Jestem leniwa, nie piracę

Felieton/Technologie 08.02.2013
Jestem leniwa, nie piracę

Olać Straty Kazika, olać głodne kawałki o obowiązku wynagradzania twórców, odpowiedzialności i tym podobnych. Piracenie nie jest fajne, bo wymaga za dużo wysiłku.

Byłam piratem – miałam przepaskę na jednym oku, na ramieniu papugę, piłam rum z beczułki i grabiłam. A, nie, przepraszam, nie tak. Byłam piratem – ściągałam przede wszystkim mnóstwo muzyki i grabiłam wytwórnie oraz artystów. Niechlubna ta przeszłość odeszła w niepamięć, a wraz z wszelkimi Deezerami i innymi Pandorami wspieranymi YouTubem i last.fm pozbyłam się całkowicie nawyku piracenia. Wiem, że streaming nie jest opłacalny dla artystów, ale lepsze to, niż piracenie.

I tak sobie w zasadzie od 2 lat radzę. Wczoraj zauważyłam, że jeden z moich ulubionych wykonawców wydał ostatnio kilka utworów, które nie trafiły na wcześniejsze albumy. O! – pomyślałam i weszłam w profil wykonawcy na Deezerze. Nie ma nowych rzeczy. Nic to – pomyślałam niezrażona i włączyłam webowe Spotify. Przecież wszyscy mówią, że Spotify ma taką  wspaniałą bibliotekę, to tam na pewno będzie. A jednak nie ma!

Na YouTube’ie oczywiście wszystko znalazłam, a 7digital i Google Play nie chciały przyjąć moich kart (ostatnio zmieniałam i mam z nimi jakieś problemy). Szatańska myśl wpadła mi do głowy – może spiracić? A niech to, dawno tego nie robiłam! Wpisałam więc w Google „nazwa wydania + download” i zaczęłam kopać. Tu nieaktywny link, tu żądają opłaty, wszędzie wyskakujące reklamy tak, że więcej czasu spędza się na walce z nimi, niż na realnym szukaniu. W międzyczasie udało mi się coś pobrać, ale okazało się, że to jakieś śmieci podszywające się pod dobrze wypozycjonowaną nazwę (w takich momentach cieszę się, że używam Ubuntu, a nie wirusołapiącego Windowsa).

W końcu znalazłam, bo przerodziło się to w wyzwanie, ale finalnie nawet nie pobrałam. Dopadła mnie za to smutna refleksja, że piraci to jednak mają ciężkie życie. Ja finalnie posłucham sobie utworów wykonawcy na YouTube’ie i odpuszczę, a oni będą krążyć po tych nieprzyjaznych, najeżonych pułapkami czeluściach internetu, walcząc z flashowymi pop-upami (swoją drogą czy wypada poważnemu operatorowi reklamować się tak nachalnie na stronach warezowych?) i ryzykując zdrowie swojego komputera. Ja pierwszy raz odkąd mam Deezera poczułam dotkliwy brak wykonawcy, którego uwielbiam, a poza tym siedzę sobie wygodnie w komforcie wyszukiwarki w serwisie i aplikacji mobilnej, dzięki której nie muszę przerzucać żadnych empetrójek na inne urządzenia i mam wszystko uporządkowane, z dostępem zewsząd. Piraci muszą kopiować, poprawiać tagi, porządkować biblioteki…

Jestem za leniwa na piracenie.

źródło grafiki: Uncle Catherine na Flickr.com (cc)

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement