Od afery do afery, czyli jak dosrać komuś w Internecie i poczuć się lepiej?

Felieton/Technologie 17.03.2015
Od afery do afery, czyli jak dosrać komuś w Internecie i poczuć się lepiej?

Autorka jest redaktor prowadzącą sPlay.pl – bloga poświęconego cyfrowej rozrywce.

Internet jest tabloidem bez druku. Treści niskie, bazujące głównie na skandalu, których jest więcej mieszają się z tymi wartościowymi. Ludzie odpalając przeglądarkę w dużej mierze nastawieni są na przyswajanie złych emocji i odpłacanie tym samym. Mówiąc kalką z angielskiego, nic tak nie robi dnia jak dobrze się wkurwić, a potem nakręcić z kogoś bekę.

Bekę można toczyć właściwie ze wszystkiego. Nie ma znaczenia, czy ktoś rzeczywiście popełnił gafę, czy jest biedny, gruby, nieszczęśliwy, sam sobie winny, a może stał się ofiarą czyjegoś zachowania. Beka jest bezlitosna i często stoją za nią negatywne emocje.

Pokolenie Internetu to pokolenie beki, które wyśmieje Polę Dwurnik za jej burżujskie felietony, szafiarki czy mamusie na forach za ich pełne niepokoju treści dotyczące konsystencji kup dzieci i przebijających się przez dziąsła ząbków.

Problem z beką jest tego rodzaju, że w pewien sposób dyskredytuje ona powagę, a co za tym idzie zabrania współcześnie na serio się zachwycać czy wzruszać i nigdy do końca nie wiadomo (a właściwie każdy musi rozstrzygnąć to w swoim sumieniu, którego w epoce beki nie wypada posiadać) czy jest ona słuszna, czy też nie. Ponadto nie ma czegoś takiego jak umownie określona „granica beki”. To czy dana beka przestanie być smaczna i dowcipna zależy w gruncie rzeczy od samych bekowiczów, jak pozwolę sobie nazwać społeczności związane z wyśmiewaniem innych. Beka bowiem nie jest jednowymiarowa, nie jest jednoznacznie zła. Może by zarówno formą przemocy jak i żartem.

Beka z grubasów nie jest niczym nowym i właściwie w każdym zakątku Internetu znajdzie cię coś czy ktoś, kto będzie wyśmiewać środowisko grubych ludzi.

Albo dlatego, że jedzą za dużo, albo dlatego, że za dużo pokażą. Traf jednak chciał, że ktoś zrobił o jeden krok nie w tę stronę, w którą powinien. Bo – jak się przypomniał Internet – nie ma nic złego w otyłej osobie, która tańczy i chce dobrze się bawić.

Jakiś czas temu w Internecie pojawiła się fotografia postawnego mężczyzny, składająca się z dwóch części. Na pierwszej z nich widzimy, jak bohater rozbawiony tańczy, na drugiej, po tym jak został wyśmiany, jest smutny i skrępowany. W obronie tańczącego mężczyzny stanęło wielu internautów, bo ten z racji swojej wagi i wyglądu został napiętnowany.

Afera przerodziła się w świetny happening.

W sprawie wypowiedzieli się znani artyści, na przykład Pharrell Williams, którzy trzymają kciuki za Dancing Mana, a także sam poszkodowany wzruszony gestem tak wielu osób, które używając hasztagu #DancingMan, dotarły do mężczyny i postanowiły urządzić dla niego wielką imprezę. Imprezę, na której będzie mógł tańczyć bez obawy, że ktoś go oceni. Akcja przeniosła się na serwis crowdfundingowy GoFundMe, gdzie można wpłacić pieniądze na zorganizowanie potańcówki z Dancing Manem w roli głównej. W tej chwili udało się uzbierać ponad dwa razy więcej niż zakładana kwota 20 tysięcy dolarów.

Takie sytuacje jak ta i wiele innych podobnych zbiórek pokazują, że w Internecie naprawdę jest siła i jeśli użytkownicy chcą potrafią zamienić się w prężną społeczność, która staje w obronie słabszych, zagubionych, odrzucanych z jakichś powodów przez różne środowiska lub po prostu tych, którzy mają gorzej. I być może właśnie za taką myślą powinniśmy podążać – ostatecznie ze zła uczyniono dobro. Mnie jednak zastanawia źródło tej historii.

Dlaczego tak bardzo chcemy innym dokopać? Dlaczego czerpiemy energię z czynienia zła, czytania o nim?

Internet żyje od afery do afery i bazuje na negatywnych i silnych emocjach użytkowników. Najbardziej popularne sprawy, materiały to te, w których ktoś zostaje wyśmiany, obrażony czy wykpiony. Te opisujące, że komuś gdzieś coś się nie udało. I ponownie – bez znaczenia będzie skala danego zjawiska i emocje, jakie za wydarzeniem stoją. Ważne, że jest na „nie”. Pysk obity, morda opluta i można szukać kolejnej ofiary.

Nie dalej jak kilka dni temu polskie media internetowe zawrzały.

i don't know niewiedza

Anna Wendzikowska, absolwentka szkoły teatralnej i dziennikarka, w rozmowie z Sigourney Weaver się ośmieszyła. Kobieta nie wiedziała kim był Jerzy Grotowski, słynny teatralny twórca. Podczas rozmowy Wendzikowska przyznała, że jest jej wstyd i tę wiedzę uzupełni. Nie szkodzi, internautom wystarczyło. Wiadra pomyj wylały się na kobietę, bo ta czegoś nie wiedziała i już w trakcie chciała zatuszować swój błąd. Nie chcę bronić Wendzikowskiej z powodu jej niewiedzy z zakresu tematu, na którym znać się bądź co bądź powinna, ale nie mam zamiaru ulegać też choremu owczemu pędowi. Przykre jest to, że – jak wynika z wielu komentarzy pod rzeczoną informacją – bronić dziennikarki i załagodzić sprawę próbowali tylko ci, którzy sami nie wiedzieli kim Grotowski był. Na Facebooku powstał już nawet fanpage Spektakle teatralne, które wyglądają jak Anna Wendzikowska.

Podobnie było ze słynnym „szogunem” i wizytą naszego prezydenta w Japonii, o czym dość emocjonalnie wypowiedział się Krzysztof Gonciarz, i tak samo jest z tysiącem innych spraw, które w Sieci przybierają formę flejmu, gównoburzy czy jakkolwiek inaczej sobie to nazwiecie. Uwielbiamy żywić się cudzym nieszczęściem, uwielbiamy komuś, mówiąc kolokwialnie, dosrać, by poczuć się lepiej. Najlepszym sposobem na rozkręcenie afery jest czyjaś potyczka, ale i bez niej można nakręcić niezły materiał. Wystarczy tylko wyciągnąć czyjeś zdanie z kontekstu, uczepić się jednego słowa, ulec stereotypom czy znaleźć fałdę tłuszczu.

Internauci nie wybaczają. Nie pozwalają nie wiedzieć.

Nie można przyznać się do braku znajomości czegokolwiek. Kłamiemy nawet na temat tego, jakie seriale oglądamy, by nie wypaść z podwórka wzajemnej adoracji.

Przy tym wszystkim, przy świadomości, że nasza lista sposobów na to, jak uprzykrzyć życie innym jest znacznie dłuższa niż ta, która zawiera punkty dotyczące rozsiewania radości, nie chcemy przyznać się na głos, że jesteśmy zazdrośni, zawistni, pełni niechęci. Nie chcemy powiedzieć głośno, że to nas kręci. Pod płaszczykiem intelektualizmu, wysublimowanej ironii czy po prostu jawnego chamstwa powołujemy się na wyższe wartości, na „no przecież nie wypada”, na wspomnianą bekę lub na bekę z beki, która sama się nakręca.

A przecież chodzi o to, by dać komuś w mordę, by zabolało.

Bo w imię zasady, cwaniak w Internecie…, jesteśmy silniejsi. A może nawet, choć raz, ktoś o nas usłyszy. Tak się ta beka kręci.

Autorka jest redaktor prowadzącą sPlay.pl – bloga poświęconego cyfrowej rozrywce.

*Grafiki pochodzą z serwisu Shutterstock.

Dołącz do dyskusji

Advertisement