Tidal to serwis jednego procenta. Nie z Wall Street, ale z branży muzycznej

Felieton/Technologie 02.04.2015
Tidal to serwis jednego procenta. Nie z Wall Street, ale z branży muzycznej

Oglądam wideo zapowiadające Tidal, serwis streamingowy “od gwiazd”. Na wideo osoby, które kojarzę, bo wpychają się wszędzie, opowiadają zdawkowo jak tworzą historię, uwolnią kreatywność, przejmują stery przyszłości muzycznej. Nicky Minaj – ta od anakondy i śpiewania o wielkich tyłkach – mówi, że będzie wspaniale. Madonna za to – ta sama, która porzuciła robienie muzyki na rzecz wpisywania się w trend przeprodukowanych popowych sztucznych i przeseksualizowanych kawałków – wspomina o powrocie sztuki, człowieczeństwie, które potrzebuje sztuki. Przepraszam, ja wysiadam z tego elitarnego, bijącego blaskiem postprodukcji i fejmu pociągu.

Prawdziwe Gwiazdy nie lubią Spotify czy Deezera. Prawdziwe Gwiazdy dyktują warunki. W końcu władzę nad umysłami i marzeniami zwykłych ludzi, takich jak my, mają większą niż politycy. Prawdziwym Gwiazdom wydaje się, że muszą zbawić świat muzyki, że bez nich rynek nie istnieje. Miło, że Prawdziwe Gwiazdy przestały wieszać psy na piratach i zamiast tego skupiły się na walce z serwisami streamingowymi zamiast na walce ze słuchaczami i fanami.

Prawdziwe Gwiazdy to 1% wykonawców, a nawet mniej. Jednak supergwiazdy zgarniają 77% zysków rynku muzycznego.

Ze źródeł cyfrowych nawet więcej (79%) niż ze sprzedaży płyt CD (75%). Pozostałe 99% artystów musi zadowolić się podziałem reszty. W 2013 roku światowy rynek muzyczny przyniósł 2,8 mld dol. przychodów, w roku 2000 3,8 mld dol. Jednak do samych artystów w 2013 roku trafiło 17% zysków, a w 2000 roku 14%.

tidal-3

Słynny jeden procent zgarnia coraz więcej i więcej, bo słuchaczy przerasta mnogość wyboru i brak poleceń z prawdziwego zdarzenia. Jednak to ten 1%, z Jay-Z na czele, wspieranym przez sporą część muzycznej superelity narzeka na niszczące rynek serwisy streamingowe, niskie stawki wypłacone za odsłuchanie i zmieniający się krajobraz rynku, w którym modele dystrybucji “za reklamy” odnoszą coraz większe sukcesy.

Okropny to model dystrybucji, tak zły, że królewna Taylor Swift zaprotestowała i wycofała swoje albumy ze Spotify i innych Deezerów. Hardkorowe fanki pójdą do sklepu i kupią płytę albo zapłacą za nią na iTunes. Swift protestuje przeciw stawkom i wychodzeniu naprzeciw oczekiwaniom słuchaczy!

Może dlatego nigdy nie miałam okazji odsłuchać jakiegoś kawałka Swift? Jestem biedakiem, który zamiast kupować płaci co miesiąc 2 dychy Deezerowi i zaczyna olewać artystów, którzy nie pojawiają się w serwisie. Bo to zwykle ci, na których sukces pracuje sztab specjalistów od wszystkiego, których muzyka jest zwykle bardziej odpowiedzią na obecne trendy, a nie potrzebę serca.

We used to call it the music industry, right? The music industry was great because it was full of musicians and people who loved music. Now, we should call it the record-selling industry. What they’re passionate about is fucking selling records and that’s it. Nobody gives a shit about music. Nobody. – Noel Gallagher

99% które dzieli się 23% zysków rynku, uszczuplonymi jeszcze przez koszta własne czy wytwórni, pokornie będzie wpychać się na każdy serwis streamingowy, do każdego sklepu w nadziei, że “zaskoczy” i nadejdzie sukces, level up do jednego procenta, błysku fleszy i finalnie do tindalowego entourage’u gwiazd-założycieli Tidala.

Kendrick Lamar w pierwszy dzień po premierze nowej płyty zaliczył na Spotify 9,6 miliona odsłuchów, część pewnie z darmowej, reklamowej wersji, co szacunkowo przełożyło się na około miliona dolarów przychodu dla wytwórni i muzyka. Dalej nie rozumiem, dlaczego taki model jest zły, zwłaszcza dla supergwiazd. Może dlatego, że na iTunes zarabia się po prostu więcej sprzedając mniej?

Słucham Jay-Z, Madonny, Beyonce i Minaj mówiących o tym, że pora odzyskać muzykę i kontrolę nad procesem twórczo-dystrybucyjnym, zyskami i zastanawiam się – przepraszam za kolokwializm – what the fuck?

Chodzi o to, że zyski z Tidala wrócą do supergwiazd, że ci nie będą musieli dzielić się nimi ze Spotify? Chodzi o wykorzystanie swojej marketingowej siły, stworzonej za pieniądze zainwestowane, o ironio, przez wytwórnie do wciśnięcia ludziom, którzy nie rozróżniają mp3 z bitrate’em 128 kbps od mp3 z bitrate’em 320 kbps, abonamentu za 20 dol., tak żeby mogli słuchać na słuchawkach iPhone’a muzyki w magicznej jakości supergwiazd?

Polecam sprzężenie Tidala z odtwarzaczem Pono od Neila Younga, zabieg marketingowy ten sam.

tidal-1

Owszem, Tidal zapłaci dwa razy wyższą niż konkurencja stawkę za odsłuch, ale tylko z droższych abonamentów. Ile tych będzie, ilu użytkowników skusi się na płacenie 20 dolarów miesięcznie za dostęp do “jakości Tidala”, nie wiadomo.

Tidal nie daje użytkownikom możliwości niepłacenia, w zamian za odsłuchiwanie reklam. Spotify ma 60 milionów użytkowników, z czego “tylko” 15 milionów płaci. Według Spotify darmowe wersje to najlepszy sposób, by przyciągać ludzi, którzy potem zdecydują się płacić.

Jay-Z i spółka są ponad to.

Słucham tego gadania supergwiazd o zmianie przyszłości na lepsze i zastanawiam się, o co w tym wszystkim chodzi. O kasę i “publicity” – to oczywiste, ale czy też o faktyczną naprawę rynku muzycznego? Tego samego, który istnieje dopiero od kilku dekad, który od zawsze zmienia się błyskawicznie i który zawsze balansował gdzieś na granicy sztuki a tego, za co ludzie faktycznie chcą płacić? Który dziś skupia się na zyskach z koncertów i całej machiny medialnej, a nie faktycznej sprzedaży albumów?

Czytaj również:

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement