Formuła Call of Duty się wyczerpała? Wyniki sprzedaży Black Ops II świadczą o czymś innym

10.12.2012
Formuła Call of Duty się wyczerpała? Wyniki sprzedaży Black Ops II świadczą o czymś innym

Po pierwszych zwiastunach prezentujących najnowszą odsłonę cyklu Call of Duty, analitycy, recenzenci i gracze zakrzyknęli jak jeden mąż: „odgrzewany kotlet!” „Znowu to samo!” „To się już nie ma prawa sprzedać!”. Moi drodzy, najlepsze piosenki, to te, które już dobrze znamy. Nie inaczej jest z kultowym już interaktywnym filmem, dla niepoznaki nazwanym shooterem.

Call of Duty jest prawdziwą potęgą finansową. To najważniejszy, obok World of Warcraft, tytuł w ofercie Activision Blizzard. Marka przyniosła już dochód rzędu kilku miliardów dolarów i nie chce przestać być popularna. Wpłynęła też niesamowicie na cały rynek shooterów. Uprościła do bólu zasady, oferując widowiskowy spektakl dla pojedynczego gracza, ale niespecjalnie wymagający od niego czegokolwiek, prawdziwe wyzwanie rzucając w trybie wieloosobowym. Wszystkie inne popularne wojenne shootery, takie jak Battlefield czy Medal of Honor, „rżną” od Call of Duty tyle, ile się da. I dobrze na tym wychodzą, przynajmniej jeżeli chodzi o wyniki sprzedaży.

Formuła gry, teoretycznie, została wyczerpana. By zmienić coś w Call of Duty, to na dobrą sprawę, trzeba by było zmienić charakter całej gry. Tryb single player to kilkugodzinne widowiskowe show rodem z Hollywood. Nie ma tu taktyki, wyśrubowanego poziomu trudności, realizmu. Gracz właściwie jest sprowadzony do roli małpy, która musi wciskać odpowiednie guziki. Brzmi to okrutnie, ale nie tylko tak to wygląda. Jednak też za to fani Call of Duty uwielbiają tę grę. Mogą po ciężkim dniu na uczelni czy w pracy zasiąść na kanapie z gamepadem w ręku i po prostu dobrze się bawić. Szybka jazda bez trzymanki, roller-coaster emocji. Czy to jednak uzasadnia wydanie 240 złotych za grę? Nie, ale dlatego po zakończeniu kilkugodzinnego show możemy zacząć grać w trybie multiplayer, gdzie nasze umiejętności i zmysł taktyczny nareszcie zostaną poddane prawdziwej próbie.

Wybaczcie analitycy, ale Call of Duty, wraz ze wszystkimi swoimi odnogami, od lat, co roku, wyglądają tak samo. Mają jeszcze lepszą reżyserię, jeszcze więcej efektów na ekranie i jeszcze fajniejsze mapy do multiplayera. Nie zmienia się nic, bo to co jest wciąż nam się nie nudzi. Co prawda nie mogę ręczyć za Modern Warfare 3 i Black Ops II, bom człek niemajętny, gier do kupienia jest dużo, a PR-owcy zajmujący się grami mają chyba moją skromną osobę w czterech literach, ale z całą pewnością w końcu nadrobię zaległości. Bo doskonale wiem, tak jak miliony graczy na całym świecie, czego spodziewać się po Call of Duty. Powiem więcej, wręcz obawiam się subtelnych zmian, które widziałem w zwiastunach Black Ops 2.

Moje przemyślenia mają swoje odzwierciedlenie w faktach. Odgrzewany, nieinnowacyjny kotlet po piętnastu dniach na rynku przyniósł Activision Blizzard miliard dolarów przychodu. Gra wciąż cię cudownie sprzedaje, zarówno na PC, jak i na konsolach. To tyle jeżeli chodzi o analityków i ich opinie. Call of Duty ma też bezpieczną przyszłość. Już teraz sobie wyobrażam jak wielkim hitem będzie na Xbox 720 i PlayStation 4, pokazując możliwości tych konsol. Jedynym zagrożeniem dla marki jest ewolucja. W kierunku, którego gracze nie zaakceptują. A na to się, póki co, nie zanosi.

Maciek Gajewski jest dziennikarzem, współprowadzi dział aktualności na Chip.pl, gdzie również prowadzi swojego autorskiego bloga.

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement