Temat tygodnia: Nowe technologie rozwijane są z myślą o zwykłych użytkownikach, a oni nadal mają problemy z ich obsługą. Na czym polega problem i czy da się go rozwiązać?

Artykuł/Social media 20.10.2013
Temat tygodnia: Nowe technologie rozwijane są z myślą o zwykłych użytkownikach, a oni nadal mają problemy z ich obsługą. Na czym polega problem i czy da się go rozwiązać?

W mijającym tygodniu wszyscy mieliśmy okazję śmiać się z kompromitującej niewiedzy polityków, którzy „popisali się” nieznajomością podstawowej obsługi Skype’a, a następnie zdecydowali się poskarżyć prokuraturze, że padli ofiarą „ataku”. Postanowiliśmy się przyjrzeć temu problemowi z nieco szerszej perspektywy…

Paweł OkopieńPaweł Okopień: To niezwykle złożony problem, za który odpowiadają sami użytkownicy, my, czyli media, państwo z instytucjami edukacyjnymi oraz producenci elektroniki. Wszyscy odpowiadamy za cyfrowe wykluczenie.

Zacznę od producentów podając najlepiej mi znany przykład Apple’a, który choć dla innych mógłby być wzorem intuicyjności, sam ma jeszcze wiele do nadrobienia. Pierwszy iPhone rzeczywiście był intuicyjny, w porównaniu do telefonów z Symbianem, tradycyjnych komórek i brzydkich odtwarzaczy multimedialnych MP4. Jednak jego intuicyjność wychodziła też z jego ograniczenia. W ciągu ostatnich lat w iOS wpompowano setki dodatkowych funkcji i dziś normalny użytkownik nie jest w stanie się we wszystkim połapać. Znam kilku użytkowników iPada, którzy sięgali po dłuższe instrukcje, albo prosili o wskazówki odnośnie korzystania ze sprzętu. Samo menu ustawień jest dziś tak zawiłe i opasłe, że trudno mówić o jego intuicyjności.

Pomijam zupełnie inne sprzęty, jak na przykład zestawy audio, czy aplikacje i serwisy internetowe. Spójrzmy jak trudno jest dziś odnaleźć się we wszystkich opcjach Facebooka, a w dodatku każdy ma „fejsa” wyglądającego inaczej. Staromodne instrukcje obsługi są dziś nie na miejscu, ale potrzebujemy nowych instrukcji, z których będziemy z przyjemnością korzystać i wykorzystywać nasze urządzenia.

Ponadto mamy marny system edukacji, w którym studenci na V roku studiów nie są w stanie ogarnąć podstaw Excela. Uczniów wciąż uczy się urywka wiedzy, a nie uczy się ich jak tą wiedzę pozyskiwać, jak wykorzystywać powszechnie dostępne narzędzia. Dziś uczeń i student, mając przed sobą Google na sprawdzianie z języka polskiego, czy historii i tak pewnie nie miałby z niego większego pożytku. Może znalazłby informacje, ale nie potrafiłby ich zinterpretować (ale to już kwestia stricte edukacyjna).

Za moich całkiem niedawnych lat szkolnych na informatyce wałkowało się podstawy htmla i formatowanie tekstu w Wordzie. Tego drugiego większość nie zapamiętała, o tym pierwszym zapomniała jeszcze szybciej. Chciałbym aby dziś w szkołach obok obsługi pakietu Office, dzieci uczyły się również obsługi przeglądarek internetowych, bezpieczeństwa w serwisach społecznościowych, wyszukiwania w Sieci oraz wykorzystywania urządzeń mobilnych.

Są media, w których rzadko kiedy można znaleźć dobre treści dla ogółu społeczeństwa. Albo mamy serwisy takie jak Spider’s Web, gdzie większość materiałów jest adresowana do pasjonatów tematyki, albo mamy dziennikarzy, którzy sięgają po jakiś temat i nie mają o nim bladego pojęcia.

Media głównego nurtu poświęcają technologii minimum miejsca. Ile czasu poświęcanych jest w TVN, TVP, czy Polsacie gadżetom, Sieci, a ile motoryzacji, gotowaniu, modzie?

Może to i spore uogólnienie tematu, ale winnych jest dużo i jest też kilka różnych sposobów na zwalczenie cyfrowego wykluczenia.

grabiec nowePiotr Grabiec : Jeśli chodzi o tego tajemniczego „zwykłego użytkownika”, to jeśli miałbym zgadywać, to on wcale nie jest taki niekumaty jak mogłoby się wydawać. Ba, jestem wręcz pewien, że on czerpie więcej radości ze sprzętu elektronicznego niźli geek, bo zamiast godzinami grzebać w ustawieniach i konfigurować jakieś zaawansowane funkcje, po prostu klika przycisk power, ustawia ładną tapetę, loguje się na swoje konta (lub nie) i… korzysta.

Nie da się ukryć, że obsługa sprzętu komputerowego dzisiaj już nie przypomina znajomości magicznych sztuczek. Zamiast znać komendy, wystarczy być średnio ogarniętym. Nie zastanawiało Was, dlaczego do komórek już nie ma grubszej od niego instrukcji obsługi? No właśnie – sprzęt naprawdę jest intuicyjny.

Oczywiście nie można zakładać, że każdy sobie z tym poradzi. Zresztą użytkownicy, statystycznie rzecz biorąc, faktycznie radzą sobie coraz gorzej. Ilość komputerów w gospodarstwach domowych w Polsce, które są podłączone do Sieci stale rośnie, a z drugiej strony odsetek korzystających z nich użytkowników umiejących chociaż w podstawowym stopniu te komputery obsłużyć… maleje.

Problem jednak nie leży już moim zdaniem w oprogramowaniu nowoczesnych urządzeń. To już jest na tyle proste, że Ci „zaawansowani użytkownicy” narzekają na to, że z ich narzędzi do pracy producenci chcą zrobić zabawki do konsumpcji treści. Usuwane są gdzie się da zbędne guziki, przyciski i opcje konfiguracji – wszystko po to, aby niejaki Homer Simpson po wyjęciu telefonu z pudełka nie musiał zaglądać do instrukcji.

Udaje się to lepiej lub mniej, a trend jest wyraźny. Niestety, problemem jest tutaj edukacja. Dotyczy to zarówno obsługi komputerów, smartfonów i tabletów, jak i umiejętności poruszania się po Sieci – ochrony własnej prywatności. Kto ma tutaj pokazać nowemu użytkownikowi komputerów i sieci, który dopiero do niej wszedł, jak się poruszać? Nauka pływania nie polega na wrzuceniu kogoś do wody 20 metrów od brzegu, a na matematyce w podstawówce nie dostaje się całek i kartki z wzorami.

Tutaj moim zdaniem daje ciała polska szkoła i szkolnictwo wyższe, a także rodzice – wychodzenie z założenia, że danie dziecku komputera będzie równało się z tym, że to dziecko zostanie domowym informatykiem nadal jest powszechne – a to nie do końca tak działa. Prawdę mówiąc, zupełnie nie tak. Dzieci obsłużą na komputerze to, co im potrzebne do szczęścia, a samodzielna nauka formatowania tekstu w Wordzie, żeby za kilka lat napisać samemu pracę dyplomową.

Jak ja byłem w podstawówce, to nawet Microsoft Word był cool, bo każda minuta spędzona z komputerem była… cool. Nie było internetu, tylko to, co się ręcznie zainstalowało na dysku więc szybko można było się znudzić. Klikałem dalej i dalej, poznając trzewia systemu operacyjnego mimochodem. Dzisiaj komputery i internet są wszędzie, więc już tego efektu ‚wow’ nie ma, a zamiast klepać w tego Worda można robić tysiąc innych rzeczy, bo internet jest praktycznie nieskończony.

Na szczęście programy komputerowe i webaplikacje dziś to nie jest rocket science, ale i tak potrzeba kogoś, kto chociaż na starcie pomoże nowemu użytkownikowi się w tym wszystkim połapać. Bez tego – zwłaszcza jeśli ktoś przyszedł do sieci bo go zmusiła do tego sytuacja, a nie było to potrzebą – taka osoba się zgubi, zrazi i zniechęci. I zamiast robić wygodnie przelewy bankowe z komórki pójdzie do operatora z prośbą ‚proszę wyłączyć mi ten diabelski internet’.

Mateusz NowakMateusz Nowak: Jeszcze kilka lat temu myślałem, że cyfrowe wykluczenie kiedyś przeminie. Gdy patrzyłem na to jak obsługują komputer moi rodzice i ich znajomi byłem załamany. Błądzili jak dzieci we mgle. Wtedy twierdziłem, że dopiero następne pokolenia będą szansą na eliminację wykluczenia cyfrowego.

Myliłem się. Gdy poszedłem do pracy zobaczyłem jak moi rówieśnicy obsługują rozmaite urządzenia elektroniczne. Szczerze się załamałem. Po tym jak dotarło do mnie, że osoby w moim wieku lub nawet odrobinę młodsze nie radzą sobie z pakietem biurowym, obsługą drukarki, a nawet wyłączeniem dźwięków w popularnym komunikatorze wiedziałem, że jest źle. Jest źle i będzie źle… zawsze.

Cyfrowego wykluczenia nie da się wyeliminować. Tak jak niektórzy nie potrafią obsługiwać narzędzi, wiertarek, pił, frezarek, tak też są osoby, które nie potrafią parkować i przenieść kontaktów ze starego telefonu do nowego, czy zablokować niechcianych połączeń na Skypie.

Paradoksalnie zwiększenie dostępu do Internetu tylko pogarsza sprawę. Ludzie nie próbują samodzielnie rozwiązać problemów, a proszą o pomoc innych. W czasach przedinternetowych samodzielnie radziliśmy sobie z problemami z komputerami. Dzięki temu poznawaliśmy je lepiej i staraliśmy się ekspertami. To już nie wróci.

Ewa Lalik, Spider's WebEwa Lalik: Chodzi o komunikację człowiek-urządzenie-człowiek. Ta jest po prostu nienaturalna i nieintuicyjna. W życiu nie porozumiewamy się dziwnymi urządzeniami jak myszka, nie gładzimy płaskich powierzchni gdy chcemy coś zrobić. Ewolucja wykształciła nam kciuk przeciwstawny z możliwością dotknięcia nim małego palca nie bez powodu.

W ostatnich kilkudziesięciu latach komputery wywróciły wszystko do góry nogami. Nie dziwię się, że ludzie mają problem z obsługą urządzeń – nie dość, że jest to nienaturalne, to jeszcze tworzone najczęściej przez niedoskonałych ludzi, którzy zamiast „Ustawienia” piszą „Ust.” w smartfonie, a porozumiewać się ze światem próbują za pomocą mocno technicznego żargonu.

Jest jednak nadzieja. Coraz więcej firm i producentów rozumie potęg naturalnego języka i kontekstu. Na przykład wyszukiwanie głosowe – genialna, logiczna sprawa nawiązująca do codziennego życia i tego, czego znamy. Albo naturalne gesty, jak machnięcie dłonią w bok by zmienić kanał w telewizorze. To oczywiście jeszcze niedoskonałe rozwiązania, ale zwiastują całkiem nową erę w komunikacji z urządzeniami. Taką, w której nie trzeba będzie przesuwać zylionów list i przycisków, by zrobić cokolwiek.

przemek pajak w agoraPrzemysław Pająk: A ja pozwolę sobie rozwinąć wypowiedź z mojej wizyty w TVN24.

To, że politycy, profesorowie i tzw. eksperci nie potrafią korzystać z podstawowych narzędzi komputerowych i internetowych to standard, który znamy od dawna. Wiemy też także, że przeciętny Polak ma bardzo podobne umiejętności w operowaniu komputerem co „elity”. Nasi rodacy korzystają z najprostszych narzędzi, z najbardziej podstawowych usług i to w sposób, który trudno nazwać profesjonalnym.

Rekrutowałem w swoim życiu wiele osób. Zdecydowana większość z nich pisała w swoich życiorysach „biegła znajomość komputera”, jednak na najprostsze pytania z zakresu takich podstaw jak Word, Excel, czy Power Point, przydatnych przecież w każdej pracy biurowej, odpowiadali rozdziawieniem buzi w niewiedzy.

Podobnie wyglądałaby sonda nt. narzędzi i usług internetowych, z których korzystają Polacy. Jaka będzie znajomość takich usług jak Evernote, Spotify, czy właśnie wspominany Skype? Zapewne bardzo znikoma. Ile osób korzysta z programów do zarządzania hasłami, ile odwiedza w Sieci coś więcej niż tylko podstawowe portale, ile korzysta z darmowych kont pocztowych od O2, czy WP, pełnych reklamowego spamu?

Polski problem polega na tym, że podobnie jak zajęcia z wychowania fizycznego, lekcje obsługi komputera, ogłady informatycznej są olewane w szkołach. Mało kto przykłada do tego większą wagę; uczniowie wolą sobie popykać w gierki przy biernej akceptacji nauczycieli, a rodzice w swojej niewiedzy również przymykają na to oko. Wciąż większy nacisk w szkołach kładzie się na to, by uczeń wiedział co to mitochondria, czy znał na pamięć inwokację do „Pana Tadeusza” aniżeli potrafił zrobić coś więcej na komputerze niż odnaleźć przycisk „start”.

A potem się dziwimy, że ktoś wpada na tak absurdalny pomysł, by zgłaszać do prokuratury, że „był atakowany na Skypie”.

Ewa Lalik: Pytanie, czy umiejętność biegłej obsługi komputera i zrozumienie jego działania po to, by za 5 lat nie „wypaść z obiegu” powinno już być podstawą programową, ważnością dorównującą podstawą wiedzy o świecie.

Piotr Grabiec: Zastanów się, co będzie bardziej przydatne w życiu – wiedza co to mitochondrium, czy wiedza, gdzie szukać informacji z zakresu biologii?

Ewa Lalik: Co komu po umiejętności szukania, skoro nie zrozumie informacji, które czyta? Umiejętność szukania informacji jest bardzo ważna, ale w poprawnym odbiorze świata niezbędna jest też umiejętność czytania ze zrozumieniem (co od lat w polskich szkołach leży i jest powodem większości problemów) i posiadanie podstaw wiedzy o tym, co nas otacza. Inaczej znajdę info, co to mitochondrium, ale żeby je zrozumieć, będę musiała poświęcić kolejne 3 godziny na usystematyzowanie tej wiedzy (pewnie przez wpadnięcie w labirynt Wikipedii czy innej encyklopedii).

Piotr Grabiec: A czy ja mówię albo albo? Szkoły jest 12 lat, serio starczy wyciąć z programu te najmniej istotne rzeczy na poczet istotniejszego zagadnienia wyszukiwania informacji. Nie patrz czarno biało, czy ja mówię, żeby zlikwidować szkołę i dać dzieciakom po tablecie z Google i Wikipedią?

Umiejętność wyszukiwania informacji, łączenia faktów – nauka myślenia i korzystania z narzędzi, a nie tylko definicji i ważnych dat.

* zdjęcie pochodzi z serwisu Shutterstock

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement