Piotr Lipiński: LEICA W KAŻDEJ KIESZENI, czyli narodziny pstrykografii

17.01.2013
Piotr Lipiński: LEICA W KAŻDEJ KIESZENI, czyli narodziny pstrykografii

Po co mi aparat fotograficzny, jeśli nie jest podłączony do Internetu? – pomyślałem niedawno. I poczułem się przerażony. Bo właśnie sieć wdarła się w kolejny zakamarek mojego życia.

Najlepszy aparat fotograficzny to ten, który mamy przy sobie. To znany od dawna truizm. Ale dziś nie ma w nim już magii i odkrywczości. Bo po raz pierwszy w historii prawie każdy nosi ze sobą aparat. W smartfonie.

Annie Leibovitz, słynna fotografik-portrecistka, od pewnego czasu rekomenduje iPhone’a, gdy ktoś ją pyta, jaki kupić aparat. Leibovitz pewnego dnia utonęła w długach, można więc snuć podejrzenia dotyczące jej zachwytu akurat tym urządzeniem. Ale nie zmienia to faktu, że w fotograficznych możliwościach smartfonów tkwi wielka moc – właśnie przez to, że wciąż mamy je ze sobą. Jakość zdjęć nie dorównuje – i pewnie nie dorówna – tym z lustrzanek. Ale też lustrzanki nigdy nie włożymy do kieszeni.

Cyfrowa rewolucja w fotografii na dobre zaczęła się nieco ponad 10 lat temu. Zaledwie na początku XXI wieku. Wówczas zawodowcy zaczęli coraz częściej sięgać po cyfrowe lustrzanki, pojawiające się na rynku. Już wtedy jednak okazywało się, że małe aparaty cyfrowe, mimo swych ograniczeń, potrafią pokazać potęgę. Trochę tak, jak kiedyś małoobrazkowa Leica zademonstrowała swoją „mobilną” moc potężnym aparatom średnioformatowym.

W maju 2004 roku jako reporter „Gazety Wyborczej” uczestniczyłem w urodzinowej audiencji papieża Jana Pawła II. Akredytację dostawało kilka osób „piszących” i tyleż fotografujących. Niestety, nie otrzymał jej nasz redakcyjny fotoreporter, wyposażony w lustrzankę z kompletem „szkieł”. Ja od pewnego czasu woziłem ze sobą mały cyfrowy „kompakt” Canon G2. Wyjątkowo uzyskałem zgodę, abym jako „piszący” mógł fotografować. Tylko dlatego, że mój aparat był niepoważnie mały i nie robiłem wokół siebie tyle „zamieszania”, co zawodowiec. Technicznie zdjęcia wyszły przeciętnie, ale wystarczająco poprawnie, aby ukazały się w „Gazecie Wyborczej”. Bo fotografia reporterska to nie reklamowa. Ważniejszy od doskonałości technicznej bywa interesujący albo po prostu informacyjny kadr.

Wcześniej Krzysztof Miller, znany z fotografii wojennej, zrobił właśnie takim „maluchem”, Canonem G2, świetne zdjęcie na okładkę „Magazynu” „Gazety Wyborczej”. Wykorzystał to, co dla niektórych było i jest słabością „kompaktów” – ich olbrzymią głębię ostrości. Uchwycił ostro zarówno duże zbliżenie tatuażu na ręce bohatera jak i jego twarz w drugim planie. Sztuka niekiedy polega na czerpaniu z pozornych wad.

Oglądam dzisiaj zdjęcia z mojego smartfona i owego Canona G2 – w obu jakość fotografii jest zbliżona.

Teraz pewnie próbowałbym sfotografować papieską audiencję przy pomocy „komórki”. Dziś już nawet na okładkach tygodników pojawiają się zdjęcia ze smartfonów. Tradycyjne media trochę tym próbują pokazać, że są „trendy”, ale wagę i popularność „komórkowej” fotografii doceniają też internetowi wyjadacze. Znany serwis fotograficzny DPReview uruchomił niedawno specjalny dział poświęcony fotografii mobilnej.

W „malowanej światłem” rewolucji ostatnich lat można dostrzec dwa przełomowe momenty. Pierwszy, dziś już oczywisty, to w ogóle pojawienie się fotografii cyfrowej, która najpierw trafiła w ręce zawodowców, a wkrótce podbiła rynek amatorski. Profesjonaliści, którzy patrzyli z nieufnością – aż trudno dziś uwierzyć! – na pierwsze cyfrowe lustrzanki, teraz standardowo pracują na kartach pamięci, a nie negatywach. Fotografowanie upowszechniło się wśród amatorów, pstrykających niezliczone ilości zdjęć, bo przecież niepotrzebne zawsze można skasować i nic to nie kosztuje. Tania „cyfrówka” stała się nawet na chwilę popularnym prezentem komunijnym.

Ale drugi etap tej rewolucji dzieje się właśnie teraz. To pojawienie się przyzwoitych aparatów w „komórkach”. Dzięki nim robienie zdjęć stało się nie tylko bardzo popularne – jak chwilę wcześniej dzięki aparatom cyfrowym – ale masowe. Smartfonami dziś „pstrykają” okolicznościowe fotki osoby, które wcześniej nigdy nie miały żadnego własnego aparatu! W odróżnieniu od poważnej fotografii można by to nazwać „pstrykografią”.

Przy okazji pojawiły się też inne możliwości. Każdy dzięki Internetowi może błyskawicznie pokazać swoją fotkę znajomym. Dystans między zrobieniem zdjęcia a jego wyeksponowaniem skrócił się do kilku sekund. Ale grozi to też niebezpieczeństwem: lekkomyślnie wrzuconego do sieci zdjęcia nigdy już nie da się usunąć. Kiedyś mogliśmy zniszczyć negatyw i wszystkie odbitki.

Oba etapy tej rewolucji mają olbrzymie znaczenie i dla amatorów, i dla zawodowców. Ci pierwsi dzięki cyfrowej ciemni błyskawicznie osiągają efekty, nad jakimi ci drudzy ślęczeli w „mokrej” ciemni długimi godzinami. Ale „cyfrowe” rewolucje, chociaż znakomicie ułatwiają życie, to też bezpardonowo rozprawiają się z tradycyjnym światem. Amatorzy robią coraz więcej dobrych fotek, a zawodowcy coraz częściej tracą pracę. Jeden z moich kolegów zajmujących się fotografią polityczną dziś jest baristą. Inny za mój portret, tak zwaną „główkę”, dostał ostatnio od kolorowego pisma 30 zł. (słownie: trzydzieści złotych).

Dzisiejsze problemy zawodowców wynikają nie tylko z powszechności „cyfrówek” i podwyższenia się poziomu amatorskiej fotografii. Co najmniej równie ważny jest fakt, że świat po prostu się „skurczył”.

Dawniej fotografie z „National Geographic” zapierały dech w piersiach, bo były perfekcyjnie wykonane i pokazywały nieosiągalny dla nas świat.

Dziś dotarcie do najodleglejszych zakątków to – upraszczając – kwestia pieniędzy. Amator popłynie ze swoim aparatem na biegun albo wejdzie na Mount Everest. Nie zrobi pewnie ujęcia godnego nagrody World Press Photo, ale i tak sfotografuje coś, co kiedyś oglądał tylko dzięki pośrednictwu zawodowego fotografa.

Swoje zdjęcia z nurkowania na Malediwach może pokazać całemu światu. Wrzuci kadry na Instagram, którego nawet zawodowcy już nie lekceważą. W serwisie znajdziemy zdjęcia sygnowane właśnie przez „National Geographic”.

Czy jednak Instagram to znakomita, ogólnoświatowa wystawa, czy raczej miejsce dobitnie pokazujące, że ilość nie przechodzi w jakość? Wielu widzi w Instagramie serwis, który umożliwia głównie psucie zdjęć, które i tak są liche, bo wykonane smartfonem.

Ale można spojrzeć na to z innej strony i dostrzec główny powód popularności serwisu – Instagram pozwala wycisnąć maksimum z naszych smartfonów. Tak jak kiedyś mogliśmy wady „kompaktów” obracać w zalety. Jeśli zdjęcia są słabe technicznie, to jeszcze bardziej to podkreślmy. Jeśli matryca w „komórce” rejestruje nadmiar szumów, to dodajmy ich jeszcze więcej, stylizując zdjęcie na wykonane kilkadziesiąt lat temu.

W Instagramie niepokoi mnie nie tyle „psucie” zdjęć, eksponowanie ich niedoskonałości, co łatwość posługiwania się formą pozbawioną treści. Korzystając z różnych filtrów można bardzo słaby kadr przetworzyć tak, aby stał się wizualnie atrakcyjny. Zdjęcie pustego leżaka na plaży staje się pozornie równie wartościowe, co lwa skaczącego na antylopę.

Popularność Instagramu być może pokazuje kierunek, w którym rozwija się fotografia.

Jej najważniejszą cechą staje się błyskawiczność ekspozycji. W świecie zawodowców to był zawsze standard – agencje prześcigały się w dostarczaniu gorących kadrów. Ale dziś również amatorzy pragną relacjonować ważne dla siebie wydarzenia „na żywo”. Świat instant. Nasze zdjęcie z najodleglejszego zakątka traci powab, jeśli nie wrzucimy go do sieci kilka minut po zrobieniu. Z niecierpliwością czekamy na „lajki”.

Ale przecież to naturalne. Fotografia bez widza to jak książka bez czytelnika. Smartfony to pierwsze od czasów aparatu Polaroida urządzenia, w których można zamknąć cały proces, od wykonania fotografii, przez jej obróbkę aż do wystawienia przed publicznością. I tego coraz częściej brakuje mi w lustrzankach. Oczywiście, one też w pewnym stopniu pozwalają już na korektę zdjęć. Od dawna też fotoreporterzy ekspediują z nich swoje dokonania na redakcyjne „ftp”-y. Ale daleko tym rozwiązaniom do wygody, jaką amatorom oferują smartfony. Stąd też pewnie pojawiają się pomysły producentów, aby wbudowywać do „prawdziwych” aparatów oprogramowanie ułatwiające kontakt z siecią. Za parę lat aparat fotograficzny bez połączenia z Internetem może wydać się czymś tak archaicznym, jak dziś lustrzanka z negatywem.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje na www.piotrlipinski.pl. Żartuje ze świata na www.twitter.com/PiotrLipinski. Nowy ebook „Humer i inni” w księgarniach Virtualo – http://goo.gl/ZaNek Empik – oraz Apple iBooks – http://goo.gl/5lCGN

Dołącz do dyskusji

Advertisement