwie wszystko przestało w nim działać. Pierwszy dramatyczny przeskok to update do Androida 5 – wraz z nim Nexus stał się żwawy jak żółwie. Kolejne usprawnienia przywróciły mu nieco szybkości, ale nie w takim stopniu, aby dawało się z niego korzystać bez używania słów powszechnie uważanych za obelżywe.

Oba te urządzenia dzieli wciąż energetyczna przepaść – iPad nadal w stanie czuwania potrafi przeleżeć kilka tygodni, a Nexus ze dwa dni.

W rezultacie jeśli chcę coś zrobić na tablecie, to wiem, że iPad zapewne ma w dowolnym momencie wystarczająco dużo prądu, abym z nim spędził trochę czasu na kanapie. A po Nexusa nawet nie sięgam, bo z pewnością jest jak zwykle „wyczerpany”.

Nexus przypomina Tamagotchi. Zabawa z Nexusem polega na tym, że wciąż trzeba go karmić prądem. Nie sięgnę po niego co kilka dni, jeśli po drodze zapomnę o dostarczeniu mu elektrycznej strawy.

Kiedy więc przygotowuję się do jakiegoś spotkania autorskiego, sięgam po iPada. Wciąż z powodzeniem służy do czytania notatek. A Nexus najlepiej sprawdza się w jednej roli – urządzenia badającego, czy w ściennym gniazdku płynie prąd. Oba te zastosowania, biorąc pod uwagę teoretyczny potencjał urządzeń, są rzecz jasna żenujące.

Co więc porobiło się z tymi tabletami, że przestałem je kochać? Że ich sprzedaż przestała bić rekordy? Czy może – aż nie chce mi się w to wierzyć – nigdy nie potrzebowaliśmy tabletów?

Producenci niestety przekombinowali. Usiłowali doprowadzić do sytuacji, w której kupowałbym nowe tablety tak często jak smartfony. A dla mnie to urządzenia, których cykl życia powinien być bliższy telewizorom i samochodom.

Rozczarowało mnie to, że po dwóch, trzech latach tablet nadaje się już tylko do najprostszych zastosowań. Tablet miałby dla mnie znacznie większą wartość, gdyby działał tak jak Kindle – mój kilkuletni czytnik wciąż pracuje idealnie. Nic mu nie zwolniło, nic się nie przycina. Oczywiście łatwo udowodnić, że Kindle ma na tyle proste oprogramowanie, że z biegiem lat nie traci na prędkości. Ale dla mnie jakiekolwiek tłumaczenie nie ma żadnego znaczenia. Jeśli jakiś producent chciałby, żebym kupił nowy tablet, to musiałoby być to urządzenie znacznie bardziej długowieczne, niż te, których używałem dotychczas.

Na razie tablet uważam za największe elektroniczne rozczarowanie początku trzeciego tysiąclecia.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Geniusz i świnie”, „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”.Bloguje na piotrlipinski.pl. Żartuje na twitter.com/PiotrLipinski. Nowa książka „Absurdy PRL-u” w wersji papierowej oraz ebookowej.

* Grafika: Shutterstock

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement