O smutku pisze się lepiej – rozmowa z pisarzem Łukaszem Orbitowskim

Felieton/Social media 09.11.2013
O smutku pisze się lepiej – rozmowa z pisarzem Łukaszem Orbitowskim

„Telefon służy do tego, abym mógł porozmawiać. Internet do znajdowania informacji, telewizor do oglądania filmów i tak dalej. Nie mogę pojąć ludzi „żyjących w sieci” nie dlatego, że są gorsi, ale po prostu ich nie rozumiem. Dziwię się tym, którzy stoją całą noc po nowego iPhone’a bo z mojego punktu widzenia każdy jest dobry. Przeraża mnie, że być może prawdziwe życie dzieje się w internecie, a ja żyję życiem ułomnym, gorszym, w gnoju, używając języka Jacka Dukaja. Chłopy się onanizują do porno, zamiast pieprzyć swoje dziewczyny. Gadamy na komunikatorach, zamiast skoczyć na piwo. Mój syn woli tablet od przeczytania bajki.”

Ewa Lalik: Stresuję się. To trochę nienaturalnie tak kogoś kogo się zna i lubi przepytywać w celu upublicznienia.

Łukasz Orbitowski: No widzisz. Powstaje pytanie, czy ty mnie naprawdę znasz, a czy gdybyś naprawdę znała, to byś polubiła?

A tego nie jestem pewna. Ale Ty wiesz o mnie bardzo dużo rzeczy.

To prawda. Sama je powiedziałaś. To moja szczególna umiejętność. Otwieram ludzi. Okazało się, że potrafię to nawet przez sieć.

Jakie szczególne umiejętności ma jeszcze Łukasz Orbitowski?

Absolutnie żadnych. Dlatego zostałem pisarzem. Nic nie umiem.

Czyli co, każdy może zostać pisarzem? „Nie skończę szkoły, będę pisarzem!”

Obawiam się, że już nie, gdyż ludzie stracili umiejętność czytania i pisania. Ale w tzw. moich czasach, gdy chodziłem do ogólniaka, w tylko mojej klasie mieliśmy trzy osoby, które pisały opowiadania i jednego poetę. Nawet wydał tomik. Byłem jedną z nich. Pozostała trójka, jak widać nauczyła się czegoś w życiu i nie musi pisać. Poeta ma, na przykład, salon masażu tajskiego.

Ja też marzyłam, by zostać pisarką. I co? I nic się nie stało. Brakuje mi cierpliwości, wyobraźni. Powiedziałeś mi kiedyś, że jesteś człowiekiem małego talentu, ale pracowitym. Co to znaczy? Skoro nie masz talentu, to skąd dobre recenzje „Szczęśliwej Ziemi”?

Ty mi powiedz. Tobie ta książka się nie podobała. Nie wiem czy mam talent. Zajmuję się pisaniem nazbyt długo. Ale czym jest talent? Niczym więcej jak kumulacją pewnych umiejętności. W moim wypadku wariacka wyobraźnia złączyła się z pracowitością.

Piszesz o tym, co znasz?

Wyłącznie. Albo o tym co mogę poznać niewielkim wysiłkiem. Niczego nie umiem. Poznawać także.

Ale przecież pracujesz ciężko zbierając materiały do powieści?

Ciężko pracuje baba na kasie. I za trzy razy mniej. Jak zadzwoni do ciebie ktoś z teleofertą dotyczącą nowego telefonu odkładając słuchawkę pomyśl: „ten człowiek ciężko pracuje”. Ja siedzę, czytam, notuję, układam sobie w głowie i zarabiam na tym niezłe pieniądze. Inni czytają, notują za darmo.

Skoro piszesz o tym, co znasz, to dlaczego nie znasz życiowej radości czy szczęścia? Wszystko co piszesz jest depresyjne. „Szczęśliwa Ziemia” przytłacza i przygnębia, i to nie tylko moje, ale i wielu recenzentów zdanie. Podobnie było z poprzednimi powieściami.

201239_szczesliwa-ziemia_557

Piszę o tym co znam, ale nie o wszystkim. Doskonale jest mi znane na przykład uczucie rozwolnienia, przemilczane jednak w mojej dość obszernej twórczości. Mógłbym napisać, że depresyjna strona mnie jest mocniejsza, bardziej reprezentatywna. Może nakręcam ją pisaniem jeszcze bardziej? Prawda jest taka, że życie jest w kurwę smutne, ale i o smutku lepiej się pisze. Są słowa stworzone do smutku. Z radością jest inaczej. Spróbuj opisać orgazm. Motylki w brzuszku. Chwilą gdy dziecko biegnie ku tobie wołając „tata!”. Być może po prostu nie dojrzałem do pisania o radości.

Ale chciałbyś napisać książkę zabawną, humorystyczną. I co, pisałbyś humorystycznie o legendarnym już wśród czytelnikach dołującym Rykusmyku?

To moje wielkie marzenie. Serio. Chyba największa ambicja życiowa. Napisać powieść humorystyczną. Trafiłaś w sedno. Tylko to cholernie trudne zadanie. Chodzi mi o tekst w stylu „Przygód dobrego wojaka Szwejka”, „Przygód Tomka Sawyera” skrzących humorem, ale i mądrością, melancholią, zrozumieniem człowieka. To arcydzieła. Większość powieści humorystycznych jest po prostu wesołkowata w głupkowaty sposób. Cały Prachett jest taki.

A Ty chciałbyś żeby była zabawna w inny sposób? Zaskakiwała?

Żeby była mądra. Mówiła prawdę o człowieku. Zaskakiwać nie musi, zależy mi jednak na balansowaniu humorem, ujawnianiu różnych jego odcieni, gradacji. Dzisiejsze książki humorystyczne są jak kwejki, jebzdzidy – bombardują czytelnika jednym rodzajem żartu.

Czasem zdarza Ci się opisywać absurdalne zabawne sytuacje, jak tę na lotnisku we Wrocławiu z biletem na autobus. Jednocześnie piszesz o Polsce w bardzo specyficzny, nie zdradzający sympatii sposób. Nie lubisz Polski?

Czas powiedzieć: nie lubię. Mamy stolicę, z której nie da się wyjechać przez dwie godziny. Ludzie marzą o pracy za osiemset euro, bo zarabiają, kurwa, pięćset, ćwierć wieku po transformacji. Samiśmy ten kraj spierdolili. Ja, ty Ewka, nasi koledzy, nasi najbliżsi, wszyscy zniszczyliśmy ten kraj. I dalej go niszczymy. Lubię natomiast Polaków. Podoba mi się nasza energia. Żeby było jasne – Danii, gdzie żyję, nie znoszę z innych powodów, jeszcze bardziej.

My spierdoliliśmy ten kraj? Niby jak? Ja sobie żyję, chcę sobie spokojnie żyć, Ty zresztą też, czym zawiniliśmy?

Powiedz, kiedy ostatni raz głosowałaś? Kiedy zaangażowałaś się w jakąś inicjatywę obywatelską? Pomagasz komuś, współdziałasz z jakąś instytucją? Ja też nie. Bo chcę sobie spokojnie żyć. Zarabiam w Polsce niemałe pieniądze, po czym wydaję je za granicą, bo tam mi wygodniej. Każdy żył tylko dla siebie odkąd pamiętam i stąd mamy to co mamy.

Głosuję w każdych wyborach, angażowałam się w życie mojej wsi, teraz próbuję pomagać trochę zwierzakom, bo wolę ich od ludzi. Ale pijesz do tego, że w Polsce nie mamy poczucia odpowiedzialności za kraj i życie? A Duńczycy mają?

W takim razie przepraszam i gratuluję. Trzymam się jednak poglądu, że wszyscy położyli krzyżyk na naszym smutnym kraju. Niektórzy sobie poszli, inni wyciągają rękę, jeszcze inni traktują tę biedną Polskę jak pijak kochankę. Wyłomota brutalnie a potem będzie chciał kawy do łóżka. Duńczycy niewątpliwie mają większą solidarność, zdolność współdziałania. Budowali to przez dziesięciolecia. Nikt nie wyrżnął im elit jak nam, okupacja miała łagodny przebieg, nie zdarzyła się komuna. Kraj bogacił się spokojnie, administracja zdobywała zaufanie i w końcu zrobili sobie raj. Jak jednak powiedziała mi pewna Polka, akurat rozwodząca się z Duńczykiem: w każdym raju jest wąż. To prawda.

Mieszkasz w Kopenhadze już 2 lata, prawda? Co jest nie tak w Danii?

To że nie jest Polską, a Duńczycy nie są Polakami. Tak z grubsza. Oczywiście się śmieję. Dania to wspaniały kraj – dla Duńczyków, skrytych, zamkniętych w sobie pijaków, właściwie niezdolnych do otwartej, szczerej rozmowy. I trzymających każdego obcego na wyraźny dystans. Po prostu jesteśmy bardzo, bardzo różni od siebie. Czuję się tam, jakbym wylądował na Marsie. Zrozum mnie dobrze. Mam ogromną potrzebę rozmowy z drugim człowiekiem, wyjechałem tutaj z nadzieją poznawania innego kraju. Gówno poznałem i nie mogę mieć o to pretensji. Jeszcze raz – bardzo, bardzo się różnimy.

Lubisz ludzi jako ogół, że chcesz z nimi rozmawiać?

Nie znoszę, ale jestem ich bardzo, bardzo ciekaw. Co myślą, jak czują. To zaczęło się niedawno. Jeszcze trzy lata temu, pewno nie uwierzysz, sądziłem, że wszyscy są tacy jak ja, że na świecie jest siedem miliardów Orbitowskich, płci dwojga plus transseksualiści. Swoją drogą, to strasznie zabawne. W Polsce wkurwia mnie tłum. Wpieprza kolejka w kasie, tłok w tramwaju, pijaczyna zagadujący o drobne, złości mnie dokładnie wszystko. W Danii natychmiast łaknę rozmowy, pogadałbym z babą z kolejki, z pijaczyną także.

W Polsce nie ma po co rozmawiać z ludźmi w kolejce?

Jest po co. Z każdym warto rozmawiać. Tylko ja jestem idiotą. Gdy są ludzie, pragnę samotności. Samotny, lgnę do innych. Zawsze być gdzie indziej. Wiesz coś o tym?

Miotasz się po prostu. A po powieściach i po tym, co piszesz wydawałoby się, że masz wszystko w głowie już poukładane, życie poukładane.

Przecież układanie sobie życia i głowy polega właśnie na zrozumieniu paradoksalnych, sprzecznych pragnień i pogodzenia się z nimi. Potrzebna jest zgoda na to, że ból, roztrzepanie, siły rozciągające każdego z nas w różnych kierunkach nie znikną. Uczymy się tylko dawania im oporu i korzystania z ich pędu. Niepijący alkoholik dalej ciąży ku flaszce, wierny dziwkarz ku młodej dupci, i tak dalej. Jeśli powie sobie: nie chcę już się napić, nie chcę zaruchać, prędzej czy później napije się i zarucha. I zniszczy sobie życie. Rozumiesz o co mi chodzi?

O samoświadomość, zwłaszcza swoich słabości?

Tak. Ja wiem, że jestem paranoikiem i nie wszystko, czego pragnę jest dla mnie dobre. Jak to ogarnąć? Popatrz na mój przykład. Zawsze chcę być gdzie indziej, tak? Mam dom w Kopenhadze i syna w Polsce. Przyjaciół, rodziców. Odwiedzam ich wszystkich, zajmuję się Julkiem. Mogę wyjechać na miesiąc z domu, jestem pisarzem. Nic mnie nie trzyma. Więc w jakiś sposób jestem ciągle gdzie indziej. Zarazem zaktwiczony.

Ale nienawidzisz rodzinnego miasta…

Z tej rozmowy wynika, że wszystkiego nienawidzę, prawda? Rzeczywiście, Kraków zajmuje wyjątkowe miejsce w moim czarnym sercu. Może dlatego, że to miasto klęski mojego małżeństwa? Mam jednak wrażenie, że Kraków jest dziurą, która usiłuje biegać za centrum widzialnego wszechświata. Żyje tym Wyspiańskim, Matejką, a oni dawno umarli. Kantor, kurwa, też dawno umarł. Wszyscy tam padli, a kto nie padł, ten wyjechał. Ale kogo obchodzi kultura? Kraków jest typowo turystycznym miastem, zwróconym ku przybyszom. Te knajpki, taksóweczki, Kazimierz. Ale jak zwracasz się ku obcym, odwracasz się od swoich. Ostatnio jak byłem w Krakowie z okazji Święta Zmarłych miasto skasowało parę linii tramwajowych na ten czas. Drobny przykład, ale mam takich setki.

Więc czego nie nienawidzisz?

Mój przyjaciel pisarz zagroził mi ostatnio, że umrę na obojętność. Więc chyba nie nienawiść jest tutaj problemem. Nie nienawidzę Warszawy, Wrocławia, skoro mówimy o miejscach. Nie nienawidzę Rykusmyku. Nie nienawidzę ludzi. To chyba ważne. Ludzie mi są obojętni, albo od razu bliscy. Nie umiem żyć na dystans.

Co lubisz, co uwielbiasz? Cokolwiek?

Nie umiem podać konkretnego przykładu, ale są chwile, kiedy miękknie serce. Gdy kobieta patrzy „jakoś tak”. Gdy stukamy się kieliszkami z przyjaciółmi, gdy mój synek zechce ze mną porozmawiać na jakiś ważny dla niego temat. Pamiętam nosorożce i pawiany w Afryce. Pawian to jest coś. Albo niebo tam. Koncert w Nowym Orleanie. Lubię rzeczy drobne. Drobna rzecz ci Ewka, świat przesłoni. Na moment, ale jednak. Niemniej, kamienieję.

No dobra, wracam pytaniem – gdyby na początku okazało się, że Orbitowski nie potrafi pisać, to co by było?

Zapewne byłby robotnikiem. Pracowałem w Stanach na budowie i nawet mi się podobało. W każdym razie gdybym nie pisał, pracowałbym fizycznie. Albo został kryminalistą. Jedno z dwojga.

W „Szczęśliwej Ziemi” ale nie tylko tam, w opowiadaniach i innych powieściach również, znaleźć można Twoje nawiązania do tego, że technologia coś tam zepsuła. Na Spider’s Web też wiele razy narzekałeś na technologie, internet, smartfony i w ogóle wszystko co nowoczesne. Nie byłabym blogerką technologiczną, gdybym nie spytała: jaki, do cholery, masz problem z technologiami?!

Taki, że jestem stary. Naprawdę, technologia mnie postarzyła. Mój ojciec w wieku 36 lat umiał wszystko, kumał świat, a ja nie kumam. Technologia przeobraziła go i nie umiem nadążyć, po prostu nie potrafię znaleźć porozumienia z pokoleniem wychowanym od początku z internetem. Ty mi to dopiero objaśniłaś! Kiedyś w rozmowie. Odpowiadając nieco poważniej. Mam archaiczny stosunek do technologii. Telefon służy do tego, abym mógł porozmawiać. Internet do znajdowania informacji, telewizor do oglądania filmów i tak dalej. Nie mogę pojąć ludzi „żyjących w sieci” nie dlatego, że są gorsi, ale po prostu ich nie rozumiem. Dziwię się tym, którzy stoją całą noc po nowego iPhone’a bo z mojego punktu widzenia każdy jest dobry. Przeraża mnie, że być może prawdziwe życie dzieje się w internecie, a ja żyję życiem ułomnym, gorszym, w gnoju, używając języka Jacka Dukaja. Chłopy się onanizują do porno, zamiast pieprzyć swoje dziewczyny. Gadamy na komunikatorach, zamiast skoczyć na piwo. Mój syn woli tablet od przeczytania bajki. Świat ma zawsze racje, to ja się mylę. Mam jednak potrzebę bliskości, a technologia sprawiła, że bliskość stała się trudniejsza.

Gdyby nie technologia, to byśmy się nie znali, nie?

Nie twierdzę, że technologia jest zła. Twierdzę, że mi nie odpowiada. Czytałaś moje książki, prawda? Może napisałabyś do mnie list? Dostawałem listy w dawnych czasach.

Nie napisałabym do Ciebie listu, tak jak nie pisałam do autorów, których uwielbiałam w wieku nastu lat, gdy nie miałam jeszcze internetu. Nienawidzisz ebooków? „Szczęśliwa Ziemia” już dzień przed premierą dostępna była w formie ebooka.

A możemy skończyć z tą nienawiścią? Nie lubię ebooków ale się mylę, moja niechęć jest czysto irracjonalna. Mieszkam za granicą i wożę ze sobą tony książek, tam i z powrotem, w bagażu podręcznym. A co w nim jeszcze jest? Kindle, którego ani razu nie otworzyłem. Proszę, traktuj moją niechęć do ebooków jako nieszkodliwe dziwactwo. Zacząłem zbierać kompakty. Daję więc sobie prawo do dziwności i śmieszności.

Ale nie masz pretensji do ludzi takich jak ja, którzy nigdy w dłoni nie mieli papierowej wersji Twoich powieści?

Nie, dlaczego miałbym mieć? Naprawdę strzeliło Ci coś takiego do głowy? Przecież tak naprawdę nośnik nie jest ważny. Ebooki są wygodne. Wolę papierowe książki, kreślę je, wyrzucam, oddaję do bibliotek. Z każdą przeprowadzką pozbywam się połowy biblioteki. Cieszę się, że jestem czytany. Możecie wywrzaskiwać sobie fragmenty moich powieści jeśli chcecie.

Jesteś felietonistą Wyborczej, piszesz głównie o kulturze. Gdy zgłosiłam się do Ciebie, to zdecydowałeś się pisać na Spider’s Web, serwisie blogowym o technologiach. Orbitowski napisze dla każdego?

Nie dla każdego. Są ludzie dla których nigdy bym nie pracował. Są też takie środowiska, tytuły medialne. Generalnie, wybieram miejsca niestygmatyzujące, o które coraz trudniej. Technologie są neutralne, choć wiem, że Spider’s Web budzi kontrowersje. Mam je w dupie. Kłóćcie się o smartfony. Wyborcza mi odpowiada, choć przecież nie identyfikuję się z każdą myślą wypowiedzianą przez każdego redaktora. Istnieje margines, gdzie nigdy się nie pojawię, nie pisałbym ani dla Rydzyka ani dla Urbana. Poza tym jestem pisarzem, publicystą. Można mnie kupić.

Można Cię kupić, a można poza pisarskie aktywności też kupić? Na przykład mogę zapłacić Ci, żebyś poprowadził imprezę imieninową?

Z tym kupieniem to chciałbym pewną rzecz uściślić. Płacisz za Orbitowskiego, dostajesz Orbitowskiego. Nie pisuję pod dyktando, nie zmieniam poglądów bo przecież nie mam żadnych, nie powiem na osła krowa i nie nazwę skurwysyna dobrym człowiekiem. Kupiony pozostaję sobą, tak jak byłem sobą na Spider’s Web i jestem teraz, gry rozmawiamy. I jako Orbitowski pozostaję w umiarkowanej gotowości do poprowadzenia imprezy imieninowej. Tu cena musiałaby być bardzo wysoka, żeby zetrzeć drwinę z pysków szyderców. Nie puszczam się za pięć złotych.

Ale poprowadziłbyś.

Tak. Nie jestem kurwą. Jestem kurtyzaną.

Ładnie to brzmi. Obserwujesz trochę media, wcześniej pisałeś też do Przekroju. Czy media kształtujące świadomość odbiorców giną i zastępowane są internetową papką?

Trudno mi to określić. W wymiarze politycznym na pewno istnieją silne ośrodki medialne, powiązane ze sobą i podsuwające spójny przekaz. Niemniej wszyscy równamy ku dołowi. Powiem ci jak to działa. Media globalne usiłują dostosować się poziomem do najgłupszego odbiorcy aby i on coś zatrybił. Nieco mądrzejsi czepiący z tych mediów głupieją wskutek tego, a ci najgłupsi durnieją jeszcze bardziej. Więc kolejny przekaz, po roku, trzech, musi być jeszcze głupszy. Kolejny jest już bezbrzeżnie kretyński, a przecież dopiero rozpoczęliśmy żeglugę po niezmierzonym oceanie idiotyzmu. Dostarczyciele treści wymierają, przechodzą na inne stanowiska. Skąd biorą się nowi? To najmądrzejśi z ogłupionych bezdennie odbiorców. Przejmują stery i durniejemy jeszcze bardziej. Ślepy prowadzi kulawego. W krainie ślepców, jednooki jest królem.

Kiedy wszyscy zdurniejemy doszczętnie, to co będzie potem?

Nic potem. Ludzie wierzący zwykli powiadać, że tylko dwie rzeczy są niezmierzone. Miłosierdzie boskie i głupota ludzka. Cyceron, Rzymianin sprzed dwóch tysięcy lat narzekał, że młodzież jest durna i interesuje się wyłącznie seksem i wyścigami rydwanów. Wyraził opinię podobną do mojej. Skretynienie postępuje i będzie dalej postępować. Będziemy pić. Będziemy klikać. Ktoś się czasem z kimś prześpi, ktoś coś zrobi albo i nie zrobi, a słońce będzie świecić dalej, tak jak świeci. Zaczniemy żywić się gównem. Dalej nie zgaśnie.

A nie durniejemy przez gry, w które tak chętnie grasz? O ile się nie mylę, to z gier korzystasz w nowoczesny sposób – pobierasz je z internetu. Gry Cię nie ogłupiają?

Odnośnie gier to z przykrością stwierdzam, że na ten moment się pomyliłem. Pięć lat temu, kiedy wracałem do grania wydawało mi się, że mamy do czynienia z fantastycznym medium, które stanie się nośnikiem głębokich treści. Gry postrzegano wówczas jako niskie. Tak jak kiedyś komiks, film, teatr. Teatr i inne dojrzały, znalazły własne środki wyrazu, nauczyły się mówić językiem dorosłych. Liczyłem, że z grami będzie podobnie i pomyliłem się. Jak zwykle. Gry, zamiast rozwijać, poddano uśrednieniu pod statystycznego konsumenta i przemieniono we franczyzę. Popatrz na najpopularniejsze tytuły. Wszystkie opatrzone numerem od czwórki wzwyż. Ciągle to samo i tak samo. Z drugiej strony mamy ogłupiającą rozrywkę na smartfony w rodzaju Angry Birds. Gier jeszcze nie przegrano. W segmencie wysokobudżetowym pojawiają się sensowne tytuły jak choćby „Last of us”. Rozwija się scena indie skrząca pomysłami. Spójrz na takie tytuły jak „Amnesia”, „Journey”, „Gone Home”, jak i wiele innych. Gry stały się normalnym nośnikiem kultury, czyli ogłupiania. Ogłupią cię filmy, książki, teatr, muzyka. Rzeczy wartościowych należy szukać na marginesie. Wśród gier także.

Powiedz w końcu coś pozytywnego. Odczep się od tej łatki negatywnej. Jest jakaś nadzieja w narodzie, w ludzkości?

Przetrwają najsilniejsi. Pozytywne jest to, że nie zginęliśmy i z wolna się uczymy. Jesteśmy bardzo, bardzo głupi, ale coś zdołaliśmy jednak opanować. Na przykład medycynę. Nie budujemy już obozów koncentracyjnych i nie piętnujemy rozwodników. Generalnie ludzkość się uczy tylko niesłychanie opornie, na własnych błędach i we krwi. Mam lepsze życie niż moi rodzice i w tym kryje się zadanie: muszę dać mojemu synowi życie lepsze niż moje.

Czyli głupiejemy, ale się uczymy. No, logiczne!

Człowiek głupi również się uczy. Tylko wolniej.

Strasznie to pozytywne. Nie oglądasz porno w necie? To pozytywne chyba jest?

Jest jedna sytuacja, w której oglądam porno, lecz nie godzi się jej przytaczać. Kiedyś często włączałem sobie ślizgacze. Moraliści twierdzą, że porno uzależnia, ja zauważyłem, że w niektórych przypadkach oducza normalnych zachować seksualnych. Facet trzepie kapucyna zamiast pójść do swojej kobiety. U siebie zaobserwowałem coś innego. Pooglądam pornole przez godzinę i co z tego mam? Stanę się lepszy, bogatszy, będę lepszym kochankiem? Nie. Rozpusta, alkohol, narkokotyki, mogą od biedy coś ci dać. Porno niczego nie daje. Tylko zabiera czas. Dlatego nie oglądam.

Dlaczego powinniśmy przeczytać „Szczęśliwą Ziemię”?

Bo to książka o was wszystkich.

O nas? Krytycy mówią, że o pokoleniu lat siedemdziesiątych. Ja, rocznik 89, przeczytałam i znasz moją pierwszą reakcję – bardzo stonowana.

Znam, a jakże. I to o was jest też troszeczkę. Was młodych. Dowiecie się co was czeka.

Niespełnienie, płacenie wysokiej ceny za dążenie do szczęścia?

Przepraszam bardzo, a jaką chciałabyś zapłacić cenę za szczęście? Niską, czy żeby w promocji dali? Znów wyjdę na straszliwego pesymistę, ale niespełnienie jest udziałem większości z nas, dlatego, że jesteśmy nienasyceni. Zawsze chcemy więcej: pieniędzy, partnerów, sławy, chcemy być bardziej kochani, bardziej bezpieczni, żyć bardziej, dłużej, łagodniej. Już nie wiem. Dostajemy i nagle rozumiemy, że nie o to chodziło, albo o to, tylko myśmy się zmienili. Ewka się zmieniła, Łukasz się zmienił. I trzeba iść dalej. Dokądś. Być gdzie indziej.

Ty mówisz po pisarsku – wszyscy jesteśmy niespełnieni, mało kto doświadczy szczęścia. Przypomnę – jesteś tu pesymistyczny do bólu, a w rzeczywistości jest inny Łukasz. Śmieje się, żartuje i jest wesoły.

Bo szczęście nie trwa, szczęście się zdarza. Nie możemy być non stop szczęśliwi, tak się nie da. Ale możemy wykształcić w sobie stałą gotowość na szczęście. Istnieje możliwość dostrojenia siebie do świata tak, by reagować pozytywnie na każdą okazję bycia szczęśliwymi. Mówię o czymś bardzo prostym. O gotowości do cieszenia się życiem. Jestem wesoły jak granat wrzucony do sierocińca.

Udzieliłbyś rady tym, którzy chcieliby zacząć pisać? Jaki powinni zrobić pierwszy krok?

Tak. Mówię z własnego doświadczenia i własnej młodopisarskiej śmieszności. Nim zaczniesz pisać, zastanów się dlaczego chcesz się tym zająć. Naprawdę nie masz niczego innego do roboty? To uczciwe pytanie. Czy pisanie nie jest tylko pomysłem na zapełnienie pustki w życiu, na bycie kimś? Warto się nad tym zastanowić. Ja się nie zastanowiłem i wydałem dwa chujowe tomiki, szpecące mi dziś bibliografię. Pisanie jest prośbą o głos. Książka to prośba o pieniądze. Zwracam się do każdego, kto chce zostać pisarzem: czy naprawdę masz tyle do powiedzenia, żeby prosić ludzi o czas i pieniądze? Jeśli nie, odpuść. Albo poczekaj.

Można żyć z pisania książek?

Przecież nie umarłem. Mało tego, żyję w jednym z najdroższych krajów Europy. Czemu u diabła tylu ludzi mnie o to pyta? Powiem Ci tak. Można żyć ze sprzedaży książek. Są tacy, którzy żyją godnie tylko z tego. Ja mógłbym żyć, lecz nie na wystarczającym poziomie. Stąd potrzeba poszukiwania innych zajęć, okołopisarskich. Mam felietony. Pracuję przy filmach. Robię to, bo lubię pieniądze i cieszy mnie spełnianie się na różnych polach.

Pytam, bo podobno pisarze przymierają głodem w czasach, gdy statystyczny Polak nie czyta nawet jednej książki rocznie! Skoro nikt tych książek nie kupuje, to się zastanawiamy z czego żyjecie.

Z jedzenia. Jemy i żyjemy. Właśnie, z jakiego filmu to jest cytat? Pisarz jest jak sierota w bramie. Ktoś rzuci mu pięć złotych, ktoś zatrudni do przenoszenia węgla, ktoś zaprosi na obiad. Można przy tej okazji zwinąć srebrny widelec i popędzić do lombardu.

„Każdy orze, jak może”.

Dokładnie. Ja na pisaniu zbudowałem dobre, pełne, przesycone wrażeniami i godne życie.

Dałbyś radę żyć bez pisania, w sensie psychicznym?

Nie wiem. Nigdy nie próbowałem żyć. Natomiast wyobrażam sobie, w jakimś wymiarze, sytuację, w której zajmuję się pracą zawodową a pisuję sobie po godzinach, bardzo niewiele. Musiałaby to być, oczywiście, praca fizyczna. Zapewne na Zachodzie. W takiej sytuacji być może wydawałbym książki samodzielnie, nie dbając o zysk, kierując je bezpośrednio do grupy tzw. wiernych czytelników albo wrzucał w sieć. Zawodowym pisarzem zostałem tylko dlatego, że nie byłem dość bogaty aby dokładać do tego interesu.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement