Hej, PR-owcy w agencjach – Wasza robota jest w większości bez sensu

Felieton/Technologie 04.09.2014
Hej, PR-owcy w agencjach – Wasza robota jest w większości bez sensu

Jesteśmy w trakcie największej europejskiej imprezy technologicznej w roku – targów IFA w Berlinie. Pracy jest od groma – zarówno dla PR-u: od strony firm oraz agencji ich obsługujących, jak i dla mediów, jednak jedna obserwacja nie daje mi, jako byłemu PR-owcowi, spokoju. Przykro mi to mówić, ale koleżanki i koledzy z PR-wych agencji: Wasza robota jest w większości bez sensu.

Media zmieniają się z prędkością światła. To, co było obowiązującym standardem dwa, trzy lata temu dziś nie ma żadnego zastosowania.

Zmienia się przy okazji medialny środek ciężkości. Odczuwamy to na każdej konferencji, na którą jesteśmy zapraszani – kilka lat temu media internetowe stanowiły nie więcej, niż połowę dziennikarskiej delegacji. Dziś, gdy jest ktoś z prasy, czy radia to jest to zazwyczaj pojedynczy przypadek.

W tym czasie PR-owa agencyjna robota nie zmieniła się jednak w ogóle i… jest bez sensu: nieprzydatna, wręcz denerwująca dla przedstawicieli mediów.

Weźmy taką PR-ową instytucję jak: informacja prasowa.

shutterstock_149295212

Żadna z ponad 50 wysłanych do nas informacji prasowych dotyczących IFA 2014 nie przydała nam się. Każda bez wyjątku była spóźniona, docierała do nas albo wtedy, gdy nasze teksty na ten temat już powstały, bądź po tym, jak zdobyliśmy własne materiały.

Jestem przekonany, że podobnie jest w przypadku wszystkich pozostałych 90 proc. redakcji, które są na listach mailingowych agencji. A może nawet i 100 proc., bo mediom, które nie relacjonują IFA na żywo, tylko ze względu na swój odmienny charakter wydawniczy przygotowują innego typu materiały, niż czysto newsowe, pisane z korporacyjnym żargonem pełnym wyświechtanych frazesów informacje prasowe przydatne również nie będą.

Ile to czasu jest marnowane na przygotowanie takich informacji, to przecież wiem z własnego doświadczenia. Nie, tego słowa nie używaj, zamień tamten związek frazeologiczny na inny, pamiętaj, by nie wspominać o tym, ale koniecznie powtórzyć tamto. Plus kilkadziesiąt maili, poprawki, akceptacje, proof-readingi, itd., a potem i tak w sekundzie po otrzymaniu informacja prasowa ląduje w koszu u dziennikarza, czy blogera.

To powinno być wszystko zupełnie inaczej poustawiane. I w niektórych przypadkach jest, tyle że oczywiście nie w Polsce. W mediach amerykańskich te poważniejsze media, priorytetowe z PR-owego punktu widzenia, współpracują z PR-em znacznie wcześniej, oczywiście na bazie uzgodnionego wcześniej embarga. Dzięki temu powstają dobre teksty, obarczone dobrymi materiałami, z których zarówno medium jest zadowolone, bo otrzymuje przynajmniej częściowo materiał na wyłączność, jak i PR, bo jego robota nie idzie na darmo. Jest się też czym pochwalić klientowi.

W Polsce – jak zwykle niestety – tkwimy wciąż w PR-owej epoce kamienia łupanego. Nikt nie widzi, albo nie chce dostrzec, że zmienia się charakter funkcjonowania mediów. Firmy organizują streamingi live, teksty powstają zanim transmitowane na cały świat konferencje się skończą. W Polsce godzinę po takiej konferencji przychodzi informacja prasowa na jej temat…

U nas PR to taśmociąg, brak indywidualnego podejścia do mediów, w większości brak budowy długoterminowych relacji opartych na zaufaniu, swobodzie wypowiedzi i zrozumienia charakteru mediów. U nas to info prasowe wysłane godzinę po konferencji, pełne korporacyjnego bełkotu, a następnie telefony z tzw. follow-upem z pytaniem „czy zamierza pan wykorzystać materiały, które panu przesłaliśmy i czy w czymś możemy jeszcze pomóc”.

Nie, nie zamierzam wykorzystać i nie, nie możecie w niczym nam pomóc.

 

* zdjęcia w tekście: Shutterstock

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement