Mobile na CES-ie był tylko dodatkiem, czyli dlaczego to wciąż najważniejsze targi elektroniki

Felieton/Sprzęt 13.01.2014
Mobile na CES-ie był tylko dodatkiem, czyli dlaczego to wciąż najważniejsze targi elektroniki

Dwa, trzy lata temu mówiło się, że targi CES – największe targi elektroniki konsumenckiej na świecie – się kończą. W czasach mobilnej rewolucji CES miał być zbyt ogólny. To Mobile World Congress w Barcelonie miał przejąć pałeczkę najważniejszych, najbardziej medialnych targów technologicznych świata. Osoby te się myliły. CES pobił w tym roku rekordy wielkości i pokazał, że technologie mają coraz większe znaczenie w każdej dziedzinie życia.

Według organizatora targów CEA, pięcioma najczęściej wspominanymi w kontekście CES-a 2014 były: urządzenia ubieralne, Internet rzeczy, UltraHD, technologie służące zdrowiu, drukowanie 3D i samojeżdżące samochody.

Czego tu brakuje? Całej kategorii mobile oczywiście – smartfonów, tabletów i innych phabletów. Nie bez powodu.

DSC_0638

Jak mówił prezes CEA Gary Shapiro, kategoria urządzeń mobilnych stała się już tak dojrzała, że teraz wyrastają na niej kolejne kategorie urządzeń, które nie potrzebują już osobnych ekranów, modemów czy nawet interfejsów. Wystarczy spojrzeć na kategorię urządzeń do fitnessu – większość z nich to malutkie zbiory czujników i podstawowego hardware oraz oprogramowania. Swoją moc pokazują dopiero po sparowaniu ze smartfonem i zewnętrzną aplikacją, która dodatkowo przetworzy dane w chmurze.

To właśnie ta łączność, ta możliwość porozumiewania się między sobą urządzeń, części i przedmiotów wydaje się być najważniejszym, choć z pozoru ukrytym pod kilkoma kategoriami trendem CES-a.

Zegarki, które porozumiewają się ze smartfonem i domowymi przedmiotami codziennego użytku; opaski i bransoletki, nawet wyglądające jak biżuteria porozumiewające się ze smartfonem; okulary porozumiewające się ze smartfonem i Internetem; smartfon porozumiewający się ze sprzętami AGD i RTV; samochód porozumiewający się ze smartfonem, zegarkiem i opaską na rękę.

Internet of things – tak to nazywają, choć ta nazwa nie oddaje w całości potęgi tego zjawiska.

DSC_0613

W przyszłości być może twój smartfon wyposażony w kamerę 3D zeskanuje breloczek, który ci się podoba i gdy wrócisz do domu będzie tam czekała już wierna kopia wydrukowana na drukarce 3D. Takie drukarki już mamy. Są coraz tańsze, technologie rozpoznawania obrazu 3D też i teraz czas to połączyć.

To można było wyczytać z targów CES – początek nowych, ekscytujących czasów, w których tanie podzespoły jak Intel Edison i otwarte platformy, jak Epson Moverio BT-200, tworzą podwaliny dla zaistnienia rzeczy, których wcześniej nie było.

DSC_0615

I choć większość nowości z CES-a samodzielnie nie robi wrażenia, to trzeba pamiętać, ze to dopiero początek.

Po CES-ie widzę też jeszcze dwie wyraźne przesłanki dotyczące hardware i treści.

Zeszłoroczne targi zdominowały pierwsze telewizory ultrawysokiej rozdzielczości oraz wykrzywione ekrany w TV. Przytłaczało to nawet tych, którzy z telewizorami mają niewiele wspólnego.

W tym roku telewizorów 4K było kilkunastokrotnie razy więcej. Wszyscy oszaleli na punkcie 4K, ale ultrawysoką rozdzielczość wygrał nie któryś z producentów telewizorów, a… Netflix.

Netflix, który już nagrał kolejne sezony swoich seriali w 4K, będzie jedynym poważnym dostarczycielem treści ultrawysokiej rozdzielczości, przynajmniej na razie. Nie musiał – z ogromną bazą wiernych klientów i praktycznie nieistniejącą konkurencją mógłby nie wprowadzać 4K jeszcze przez długi czas i poczekać aż UltraHD się spopularyzuje.

Sony-ces-telewizory20

Tymczasem Netflix poniesie sztandar rewolucji 4K z topowymi serialami i filmami, sprawiając, że zakup telewizora 4K zacznie mieć sens. To Netflix zrobił dla popularyzacji i świadomości o 4K na CES-ie więcej, niż wszyscy producenci TV razem wzięci.

Widać też, że dziś każdy może zająć się hardware’em. Na CES-ie widziałam dziesiątki, jeśli nie setki małych firm, które stworzyły coś swojego – pedometr, smartwatch, zabawkę czy nawet smart okulary – kosztem, jaki jeszcze kilka lat temu byłby kilkanaście razy bardziej wysoki.

Domowi twórcy wykorzystują Raspberry Pi, paczki sensorów po kilkanaście dolarów i jak powiedział mi jeden z twórców urządzenia do śledzenia aktywności, często najdroższą częścią swojego urządzonka jest obudowa i zrobienie go tak, by było solidne. Kodowanie natomiast to nakład czasu.

DSC_0590

To ekscytujący trend, który wspomagany jest jeszcze mocniej przez producentów hardware’u. Na przykład Intel, który od jakiegoś czasu oferuje Galileo, ,a CES-ie pokazał Edisona – komputerek wielkości karty SD. Taki, który pozwoli wszystkim chętnym na tworzenie nowych i jeszcze nowszych urządzeń.

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement