Mój MacBook to wciąż mój ulubiony gadżet

Felieton/Sprzęt 24.06.2015
Mój MacBook to wciąż mój ulubiony gadżet

Taka sytuacja: instalując wczoraj drugą betę najnowszego systemu operacyjnego OS X El Capitan zdałem sobie sprawę z tego, że MacBook to wciąż mój ulubiony gadżet.

Ci, którzy czytają mnie od dawna, dobrze wiedzą, że jestem gorącym orędownikiem tzw. ery post-pc. Dla mnie to oczywiste, że dziś najwięcej poweru jest właśnie na rynku urządzeń mobilnych. To tam jest najwięcej kapitału, zasobów ludzkich oraz know-how, co powoduje, że to dziś centralny rynek technologiczny.

Smartfon to dla gigantycznej liczby osób najważniejsze urządzenie komputerowe. Zaliczam się do tej grupy – uważam, że żaden inny gadżet nie zmienił mojego życia tak dramatycznie jak kawałek elektroniki w klapie marynarki. Obietnica ‚internetu w kieszeni’, z którą ruszał na podbój iPhone, zmieniła pracę i rozrywkę w sposób niezwykle dramatyczny. Zmienia też nie do poznania stosunki międzyludzkie – jak bardzo, to pewnie będziemy w stanie oszacować dopiero za jakiś czas.

Mimo to, ja wciąż najbardziej lubię swojego Maka.

I jak tak patrzę na niego, to wydaje mi się, że to jest jedyne urządzenie komputerowe, którego nie mógłbym zamienić na inne bez uszczerbku na komforcie i zadowoleniu.

iPhone’a spokojnie mogę odstawić i używać Samsunga Galaxy S6, czy którejś z dużych Lumi i doświadczenia z korzystania z nich będą podobne. Apple Watcha też mógłbym wymienić nie tylko na jeden z zegarków na Android Wear, lecz pewnie na Withings Activite i większej różnicy bym nie widział. Maka nie.

Mac nie ma dla mnie żadnej konkurencji. Windows jest dla mnie systemem ultra nieprzyjaznym, takim, który jest trudny w obsłudze, często nielogiczny przy nawigacji oraz taki, który bez przerwy ma jakieś problemy. Chromebooki to wciąż zbyt ograniczone komputery, by brać je na poważnie. Zresztą w większości przypadków nie należą do najładniej zaprojektowanych i wykonanych komputerów.

Bo nie oszukujmy się – niezwykle ważną kwestią jest też dla mnie estetyka urządzenia. Mój Mac nie ma po prostu konkurencji pod względem wyglądu, materiałów wykończeniowych, czy ogólnie przyjemności patrzenia na niego.

Stąd mnie najbardziej cieszą nowości i usprawnienia w systemie operacyjnym OS X na moim MacBooku Pro. Bety iOS nawet nie instaluję, bo szkoda mi nie tyle nerwów, co nie jest to dla mnie na tyle ciekawe, by akceptować niedoróbki.

System na Maku instaluję w pierwszej dostępnej dla mnie wersji – czy to alfa, czy beta, nieważne. Instaluję na głównym komputerze bez zastanowienia i bez patrzenia na to, które z moich aplikacji będą na nim działać. Nie mogę się po prostu powstrzymać przed dorwaniem się do nowości.

Nie mam jednak wątpliwości, że znaczenie komputerów osobistych będzie malało z sezonu na sezon. Od dawna widać, że dla Apple’a ważniejszy jest iOS – to jemu więcej czasu poświęca przy swoich prezentacjach medialnych, dla niego organizuje częściej konferencje. Nie zapominajmy, że dziś najpopularniejszym systemem operacyjnym jest z kolei Android – to on jest główną platformą deweloperską, w której za chwilę będą też największe pieniądze na rynku. Microsoft też więcej wydaje się dziś robić w kwestiach łączenia swoich usług mobilnych w jedną wielką przejrzystą strategię aniżeli w rozwijaniu dużego Windowsa, który tapla się w wiecznych niedoróbkach.

Zawsze mi się wydawało, że jestem człowiekiem, który zafascynowany jest tym, co najnowsze. Zawsze byłem też tzw. early-adopterem, łykałem nowości i potrafiłem w mig ocenić ich potencjał.

Tymczasem od jakiegoś czasu łapię się na tym, że nie rozumiem nowych fenomenów.

Nie jara mnie Snapchat, nie bawi Periscope. Nawet YouTube’a nie rozumiem – podobają mi się tam rzeczy, które niestety nie zyskują popularności.

Podobnie jest z urządzeniami komputerowymi. Jakoś nie podniecają mnie Oculus Rift, czy HoloLens, nie chce mi się instalować wspomnianej bety iOS na iPhonie.

Dla mnie wciąż najfajniejszy jest komputer; w moim przypadku oczywiście Mac.

Advertisement

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement