Mój kolega wysłał najdroższego w swoim życiu sms-a. W cenie samochodu

Felieton/Motoryzacja 14.06.2015
Mój kolega wysłał najdroższego w swoim życiu sms-a. W cenie samochodu

Mój kolega wysłał najdroższego w swoim życiu sms-a. W cenie samochodu.

Wcale nie został naciągnięty na jakiś absurdalny konkurs. Przeciwnie – sam się wygłupił. Prowadził auto i odpisywał na czyjąś wiadomość. Był tak pochłonięty treścią, że nie zauważył, jak wjeżdża pod tył TIR-a, który zatrzymał się na światłach.

Koledze, TIR-owi, jego kierowcy a nawet smartfonowi nic się nie stało. Za to samochód mojego znajomego nadawał się już tylko do kasacji. Jak widać, wysyłanie sms-ów niesie ze sobą czasami dodatkowe koszty.
Przed weekendem bożociałowym usłyszałem w radiu, że według policji nawet co czwarty wypadek spowodowany jest przez korzystanie z „komórek” podczas prowadzenia samochodu. Policja planowała zintensyfikowanie kontroli. O ile rzecz jasna można intensyfikować coś, czego się w ogóle nie robi.

Mam wrażenie, że przepis mówiący o obowiązku używania zestawów głośnomówiących jest równie martwy, jak martwy pozostaje Lenin, który miał być wiecznie żywy. Policja z syzyfowym uporem koncentruje się na ściganiu osób przekraczających dozwoloną prędkość, a nie zwraca uwagi na tych, którzy wymachują swoim „komórkami” siedząc za kierownicą. Obowiązek używania zestawów głośnomówiących stał się martwym prawem.

Jest to o tyle dziwne, że przecież coraz więcej osób ma standardowo zamontowany w aucie zestaw głośnomówiący. Może nie potrafią go uruchomić? Mój dealer samochodowy od razu skonfigurował zestaw w aucie tak, żeby działał ze wszystkimi rodzinnymi telefonami. Ale akurat ów sprzedawca podchodził niesamowicie pieczołowicie do sprawy, szkolenie z używania nowego auta trwało z godzinę.

shutterstock_228217468

Pod względem samochodowych rozmów z roku na rok jest coraz gorzej

– tak przynajmniej wynika z moich całkowicie nienaukowych obserwacji. Ja po prostu coraz bardziej boję się każdego, kogo zauważę za kierownicą ze słuchawką przy uchu. Moje obawy są podświadomie uzasadnione – najczęściej z zagrożeniem na drodze spotykam się właśnie ze strony osób, które prowadzą samochód i jednocześnie trzymają słuchawkę przy uchu. Kiedy widzę takiego kierowcę, odruchowo spinam się oczekując, że za chwilę wykona jakiś dziwny manewr. I niestety dość często mam rację.

Nie neguję, że ze statystyk wynika, iż większość wypadków wynika z przekraczania dozwolonej prędkości i ze spożywania alkoholu. Do statystyk moglibyśmy dodać kolor aut powodujących kolizję i wyszłoby nam na przykład, że większość wypadków powodują auta w kolorze białym. Może więc powinniśmy zabronić jeździć białymi samochodami? Nie przerażają mnie rosnące restrykcje wobec kierowców znacznie przekraczających dozwoloną prędkość.

I tak od dawna jeżdżę dość wolno.

Dziwi mnie tylko koncentrowanie się akurat na prędkości i alkoholu, gdy gołym okiem widzę, co na ulicach wyczyniają kierowcy z telefonami przy uchu.

Oczywiście nawet rozmowa prowadzona przez zestaw głośnomówiący rozprasza. I prawdę mówiąc nie miałbym nic przeciwko temu, żeby prawo zabroniło mi, gdy jestem kierowcą, w ogóle prowadzenia rozmów telefonicznych. Dajcie już spokój z tą nowoczesnością, wszystkim by nam lepiej się żyło, gdybyśmy nie mogli rozmawiać prowadząc samochody. Mielibyśmy przynajmniej więcej świętego spokoju. Dziś już kierowcy nie mogą nawet dłubać w nosie, bo im brakuje wolnej ręki.

Tylko że to niebezpieczny sposób myślenia. Może w takim razie kierowca nie powinien też odzywać się do pasażera? Kiedyś w PKS-ach wisiały tabliczki (a może nawet nadal wiszą): „Rozmowa z kierowcą w czasie jazdy zabroniona”. Nie uda się jednak skutecznie zabronić kierowcy rozmawiać – ani nawet kłócić – z pasażerami. I co jakiś czas kierowca autobusu przez taką pogawędkę spowoduje kolizję. Prawo jednak nie może samo siebie ośmieszać, gdy z góry wiadomo, że nie uda się go wyegzekwować. Łatwo bowiem ulec pokusie regulowanie największych życiowych drobiazgów. Ale ktoś potem musi pilnować przestrzegania przepisów, a martwe prawo służy ludziom jeszcze gorzej, niż brak prawa. Przyzwyczaja bowiem do lekceważenia obowiązujących norm.

Prawo ma to do siebie, że zawsze z trudem nadąża za zmieniającą się rzeczywistością. To szczególnie widać w ostatnich dziesięcioleciach, kiedy z roku na rok mnożą się nowe technologie, nad którymi ustawodawca pochyla się ze sporym opóźnieniem.

Prawo i technologie tworzą niezbyt zgrany duet.

Prawo ze swojej natury powinno być jak najbardziej stabilne, bo człowieka nie należy co miesiąc poddawać nowym restrykcjom. A technologie muszą zmieniać się w szalonym tempie, żeby napędzać naszą cywilizację.

Kiedy kończyłem prawo na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego wieku żartowałem, że nie powinienem dostać dyplomu magistra prawa, ale magistra historii prawa. W Polsce akurat przeżywaliśmy ten fantastyczny okres, gdy upadał komunizm a rodziła się demokracja i kapitalizm. Nagle na przykład znaczenia nabrał przedwojenny kodeks handlowy, którym w czasach PRL-u w ogóle się nie posługiwano – i właściwie w ogóle mnie o nim nie uczono. Z naszego prawa konstytucyjnego zniknęła Rada Państwa, pojawił się prezydent. Potem w prawie karnym zniesiono karę śmierci a wprowadzono dożywocie.

W ciągu paru lat zmieniła się masa przepisów. Ale poza okresami rewolucji – a taką bezkrwawą rewolucją był przecież rok 1989 – lepiej, żeby prawo nie zmieniało się zbyt często. Człowiek powinien mieć poczucie życia w ustabilizowanej rzeczywistości. Jednak nowoczesne technologie idą wbrew takiej stałości – w ich przypadku od dawna mamy poczucie, że prawo dostosowuje się do nich ze sporym opóźnieniem.

Wiele osób w Polsce cyfrowo nękano, zanim w prawie pojawiło się pojęcie stalkingu. A ile firm na przełomie wspomnianych lat 80. i 90. legalnie wzbogaciło się na sprzedaży nielicencjonowanych kaset magnetofonowych z muzyką, zanim jeszcze prawo zaczęło tępić „piractwo”? Ale też Polska tamtego okresu była czymś w rodzaju Dzikiego Zachodu – prawo niby obowiązywało, ale jego egzekwowanie pozostawiało sporo do życzenia. Sprawy w sądach ślimaczyły się niemiłosiernie.

Nawet nie ma się czego szczególnie wstydzić – wszędzie na świecie kapitalizm w swoim czasie rodził się w taki nieokrzesany sposób. Często na pograniczu prawa, często wbrew niemu. Ale oczywiście na dłuższą metę nie można tak funkcjonować. Ludzie po prostu potrzebują prawa, żeby sobie wzajemnie nie przeszkadzać w życiu. Stara zasada demokracji mówi bowiem, że wolność machania pięścią kończy się przed moim nosem.
Drobiazgowe porządkowanie życia może prowadzić jednak do absurdalnych regulacji, czego modelowym przykładem jest Singapur. Tabliczki z masą zakazów wiszą na każdym kroku. Skoro władze nie potrafiły poradzić sobie z przyklejanymi wszędzie gumami do żucia, to po prostu zakazano sprzedawania ich w Singapurze. Poczucie praworządności silnie wzmacnia kara chłosty. W efekcie możesz w hotelu na krześle zostawić wypchany portfel i jak wrócisz za godzinę, to masz niemal stuprocentową pewność, że go odnajdziesz w nienaruszonym stanie. Ale jak się bliżej przyjrzeć, to dostrzeże się też ciemną stronę państwa-miasta, które miało być wzorem praworządności. Możesz udać się na zakupy elektroniki i masz sporą szansę, że zostaniesz wykantowany. A wieczorem w restauracji spotkasz pana handlującego podróbkami Rolexów i Ray-Banów.

Dziś możemy narzekać, że prawo nie nadążą za technologiami. Obawiam się, że tak już pozostanie przez wiele lat. Chyba, że nam prawo zaczną układać same komputery. A egzekwować drony i inne roboty.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje na PiotrLipinski.pl. Żartuje na Twitterze @PiotrLipinski. Nowa książka „Geniusz i świnie” – o Jacku Karpińskim, wybitnym informatyku, który w latach PRL hodował świnie – w wersji papierowej oraz ebookowej.

* grafiki: Shutterstock

Dołącz do dyskusji

Advertisement