Wydawcy serwisów będą musieli udostępniać dane hejterów. To niewykonalne i groźne

Felieton/Technologie 22.08.2013
Wydawcy serwisów będą musieli udostępniać dane hejterów. To niewykonalne i groźne

I znowu polski sąd namieszał. Jak czytam w dzisiejszej „Rzeczpospolitej”, najnowsza decyzja Naczelnego Sądu Administracyjnego przynosi dość istotną nowość – wydawcy serwisów internetowych będą zmuszeni udostępniać dane tzw. hejterów nie tylko na wniosek prokuratury, czy policji, ale także firm i zwykłych osób fizycznych. Czym się to skończy? Zalewem takich żądań.

Hejting to rosnący problem społeczny, nie tylko w internecie. W naszym społeczeństwie coraz częściej dochodzą do głosu agresywne postawy, a co najgorsze – coraz częściej są publicznie akceptowane (vide reakcja niektórych mediów oraz grup społecznych na jawne naruszenie prawa przez oszołoma, który pobił Grzegorza Miecugowa w programie na żywo w stacji TVN24). W Sieci zaś trwa dziś regularna jatka, a wszelkie normy savoir-vivre są od dawna łamane. Nienawiść, przemoc słowna, wulgaryzmy – to dzisiejszy standard w mediach online’owych.

Nie dziwię się, że urzędy, firmy, a nawet niektórzy celebryci chcą coś z tym zrobić. Jednak nie jestem przekonany, czy przerzucanie się odpowiedzialnością za kontrolę zjawiska – a na to wygląda decyzja NSA – to słuszny kierunek.

Po decyzji sądu ma być tak, że ktokolwiek może się zwrócić do wydawców serwisów internetowych i poprosić o dane identyfikujące osobnika, który – według wnioskodawców – obraża ich dobre imię, czy wystawia na szwank reputację ich marki, czy firmy. Jeśli właściciel serwisu odmówi, będzie mieć na karku GIODO, które nakaże udostępnić takie dane wnioskodawcy.

To absurdalne rozwiązanie.

Z kilku względów. Po pierwsze przerzuca odpowiedzialność wykonawczą na właścicieli mediów online’owych. Dlaczego ja, jako wydawca Spider’s Web, mam tracić swój czas na wykonywanie pracy, którą powinny się zajmować odpowiednie organy ścigania? Ba, dlaczego ja, jako wydawca SW mam rozstrzygać, czy dane zgłoszenie chęci poznania danych komentującego jest uzasadnione, czy nie? W końcu nie jestem prawnikiem.

Po drugie, co komu tak naprawdę po znajomości numeru IP komentującego i ewentualnie adresu e-mail? Większość wydawców serwisów tylko takimi danymi dysponuje, a każdy przeciętnie rozgarnięty wydawca wie, że znajomość numeru IP w większości przypadków nic nikomu nie da. Wiele najpopularniejszych dostawców infrastruktury stosuje bowiem praktykę przydzielania aktywnego IP swoim klientom, więc jutrzejsze połączenie danej osoby wcale nie musi następować z tego samego adresu. Ponadto rasowi hejterzy nie są głupi – ani nie podają prawdziwych maili, ani nie podpisują się prawdziwym imieniem i nazwiskiem, a zapewne spora ich część korzysta z ogólnodostępnych narzędzi, które sztucznie zmieniają numery IP.

Po trzecie, decyzja sądu to kolejny przykład na to, jak tzw. realny świat zupełnie nie rozumie sposobu w jakim funkcjonuje świat wirtualny. Po raz kolejny tworzone są sztuczne, absurdalne rozwiązania prawne, które nie tylko nie będą działały (lub będą prowadziły do różnego rodzaju nadużyć), ale także będą ośmieszane publicznie, podobnie jak było z koniecznością informowania odwiedzających strony internetowe użytkowników o zbieraniu plików cookies.

Hejting jest problemem

W to nikt nie wątpi, jednak takie działania ad hoc – tutaj obarczymy kolejnym dziwnym obowiązkiem wydawców, tam zrobimy spektakularną sprawę sądową przeciwko internetowemu oszczercy – niczego nie zmienią. Ba, pewnie wzmogą już rozdmuchaną falę hejtu w Sieci.

Ja jestem przekonany, że hejting czerpie podstawy z ogólnych nastrojów w społeczeństwie, z kryzysu ekonomicznego, rosnącej frustracji przeciętnych osób, z silnej polaryzacji nastrojów politycznych. To tam należałoby najpierw uspokoić sytuację, a później się zastanawiać jak walczyć z hejterami w Sieci.

Zdjęcie Anger, close up of angry man with smoke coming out from his  pochodzi z serwisu Shutterstock.

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement