The Book of Unwritten Tales – recenzja Spider’s Web

SW Testuje 16.11.2012
The Book of Unwritten Tales – recenzja Spider’s Web

Były przynajmniej trzy gatunki gier, które na początku lat 90′ święciły olbrzymie tryumfy: różnej maści symulatory, bijatyki i przygodówki właśnie, a które dziś nie rozpieszczają graczy. W przypadku przygodówek zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że panuje spora posucha . Najgłośniejszą grą przygodową od czasu obu Syberii, potem jeszcze niezależnego Machinarium, która miała zawodową promocję i jakiegoś w miarę profesjonalnego wydawcę bez siedziby w garażu była… L.A. Noire. Zdaję sobie sprawę, że mówienie o tamtej produkcji per „przygodówka” może być nad wyraz kontrowersyjne. Dziś krótko o grze, która w mojej opinii jest najlepszą w swoim gatunku pozycją od bardzo dawna. 

Jako, że wnioski w zasadzie wyłożyłem już na stół, od razu podpowiem do kogo jest The Book of Unwritten Tales adresowana. Jeśli grałeś w cokolwiek z serii Monkey Island, Broken Sword, polski Teenagent, Kajko i Kokosz, Książę i Tchórz czy nawet trochę ambitniejsze The Longest Journey – każdego ze zwolenników tych produkcji księga pełna niespisanych historii zadowoli. Dostajemy bowiem przygodówkę nad wyraz udaną w tradycyjnym staroszkolnym (wytyczne czytelników, którzy zabraniają popisywania się angielszczyzną) stylu, pokrytą śliczną oprawą wizualną.

The Book of Unwritten Tales przenosi nas na karty opowieści rodem z jednego z fantastycznych książkowych światów. Mamy tutaj czary, najróżniejsze rasy (główny bohater jest gnomem), których nie powstydziłby się Tolkien czy ktoś z koneserów realiów Forgotten Realms. Mamy magię i magiczne artefakty (wokół jednego z nich, ale i lojalności i przyjaźni rozgrywa się główny wątek fabularny) czy przede wszystkim najrozmaitsze animozje, zależności i schematy tak typowe dla każdego fantastycznego świata, co jest zaletą, jeśli tylko dobrze to wykreowano, a w tym wypadku się udało. Wspominam o Tolkienie, Rowling czy Baldur’s Gate, ale gdybym miał szukać dla The Book of Unwritten Tales możliwie dobrego porównania, to chyba wskazałbym na (pierwszego szczególnie) Shreka.

Takie skojarzenia przywodzi zresztą także oprawa graficzna, na którą składają się podrasowane i nowoczesne rysunkowe scenerie. Gra kusi swoimi kolorkami, szczegółowością wykonania, różnorodnością lokacji. Przypomniało mi się, że rzeczywiście – kilkanaście lat temu bardzo często robiło się w ten sposób gry przygodowe. Dziś stanowi to natomiast miły wyjątek i wielką gratkę na tle nie tylko przygodówek, ale wszystkich powszechnie dostępnych produkcji. Potwierdza to zresztą jedną z moich koronnych teorii, którą sformułowałem w bardzo młodym wieku, lecz nawet dziś – po wielu latach – się ona sprawdza: ładne 2D jest zawsze lepsze od nawet najbardziej efektownego 3D. I dłużej przetrwa.

Fajne jest to, że gra momentami jedzie po bandzie. Wyśmiewa stereotypy, może nawet trochę pewne mniejszości, ale wszystko to w możliwie dobrym smaku. Na pewno nie pojawia się tu nic gorszego od gagów z Simon The Sorcerer zanim jeszcze ktoś go skrzywdził i stał się Szymkiem Czarodziejem. W trakcie zabawy trafimy na przykład na maga, który… jest uzależniony od gier online. Kocham takie poczucie humoru, nic zatem dziwnego, że TBoUT od pewnego momentu „kupowałem” niemal po całości.

Typów humoru jest zresztą cała masa i wierzę, że każdy znajdzie coś dla siebie. Mamy więc trochę gier słownych, trochę absurdu, groteski, żonglowania wspomnianymi stereotypami, a przede wszystkim: gigantyczną porcję nawiązań do popkultury: kina, muzyki, showbiznesu. Aż dziwne, że grę stworzyli Niemcy, którzy nie słyną przecież z nad wyraz płynnego operowania dowcipem. Kilka lat temu ukazała się taka rewelacyjna i niedoceniana przygodówka: Tony Tough i Noc Pieczonych śCiem. Nikt jej nie wymienia wśród klasyków gatunku, ale pamiętam, że śmiałem się przy niej do monitora jak szalony, a jestem dość wybrednym widzem i nieczęsto mi się to zdarza (na dźwięk polskich kabaretów mam odruch wymiotny). The Book of Unwritten Tales dorównuje tamtej produkcji, nie ustępuje też chociażby Małpiej Wyspie czy wspomnianemu już Szymonowi (nie mylić z Szymkiem). Humor, humor, raz jeszcze humor. Nawet jeśli nie gracie w gry to kupcie sobie TBoUT i postawcie na półce w prestiżowym miejscu nad odtwarzaczem DVD w miejscu „The best of Neo-nówka”. Przepraszam jeśli się pastwię albo ktoś poczuł się urażony.

Omawiana gra to najbardziej klasyczna forma przygodówki „wskaż i kliknij”, w której na mapie musimy odnajdować ukryte przedmioty i znajdować w nich praktyczne zastosowanie. Zagadki nie są trudne, na dodatek gdybyśmy mieli z nimi problemy, twórcy wprowadzili podświetlanie na ekranie najważniejszych miejsc w ramach systemu „chwila dla debila”. Chyba trochę przeginam, w każdym razie pamiętajcie, że to tylko jęczenie dwudziestokilkuletniego gracza-tetryka, co samo w sobie też jest przecież trochę zabawne.

The Book of Unwritten Tales to nie tylko najlepsza gra przygodowa jaka ukazała się w ostatnich latach, ale nawet w erze największej popularności gatunku niewątpliwie byłaby produkcją, która wyróżnia się z tłumu. Doskonale rozumiem, że granie w tego typu gry jest dziś passe, mało kogo one interesują, ale jeśli macie choć minimalny sentyment do tego typu arcydzieł lub lubicie w miarę inteligentną i przede wszystkim –  dobrą – rozrywkę na poziomie, to ja Wam tę produkcję z całego serca polecam. Większych wad nie stwierdziłem, zalet jest cała masa.

Ocena Spider’s Web – 9/10

Ponieważ gra mi się bardzo spodobała, pogadałem z kolegami i załatwiłem dla Was edycję kolekcjonerską na zachętę. Ponieważ nie mam lepszego pomysłu jak sprawiedliwie rozdysponować ją wśród wszystkich moich czytelników, śledźcie uważnie nasz profil na Facebooku. Zadam tam jedno głupie, egocentryczne pytanie (widzieliście kiedyś konkursy w internecie z mądrymi pytaniami?), na które należy odpowiedzieć „Jack Orlando”. Powodzenia!

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement