Piotr Lipiński: CUD NAD WISŁĄ, czyli jak nie nadszedł Amazon

Felieton/Technologie 25.04.2013
Piotr Lipiński: CUD NAD WISŁĄ, czyli jak nie nadszedł Amazon

Właściwie to mamy lepiej niż Amerykanie. I to technologicznie.

Co prawda za komputery, paliwo i ubrania płacimy więcej, niż w USA, ale przynajmniej mamy ebooki bez dziwacznych, antypirackich zabezpieczeń. Cieszmy się więc chociaż z tego drobiazgu. Cóż za piękny widok – jak powiedział pewien pan, wisząc nad przepaścią.

Mniej więcej rok temu do Polski miał – według plotek – zawitać amerykański Amazon. Choć niestety nie dotarł do kraju nad Wisłą, to zapowiedź spowodowała chyba więcej dobrego, niż gdyby sam zawitał.

W czasach przed-plotkowo-amazonowych rynek wyglądał kiepsko. Na półkach w internetowych księgarniach hulał cyfrowy wiatr, za to jeśli już znaleźliśmy jakąś książkę, to była zabezpieczona przez DRM.

To taki sprytny system, podobno antypiracki, choć generalnie przed wszystkim utrudniający życie uczciwym czytelnikom. Nigdy nie kupiłem elektroksiążki zabezpieczonej w ten sposób. Moją potrzebę lektury zaspokajało zapoznanie się z opisem procedury, jaką musiałbym przejść, zanim zajrzałbym do tytułu. Dzięki DRM czytanie jeszcze nigdy nie było tak trudne.

Ale dziś właśnie z powodu DRM jesteśmy lepsi od Amerykanów. Bo o ile Amazon wciąż stosuje taki sposób zabezpieczeń wielu sprzedawanych przez siebie ebooków, to w Polsce DRM prawie zniknął z rynku.

Oczywiście zawsze była dość istotna różnica – DRM używany u nas był dla czytelnika uciążliwy, a amazonowe zabezpieczenia praktycznie niewidoczne. Tam wystarczało kliknąć – i książka po chwili lądowała w czytniku Kindle.

Ale to wszystko wyglądało dobrze, dopóki chcieliśmy korzystać z księgarni Amazonu. A co, jeśli postanowiliśmy odejść do konkurencji, bo na przykład nie spodobało nam się, że pracowników Amazonu pilnowali naziści? Wtedy sprawy się komplikowały – w najgorszym wypadku mogliśmy pożegnać się z całą naszą elektrobiblioteką. Albo musieliśmy sami zdjąć zabezpieczenia z kupionych w Amazonie książek, aby przenieść je do urządzenia, którego nie obsługuje oprogramowanie Kindle. Co nie jest łatwe, proste i przyjemne.

amazon-smartphone-tmc

Tymczasem polskie e-księgarnie w ciągu ostatniego roku stały się zdecydowanie bardziej elastyczne. Mało, że sprzedają e-książki bez DRM, to na dokładkę bardzo często od razu w dwóch formatach – mobi i epub. To bardzo ważne – mobi „działa” na najpopularniejszym w Polsce czytniku Kindle, a epub na przykład na Onyxie czy iPadzie. Dziś mobi i epub najczęściej kupujemy w jednej cenie. Do niedawna dostawaliśmy jeszcze czasami PDF, ale ponieważ jest kiepsko przystosowany do czytników z niewielkimi ekranami, to wydawcy z niego rezygnują.

Jest tu jednak pewien haczyk. Kupioną wysyłkowo papierową książkę możemy oddać do księgarni. Ale jak tu zwrócić ebooka? Otóż jest to możliwe, ale niestety właśnie w Amazonie, który słynie z niesłychanie przyjaznego podejścia do klientów. Po prostu zgłaszamy, że chcemy oddać i już. Dociekliwym poszukiwaczom darmowej lektury wyjaśniam – jeśli ktoś oddaje kilka książek pod rząd, to Amazon prawdopodobnie zawiesi mu konto. Czyli mówiąc ludzkim językiem stwierdzi, że z taką osobą nie chce robić interesów. Dla pełnego obrazu dodam, że pewnej grupie autorów nie spodobało się takie liberalne podejście, co opisywał „Świat Czytników” w tekście „Autorzy protestują przeciwko… polityce zwrotów e-booków w Amazonie„.

A spróbujcie oddać ebooka w Empiku. I to na przykład z tego powodu, że kupiliście niewłaściwy format. Dwa miesiące temu Empik nadal sprzedawał osobno mobi i epub. Mój kolega, który zna się na pisaniu książek na tyle dobrze, że dostał nominację do „Nike”, niestety jest mniej biegły w formatach ebooków. Nieszczęśliwie kupił pokaźną liczbę epubów z myślą o przeczytaniu ich na Kindle. To jakby nabyć apple’owe iWork z myślą o zainstalowaniu na Windowsach – nie da się. Reklamacja nie pomogła – Empik nie wymienił książek na mobi. Pozostała konwersja domowym sposobem, co w sumie drogą wyjaśnień mailowych zajęło nam kilka godzin. Dziękujemy ci Empiku za mile spędzony czas!

Plotka o zbliżającym się Amazonie spowodowała jednak coś ważniejszego, niż tylko zlikwidowanie DRM-ów i sprzedawanie ebooków na raz w różnych formatach. Najważniejsza zmiana, jak dokonała się w ubiegłym roku, to fakt, że w Polsce pojawiło się wreszcie dużo ebooków. Polscy wydawcy, jakby bojąc się nadejścia amerykańskiego giganta, zabrali się energicznie za wydawanie elektroksiążek. I w ten sposób dziś większość bestsellerowych nowości wychodzi zarówno w wersji papierowej, jak i ebookowej! Uważam, że należy docenić polskich wydawców za ogromną pracę, jaką wykonali w ciągu tego roku. Zwłaszcza, że traktowali to bardziej jako inwestycję na przyszłość, niż licząc na szybkie zyski. Wciąż sprzedaż ebooków raczej nie przekracza 10 procent nakładu papierowego.

Wygląda na to, że wydawcom wyraźnie zależy na stworzeniu rynku ebooków, a już na pewno na zajęciu na nim solidnej pozycji. Temu służą dziesiątki promocji. Codziennie wszystkie ważne księgarnie proponują po kilka dobrych tytułów w obniżonych cenach. Czasami nawet możemy kupić coś interesującego za mniej niż 10 zł.

Amazon, zdaje się, na jakiś czas odpuścił sobie polski rynek. Mało, że nie wkroczył do Polski ze swoją księgarnią, to nawet wciąż nie wspiera języka polskiego w ebookowych publikacjach. Stąd wybór rodzimych tytułów w amerykańskiej księgarni jest raczej niewielki.

Ponad rok temu można było w dość pokrętny sposób umieścić swoją książkę na półkach Amazonu. Wybrałem drogę selfpublishera, wznawiając swój tytuł, który wcześniej ukazał się w wersji papierowej. Tak zawędrowałem tam z moim ebookiem „Piąta Komenda”, co opisałem na Spider’sWeb w tekście „Spiracili mi książkę. Nie obraziłem się ani nie poszedłem na policję, bo iBóg żyje wiecznie”.  Po kilku miesiącach Amazon przeprowadził czystkę, wywalając sporą część polskich książek. Nie wiadomo, czym się kierował, bo potrafił usunąć kilka tytułów jednego autora, pozostawiając inne. Całą akcję opisywałem tym razem u mnie na blogu. Niedawno sprawdziłem, że znowu udaje się wstawić swoją polskojęzyczną książkę na półki Amazonu – ostatnio dodałem ebooka „Humer i inni”.  Ale to wciąż takie wrzucanie czegoś przez siatkę do ogródka Jeffa Bezosa.

Tymczasem w Polsce nie ma z tym żadnego problemu. Samowydawca bez problemu zawędruje do największych księgarni Virtualo, Empik, Merlin. Choć akurat w Polsce selfpublishing nie osiągnął sukcesu odrobinę nawet zbliżonego do tego w amerykańskim wydaniu. Ale też cały polski rynek książki – i ebookowy, i papierowy – szoruje po dnie i żyje głównie z nadziei na lepsze jutro. Podejrzewam, że wydawcy, który przygotowuje teraz moją „papierową” książkę, będę musiał niedługo wozić obiady w menażkach.

Bo niestety do książek oprócz autorów potrzeba jeszcze czytelników. A tych w Polsce – wbrew wielu mitom – nigdy nie było zbyt wielu. Łukasz Gołębiewski w książce „Gdzie jest czytelnik?” opisał nasze dzieje nie-czytania: „W Rzeczpospolitej szlacheckiej książka nie decydowała o randze gospodarza, na dworze rzadko gromadzono podręczne księgozbiory. Tak jak dziś z Google czy z Facebooka, tak wówczas wiedzę czerpano z kalendarza, czyli z krótkich, wyrwanych z kontekstu cytatów, wypisów, historycznych rocznic i wspomnień, porad etc. Lata PRL były krótkim okresem, kiedy w społeczeństwie wyrobił się snobizm na kupowanie i kolekcjonowanie książek, najchętniej tych >spod księgarskiej lady<, trudno dostępnych, wcale niekoniecznie czytanych, ale ustawianych na półkach, subskrybowanych, wystawianych na pokaz„.

I dziś to jest największa bariera dla rozwoju ebooków. Nie to, że wybór wciąż jest skromny – przynajmniej jeśli chodzi o wznowienia tytułów sprzed lat – albo że ebooki są drogie. Być może nawet „chomik” nie jest najważniejszym problemem, bowiem nie każdy, kto ściągnie książkę, w innym wypadku by ją kupił. Problem to raczej brak czytelników. Z książki Łukasza Gołębiewskiego możemy poznać zatrważające statystyki. Według badań z 2010 r. co czwarty Polak z wykształceniem wyższym lub licencjackim przyznawał się, że nie czyta książek! Biblioteka Narodowa ustaliła, że do książek nie zagląda 36 proc. ludzi sprawujących stanowiska kierownicze. Być może jedyny ich kontakt ze słowem pisanym to wyciąg z konta bankowego. Podobnie fatalnie wyglądają liczby, jeśli zapytamy o czytelnictwo tekstów dłuższych niż trzy strony albo trzy komputerowe ekrany. Prawie co drugi Polak badany przez Bibliotekę Narodową oświadczył, że w ciągu ostatniego miesiąca nie przeczytał tak „długiego” tekstu.

Na szczęście właśnie wspólnie przekroczyliśmy owe magiczne trzy strony. Jest więc nadzieja, że słowo pisane przetrwa, a pisarze nie podzielą losu dinozaurów.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje na www.piotrlipinski.pl. Żartuje ze świata na www.twitter.com/PiotrLipinski. Nowy ebook „Humer i inni” w księgarniach Virtualo – goo.gl/ZaNek Empik – goo.gl/UHC6q oraz Amazon – goo.gl/WdQUT oraz Apple iBooks – goo.gl/5lCGN

Tagi: , ,

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement