Gdzie się kończy wolność, tam zaczyna się skandal

Artykuł/Technologie 02.05.2015
Gdzie się kończy wolność, tam zaczyna się skandal

Autorka jest redaktor prowadzącą sPlay.pl – bloga poświęconego cyfrowej rozrywce.

Wydawać by się mogło, że już nic nas nie zdziwi. Naczytaliśmy się tyle kontrowersyjnych opinii, zobaczyliśmy tyle drastycznych zdjęć, że obok kolejnej „szokującej” wypowiedzi czy fotografii przejdziemy obojętnie. Tymczasem nie, co być może jest sygnałem, że mimo powszechnej opinii nie dopadła nas jeszcze wszystkich znieczulica. Problem jednak w tym, że szokują nas rzeczy coraz bardziej błahe. Konsekwentnie uciekamy w stronę coraz większej poprawności społecznej, politycznej.

Żebyśmy się dobrze zrozumieli, nie lobbuje tutaj za tym, by promować postawy niezgodne z prawem. Nie będę mieszać się w politykę i nie chodzi mi tutaj o to, by kogoś skrzywdzić, ale by móc nazywać rzeczy po imieniu i nie popadać w skrajności.

Coraz bardziej, z roku na rok, próbujemy – jako społeczeństwo – żyć tak, by nie urazić nikogo i nikomu nie podpaść. Nie da się żyć w zgodzie ze wszystkimi i dziwi mnie to, że jeszcze nie każdy tak naprawdę zdaje sobie z tego sprawę. Jest mnóstwo podjudzaczy, których życiową misją jest wkładanie kija w mrowisko. A potem wy tańczycie jak wam zagrają. Ale jeszcze gorsze jest chyba posługiwanie się tą samą bronią, którą chce się zwalczyć, a takich przypadków jest sporo, choć one same chyba o tym nie wiedzą.

Ostatnio burzę w mediach wywołała kampania reklamowa z hasłem „Are you beach body ready?”.

Na żółtym billboardzie widnieje młoda atrakcyjna blondynka ze smukłym, wysportowanym ciałem ubrana w bikini. Wszyscy jak jeden mąż poczuli się urażeni taką promocją marki Protein World. Całość została uznana za seksistowską, hołdującą patriarchatowi, obraźliwą dla dodatkowego kilograma tłuszczu każdej istoty na świecie. W ramach buntu i alternatywy powstał fanpage Eachbodysready, na Twitterze i Facebooku pojawiają się liczne fotografie protestujących, którzy prezentują m. in. swoje skąpo ubrane ciała gotowe na plażę, choć niekoniecznie spełniające „wymagania” omawianej reklamy.

Rozumiem oburzenie, rozumiem riposty w tonie – moje ciało jest moje a nie do zadowalania innych i moje ciało jest gotowe na plażę, kiedy na niej jestem.

Ale czy to oburzenie nie jest trochę święte?

Przecież każdy chce z nas estetycznie wyglądać. Nie upieram się, że każdy rozumie to samo przez ładny wygląd, ale nawet jeśli modelka miałaby więcej kilogramów, była przedstawicielką nurtu „plus size”, także musiałaby mieć jędrne ciało i też wyretuszowano by zdjęcie, na którym się znajduje.

Coś jest głęboko nie w porządku, kiedy atrakcyjną kobietę na billboardzie uznajemy jako atak na nas samych. Założę się, że gdyby na fotografii znalazła się taka Tess Holliday odezwałyby się głosy, mówiące o promowaniu otyłości czy inne brednie. Zastanawiam się po prawdzie o co tyle hałasu. Przecież to tylko kolejny plakat ze szczupłą modelką. O jeden za dużo? Czy bojkotujemy każdą akcję odchudzania się przed nadejściem tzw. „sezonu bikini” i przy okazji każdą okładkę „Shape’a”? Czy nie staliśmy się za nadto wrażliwi i w każdym geście, który – idąc tym tropem rozumowania – wyklucza osoby o innym kolorze skóry (bo właściwie czemu na zdjęciu jest biała kobieta?), płci (hej, dlaczego to nie on ma dobrze wyglądać?!), religii, dopatrujemy się ataku.

Czy szczupłe kobiety, które dbają o formę, mają się czuć zaszczute, bo my mamy grubszy od nich tyłek i o parę centymetrów za dużo w udach?

Rozumiem, że to reakcje na tę kampanię są wynikiem szerokiego i skomplikowanego problemu dyskryminacji niektórych środowisk i być może trafniejsza byłaby reklama, zawierająca nie tylko szczupłą blondynkę a także inne osoby, aby pokazać różnorodność społeczeństwa. Ale nie dajmy się zwariować. Reklama miała na celu wypromować konkretny produkt, który miał też trafić do określonego targetu. To nie było wszczęcie wojny z tymi, którzy odbiegają od kanonu piękna.

Zawsze znajdzie się ktoś, komu nie spodoba się jakaś treść, kto rozpęta burzę z wydawałoby się błahej rzeczy. Albo kto będzie walczył tą samą bronią, którą chce wytrącić z dłoni przeciwnikowi.

Tak działo się zresztą całkiem niedawno temu, kiedy koło w sieci zatoczył wpis Hani Es. o tym, że większość ludzi jest obleśna (i głupia, dodajmy). Nie odwołując się już do merytorycznej zawartości wpisu, bo już wielu było takich co próbowało ogrzać się w blasku kominka, zwróćmy uwagę na komentarze, które się pojawiały. Jadowi, nietaktownym uwagom personalnym nie było końca. Hania miała zginąć od miecza, którym wojowała i chyba trochę się to wszystkim oburzonym udało zdziałać. Tylko właściwie dlaczego ktoś jeszcze przejął się tymi osądami w tekście?

Everyone the time is now! Last time we protested we were a tiny disorganised few – now we are many many many and so…

Posted by Eachbodysready on 26 kwietnia 2015

Nie chcemy zrozumieć, że oprócz naszej wizji świata istnieje jakaś alternatywna, choćby ta twojego sąsiada. Nie chcemy obrazić nikogo i marzymy o tym, by każdy czuł się równy, ale nadając na szczupłą laskę i podsuwając w zamian grubaskę, puszystą kobietę czy tę przy kości, dyskredytujemy napięte pośladki i jędrne uda. Dlaczego to, co seksowne i atrakcyjne ma być złe? I dlaczego jest to utożsamiane z patriarchatem, brakiem szacunku do kogokolwiek?

Bałagan jaki towarzyszy tej szemranej logice jest dla mnie zadziwiający.

Wolnością słowa nie jest pokazywanie tego, co się chce, ale tego co wypada. A cholera, tego już nawet nie wiadomo, bo zawsze jesteśmy o krok od skandalu.

Autorka jest redaktor prowadzącą sPlay.pl – bloga poświęconego cyfrowej rozrywce.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement