Apple Music mną wstrząsnęło, czyli o rewolucji na miarę pojawienia się smartfonów

Felieton/Technologie 19.07.2015
Apple Music mną wstrząsnęło, czyli o rewolucji na miarę pojawienia się smartfonów

Wstrząsnęło mną Apple Music. A nawet całym mieszkaniem.

Dawno już nie poczułem takiego dudnienia – chyba od czasów, kiedy kupiłem swój subwoofer. Bo nie mówcie mi, że Apple Music nie wniósł niczego do streamingu muzyki. Przecież zaatakował takim basem, jakiego nie słyszałem u żadnego z konkurentów. Powalił mnie nim i przeturlał po podłodze.

Właśnie przeczytałem, że Neil Young wycofuje swoją muzykę ze streamingowych serwisów. I – jak zapewnia – nie chodzi o pieniądze. Young jest rozczarowany jakością, w jakiej oferowana jest muzyka. To dość ważny głos. Bo choć nie podzielam opinii Younga, że serwisy streamingowe prezentują muzykę w najgorszej jakości w historii nadawania, to uważam, że powinny poważniej zwrócić uwagę nie tyle na poszerzanie katalogów, co właśnie na coraz lepszą jakość dźwięku. To dość trudne nie tylko ze względu na kompresję, ale też na sprzęt używany do słuchania. Kiedy podbijemy skrajne pasma, muzyka zabrzmi lepiej na kiepskim komputerowym sprzęcie albo na smartfonach. Ale ten zabieg zostanie bezlitośnie obnażony przez trochę lepszy stacjonarny sprzęt audio.

I to jest zdaje się przypadek Apple Music.

Zacząłem słuchać radia Beats 1, żeby być modnym i superoszczędnym – to jedyne, z czego da się w Apple Music skorzystać nawet bez uruchamiania testowego, trzymiesięcznego okresu próbnego.

Włączyłem radio Beats 1 i poczułem się, jakbym gratis dostał słynne słuchawki Beats Audio. Te szczególnie w swoich wczesnych wersjach brzmiały w charakterystyczny sposób, mocno podkreślający basy. Jednym się to podobało, inni tego nie znosili. Jedni wolą blondynki, inni blondynki i brunetki. Radio Beats 1 brzmi na każdym moim sprzęcie w sposób, który powinien zachwycić Dr. Dre. Bo wszyscy Apple’owcy to dziś jedna beatsowa rodzina.

apple music

Początkowo takie brzmienie wydaje się nawet ciekawsze, bardziej dynamiczne, niż w innych serwisach streamingowych. Dzięki temu wydaje się, że jakoś dźwięku w Apple Music jest lepsza. Niestety, ta radość przemija po kilka dniach. Podobno nawet „Michałki” potrafią się znudzić, o ile tylko pożeramy je w nadmiarze. Brzmienie radia Beats 1 przypomina produkt, który pięknie mieni się na półce sklepowej, żeby złapać klienta, ale po zakupie zachwyt niestety mija.

Dokładnie taką drogę przebyłem w przypadku radia Beats 1.

Początkowo słuchanie wydało mi się odświeżającym doznaniem w porównaniu ze Spotify, który pod względem dynamiki zawsze wydawał mi się nawet odrobinę gorszy od Deezera. Ale po kilku dniach coraz rzadziej włączałem Beats 1. To brzmienie po prostu odczuwałem jako coraz bardziej nachalne.

Przez jakiś czas nawet specjalnie sprawdzałem swoje odczucia, przełączając się między Beats 1 a radiem Hip-Hop w Spotify. Dość szybko brzmienie Beats 1, które hip-hopem stoi, znudziło mi się, wydało się równie naturalne jak raper bez złotego łańcucha.
Sprawdzałem i na słuchawkach i na komputerowych głośnikach, podłączonych do wzmacniacza. Bas wciąż mnie zalewał.

Na razie nie wypróbowałem reszty Apple Music, ale w sieci trafiłem na głosy ludzi, którzy mieli wrażenie, że Apple gdzie tylko się da „wzbogaca” dźwięk. A sam tego nie sprawdziłem z prostego powodu – Tidal zaproponował mi tymczasem, jako byłem użytkownikowi WIMP-a trzymiesięczny darmowy okres próbny. Piękna oferta! Reszta Apple Music musi więc jeszcze trochę na mnie poczekać. Sprawdzę dokładniej za jakiś czas. Może jak Apple posprząta w iTunes? Wszedłem do tego programu pierwszy raz od bardzo dawna i z pewnym zaskoczeniem odkryłem, że pod względem obsługi Apple osiągnęło dawny poziom Microsoftu, który pozwalał wyłączać Windowsy na tysiąc i dwa sposoby.

apple-music-ecosystem

Porównuję tutaj jakość brzmienia różnych serwisów streamingowych, a przecież człowiek nie powinien się poważać na żonglowanie nimi. Gdy ponad dwa lata temu zacząłem używać Deezera, bardzo się bałem, że kiedyś, z jakiegoś przerażającego powodu, będę musiał przejść do Spotify albo WIMP-a. Przepadnie z tego powodu cała moja muzyka i już nigdy nie posłucham moich nowoodkrytych wykonawców. Przerażająca perspektywa! To gorsze, niż gdybym został prezydentem. Wiecie, jak cholernie wcześnie musi wstawać prezydent, szczególnie gdy leci gdzieś w świat? I tak niemal dzień po dniu. A ja w tym czasie z przyjemnością przytulam się do mojej poduszki i nie mam w perspektywie całego dnia, podczas którego będę musiał witać się z tłumem nieznanych osób, udając zainteresowanie ich losem.

Pewnie każdy w jakimś stopniu boi się takich muzycznych przenosin.

Bo znikną nasze playlisty, bo może zabraknąć jakiś albumów, które lubimy. Ale po przewędrowaniu między Deezerem, WIMP-em i Spotify widzę, że takie zmiany to żaden problem. Powiem nawet więcej – przeprowadzki są znakomite. Dość szybko okazuje się, że takie wędrówki okazują się odświeżającym doznaniem.

Radość z serwisów streamingowych polega nie tylko na tym, że za niewygórowaną kwotę dostajemy dostęp do wielkich katalogów muzyki. Dodatkowa wartość to rekomendacje muzyczne, proponowane na podstawie naszych gustów. Dzięki nim poznałem już całkiem sporo nowych artystów, na których pewnie w inny sposób nigdy bym nie trafił.

Ale niestety związana z tym jest pewna niedogodność. W moim przypadku po kilku miesiącach kolejne rekomendacje okazują się coraz bardziej schematyczne. W Spotify coraz rzadziej zaglądam do zakładki „Okrywaj”, bo od dłuższego czasu nie znajduję w niej niczego dla siebie. Wydaje mi się, że pod tym względem mądrzejszy był Deezer, lepiej trafiał w moje gusty, choć z czasem też stawał się coraz bardziej sztampowy.

Sądząc z zakładki „Nowe wydania” w Spotify, całkiem niedawno powstał zespół AC/DC i od razu wydał kilka płyt.

Na tyle odkrywczych, że Spotify zachwala mi je już od miesiąca. Rozumiem, że pozyskanie do katalogu AC/DC to osiągnięcie, które należy podkreślić. Ale ile można! To zresztą przypadek nie tylko AC/DC. Sądząc po „Nowych wydaniach” na świecie miesięcznie wychodzi z dziesięć płyt. Spotify częściej aktualizuje swój program, niż aktualizuje nowości muzyczne.

apple-music-streaming

Oczywiście cudów nie ma – chyba że ktoś w nie wierzy. Automapa nie zbuduje nowych dróg, może tylko poprowadzić mniej zakorkowanymi objazdami. Deezer ani Spotify nie skomponują nowej muzyki, które mnie zachwyci. Starają się jak mogą ale po pewnym czasie mój związek z nimi przypomina miłość z rozsądku. Wtedy – mam wrażenie – dobrze podjąć mężną decyzję i rzucić się w objęcia konkurencji. Wszystko jedno jakiej – najważniejsze, że innej.

Nie boję się już, że po przeprowadzce znikną moje ulubione płyty. Pink Floyd wciąż grają wszędzie. Nie jestem też przywiązany do playlist. A większość ulubionych płyt i tak prawdopodobnie znajdę wszędzie. W ostateczności odpalę mój mały komputer, na którym przetrzymuję kolekcję zgranych CD. Ów komputer pewnie bardzo się ucieszy, bo go nie dotykałem już kilka miesięcy. Musi w głębi swej cyfrowej duszy nienawidzić Spotify.

Serwisy streamingowe to jak dla mnie rewolucja na miarę pojawienia się smartfonów.

Mądre „komórki” zmieniły sposób życia mnóstwa ludzi, tak jak serwisy streamingowe wpływają na życie melomanów. Smartfony wymieniamy mniej więcej co dwa lata. Może powinniśmy też cyklicznie zmieniać serwisy streamingowe?

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje na PiotrLipinski.pl. Żartuje na Twitterze @PiotrLipinski. Nowa książka „Geniusz i świnie” – o Jacku Karpińskim, wybitnym informatyku, który w latach PRL hodował świnie – w wersji papierowej oraz ebookowej.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement