Dziwna dieta – chudną a tyją, czyli jak w ostatnim czasie zmieniła się elektronika, z której tak chętnie korzystamy

Dziwna dieta – chudną a tyją, czyli jak w ostatnim czasie zmieniła się elektronika, z której tak chętnie korzystamy

Jeżeli chodzi o sprzęt elektroniczny, to mało kto reprezentuje wśród jego użytkowników gust „większe znaczy lepsze”. Nawet ten wypasiony 80-calowy telewizor musi być przecież cieniutki, by pozostać zgrabnym i szpanerskim. Dlaczego jednak miniaturyzacja postępuje tak powoli?

Instynktownie domyślamy się, że upakowanie większych możliwości w mniejszym opakowaniu jest trudniejsze. Wie to każdy, kto próbował się spakować w jeden plecak na długie wakacje. Dlatego też widząc przedmioty użytkowe, których klasa nie zależy od ich fizycznej siły, pożądamy tego, by były delikatne. Małe. Wiemy, że w niektórych przypadkach zapewni nam to zwykłą wygodę. Trzymanie grubego i ciężkiego notebooka na kolanach jest równie zdrowe i przyjemne co noszenie go w plecaku. W innych przypadkach zadowala nas samo łechtanie zmysłu estetycznego: powieszony na ścianie cieniutki telewizor jest synonimem luksusu i elegancji.

Problem polega na tym, że konkurencja potrafi zaskakiwać i jeżeli nie potrafi zmniejszać dalej w sposób sensowny zmniejszać rozmiaru swoich produktów, to wzbogaca je o nowe funkcje. Może się okazać, że w produkowanym przez nas cienkim telewizorze nagle musimy znaleźć miejsce na procesor i chłodzenie, bo produkty konkurencji rozbudziły apetyt konsumentów na telewizyjne aplikacje. Z kolei ekran dotykowy naszego telefonu powinien zacząć wykrywać siłę nacisku, bo mobilny lider właśnie wprowadził tę technologię do siebie. O ile zwiększysz grubość ekranu?

Nie jest sztuką zbudować superkomputer o niewyobrażalnej mocy obliczeniowej. Nie jest nawet jedyną sztuką upakowanie tej wydajności w wygodną, przenośną formę. Ważne jest również, by proces technologiczny przy produkcji tego urządzenia był na tyle tani, by móc je oferować w rozsądnej, niższej od konkurenta cenie.

A skoro już o telefonach mowa…

To wyjątkowo wdzięczny przykład, bowiem prawie każdy entuzjasta elektroniki użytkowej jest mniej lub bardziej zafascynowany tymi kieszonkowymi komputerami, które dzięki szybkiej łączności bezprzewodowej LTE pozwalają na niedrogą i wydajną komunikację z całym światem. A jeszcze dwie dekady temu, telefon komórkowy wyglądał tak:

OKI_1990_mobile_phone

Nie obsługiwał mobilnego Internetu, którego na dobrą sprawę nie było w eterze. Nie umożliwiał instalacji aplikacji z repozytoriów. Nawet nie miał dotykowego wyświetlacza i nie odtwarzał muzyki. To do czego ta wielka krowa służyła? Hm, jakby wam to powiedzieć… pamiętacie te dwie dziwne aplikacje „Telefon” i „Wiadomości” na swoich telefonach? No to właśnie do tego.

Już w rok później postanowiono jednak coś zrobić z tym absurdalnym rozmiarem. No i zrobiono. Oto Nokia 9000. Widać różnicę? Jak to nie widać? To spójrzcie jeszcze raz. Ciekawe, czy podziwiając telefon z poprzedniego zdjęcia zwróciliście uwagę na jego antenę.

nokia-9000

W kolejnym roku długie zewnętrze anteny zniknęły ostatecznie z telefonów, jednak prawdziwy krok w ewolucji nastąpił dopiero pod koniec ubiegłego tysiąclecia. Telefony komórkowe przestały wyglądać jak materiał budulcowy. Miniaturyzacja postępowała, a te zaczęły być kompaktowe, poręczne i… ładne. To one ostatecznie ustaliły rozmiar typowego telefonu, komfortowego do użytkowania w jednej dłoni i mieszczącego się bez wysiłku w kieszeni marynarki. I choć po dziś dzień producenci nadal eksperymentują z telefonami w formie tabletów lub zegarków, tak od tamtej pory, po dziś dzień, wyścig zbrojeń dotyczy głównie możliwości (przez niektórych mylnie przekładanych bezpośrednio na wydajność), jakie urządzenie zapewnia. Innymi słowy, do tej samej obudowy zaczęli mieścić więcej i więcej elementów.

A umieszczać w nich było co. W 2002 roku Nokia zaprezentowała przełomowy telefon 7650, który miał kolorowy wyświetlacz (!) i, uwaga uwaga, aparat fotograficzny. Co prawda tylko 0,3 megapiksela, ale aparat w telefonie! Każdy producent zrozumiał, że od tej pory to będzie wymagane w każdym urządzeniu i że muszą w niewielkich obudowach telefonów znaleźć miejsce na obiektyw i matrycę. Inni z kolei uznali, że jeden wyświetlacz w telefonie to zdecydowanie za mało Pamiętacie Samsunga S300 z dwoma wyświetlaczami? Czy do dziś wyznaczającą standardy elegancji cieniutką Motorolę V3

Na tym jednak nie poprzestano. Miniaturyzacja pozwoliła na wchłonięcie kolejnej kategorii urządzeń i przeniesienie jej do telefonów. Chodzi tu o kieszonkowe odtwarzacze muzyczne. Sony Walkman W800i z 2005 roku uczynił dokładnie to, co w 2002 roku zrobiła Nokia. Telefon musiał też od tej pory pełnić rolę sprawnego i wygodnego odtwarzacza muzyki obsługującego karty pamięci.


Niektórzy mieli jeszcze wyższe ambicje. Pamiętacie być może telefon HTC sprzedawany w Polsce pod nazwą „Era G1 z Google”? Pierwszy smartfon z Androidem, a więc znacznie bardziej rozbudowanym systemem od większości rozwiązań na rynku, w swojej relatywnie niewielkiej obudowie mieścił nawet… wysuwaną klawiaturę QWERTY.

Nie tylko użyteczność

Rozmiar telefonów wynika z ergonomii i zdrowego rozsądku. Są jednak urządzenia, które starają się być coraz większe a zarazem sprawiające wrażenie coraz mniejszych. Bo tak jest… ładniej. Oczywiście na samym początku chodziło też o ilość zajmowanego miejsca przez to urządzenia, ale aktualnie od dawna chodzi przede wszystkim o wzornictwo. Mowa tu, rzecz jasna, o telewizorach.

Dzisiejszy, relatywnie niedrogi telewizor ma przekątną 40-50 cali, jest cienki na centymetry i ma w sobie wbudowany komputer, dzięki czemu nie potrzebujesz nawet podłączać do niego anteny telewizyjnej. Wystarczy podpiąć się pod Wi-Fi, zainstalować nowoczesną aplikację telewizyjną, jak na przykład IPLA, i zacząć zabawę. A zaczęło się od czegoś takiego:

 

Autor zdjęcia: "Fletcher6"
Autor zdjęcia: „Fletcher6”

Zaprezentowane w latach dwudziestych ubiegłego wieku telewizory właściwie w niczym nie przypominały dzisiejszych rozwiązań. Dopiero po drugiej wojnie światowej w ogóle zaczęły trafiać pod strzechy. W formie wielkich szaf z maleńkim wyświetlaczem w formie kineskopu z działem elektronowym. Technologia nie pozwalała na nic lepszego ale już wtedy zaczęły pojawiać się innowacje, takie jak wprowadzenie obsługi kolorowych transmisji telewizyjnych.

W latach siedemdziesiątych nastąpił prawdziwy przełom. Dzięki optymalizacji procesów technologicznych można było budować coraz większe (pod względem przekątnej) kineskopy z coraz mniejszym objętościowo osprzętem. Zmiany w rozmiarze były na tyle duże, że telewizory zaczęto rozszerzać o dodatkowe możliwości. Było wiele eksperymentów, ale do najbardziej udanych należy integracja odtwarzacza VHS (a z czasem DVD) w obudowie urządzenia.

sony-trinitron

Przełom ostateczny nastąpił w pierwszej dekadzie XXI wieku. Wyświetlacze ciekłokrystaliczne zapewniły telewizorom nie tylko zadowalające parametry energetyczne przy oferowanej przekątnej obrazu, nie tylko rozdzielczość HD, ale również i brak wielkiego kineskopu. Kilka centymetrów grubości przy kilkudziesięciu centymetrach przekątnej, pod względem wygody i użyteczności, to wystarczająco niewiele. Ale po co się ograniczać?

Tuż przed drugą wojną światową, za 12-calowy telewizor płaciliśmy (po uwzględnieniu inflacji) około 7500 dolarów. Telewizor wielkości szafy. Dziś kupimy za te pieniądze 50-calowy telewizor OLED, który wyświetla obraz w rozdzielczości 4K, który obsługuje dane poprzez złącza USB i który samodzielnie łączy się z Internetem i stamtąd pobiera interesujące nas treści. Grubość? Kilka centymetrów to przecież strasznie dużo. Poniżej jednego centymetra? To już jest coś!

Miniaturyzacja nie zniknie, choć nabierze nieco innej formy

Tymczasowe trendy niejednokrotnie wydają się przeczyć tezie, że miniaturyzacja postępuje. Zwróćmy uwagę na tablety takie, jak LG G Pad 10.1, które dzięki swojemu pięknemu, dużemu ekranowi są idealne do strumieniowania za pomocą LTE treści wideo z IPLA czy jej podobnych (a wiecie, że Plus oferuje nie tylko znakomitą umowę na LTE, ale również właśnie multimedialne treści z IPLI i HBO GO bez naliczania transferu danych). To całkiem spory tablet, nieprawdaż? Zwróćmy jednak uwagę co właściwie on zawiera, jakie podzespoły, jaki akumulator i jaką technologię ekranu.

Jest większy w formie, to prawda. Ale jest też dziełem dobrej sztuki inżynieryjnej: jego projektanci zdołali w duże, choć cienkie i lekkie urządzenie upakować jeszcze więcej jeszcze sprawniejszych podzespołów, wykorzystując coraz to nowsze, kilkunastonanometrowe procesy technologiczne.

Surface-Pro-3-Businesses

Bo nawet cienkie klienty, polegające właściwie całkowicie na tym, co zapewnia im chmura przy bezprzewodowej łączności czwartej, najnowszej generacji powinny sprawnie lokalnie przetwarzać elementy, których przetworzenie nie cierpi jakiejkolwiek zwłoki (na przykład symulacja fizyki w grach wideo), powinny mieć piękne wyświetlacze, potężny akumulator a przy tym być lekkie, poręczne i zgrabne. I jak najtańsze. Dlatego też za każdym razem, jak widzę nowego Galaxy Tab S2, iPhone’a, nowe laptopy HP czy nawet niedrogie a i tak funkcjonalne tablety Huawei, nie widzę tylko megaherców i gigabajtów, a widzę też ile wysiłku włożono w to, by rozłożenie masy, energooszczędność była równie istotna, a całość równie zgrabna i poręczna. Widzieliście malutki rzutnik ZTE Spro2, który, poza realizowaniem swojej oczywistej funkcji, mieści w sobie „bebechy” porządnego smartfonu z ekranem dotykowym włącznie? Kosmos!

Stworzenie superkomputera za miliony dolarów jest banalnie proste. Stworzenie komputera mieszczącego się w kieszeni jeansowej, który nie wymaga dostępu do zasilania przez kilkanaście godzin i który kosztuje tych dolarów czterysta… to jest coś, co dużo bardziej fascynuje mojego małego, wewnętrznego nerda.

* Grafika: Shutterstock

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement