Co nam po hiper-zaawansowanych technologicznie stadionach – czyli słów kilka o mojej wyprawie na mecz Polska – Anglia

17.10.2012
Co nam po hiper-zaawansowanych technologicznie stadionach – czyli słów kilka o mojej wyprawie na mecz Polska – Anglia

Gdy wizytowałem Stadion Narodowy w Warszawie w ramach wyjazdu prasowego na zaproszenie firmy Orange przekonywano mnie, jakim jest wielkim technologicznym sukcesem. W szczególności zasuwany dach, który miał być najnowocześniejszą tego typu konstrukcją na świecie. Dalej w to wierzę. Co nam jednak z technologicznych nowinek, skoro organizacyjnie jesteśmy w… – napisałbym mocniej, ale napiszę – w lesie (a konkretnie na drzewie). Ale po kolei.

Wybrałem się wczoraj na mecz Polska – Anglia. Po raz pierwszy na taki wyjazd zabrałem moich Synów (lat 4 i 6), przemierzyliśmy pół Polski, bo my z południa, ze Sosnowca. W Warszawie bywam często, ale od dawna tylko pociągiem, bo ze względu na niekończące się remonty dróg szybciej i znacznie wygodniej. Tym razem też chciałem pociągiem. Dojechać to bym jeszcze pewnie dojechał, ale wrócił już nie – ostatni pociąg na południe odjeżdża o 22:30, czyli wtedy, gdy trwałaby druga połowa meczu. Przewoźnik kolejowy nie pomyślał, aby zorganizować powrotny pociąg dla ludzi z południa Polski. Bo i po co – pociągi są przecież ich, a nie nasze.

Tłukłem się więc przez pół Polski samochodem. Droga krajowa numer 8, od Piotrkowa Trybunalskiego do Janek pod Warszawą jest już w zasadzie w 99% ukończona. Co z tego, że na wielokilometrowych odcinkach można by było już puścić ruch dwoma pasami w jedną stronę, pachołki stoją bezsensownie na środku jezdni, a sznur samochodów wlecze się w obie strony jednym pasem za TIRami z prędkością 50 km/h. Zarządcy dróg nie pomyśleli, żeby oddawać do użytku odcinek drogi po odcinku. Bo i po co – drogi są przecież ich, a nie nasze.

Stadion Narodowy robi kapitalne wrażenie – pięknie umiejscowiony nad Wisłą, ładnie oświetlony i ogólnie wygląda nad wyraz dostojnie wieczorem. Tyle że dojechać w jego pobliże, by gdzieś w miarę blisko zaparkować samochód to zadanie raczej niemożliwe do wykonania. Ale byłem zdeterminowany – strasznie lało, a dzieci małe i na dodatek z gatunku takich, że trzeba strasznie pilnować, by nie łapały niepotrzebnych chorób. W promieniu 200 metrów od stadionu byłem na dwie i pół godziny przed planowanym rozpoczęciem meczu. Dwie godziny i piętnaście minut zajęło mi znalezienie miejsca do parkowania. Wokół stadionu nie ma żadnych informacji o parkingach oraz o ciągach komunikacyjno-ewakuacyjnych. Bo i po co – przecież stadion jest ich, a nie nasz.

Zaparkowałem jakiś kilometr od stadionu. Zanim dotarliśmy pod stadion, byliśmy całkiem przemoczeni, wciąż makabrycznie lało. Doszedłem do jednej z bram. Tam okazało się, że to nie brama dla kibiców, tylko wjazd dla VIPów. Pytam, dlaczego nie ma informacji dla kibiców, gdzie mają iść, dlaczego nie ma tablic informacyjnych. Usłyszałem, że to nie jego sprawa i żebym się odsunął, bo VIP chce wjechać. Wiadomo – stadionowe parkingi są ich, a nie nasze.

Do bramy dla kibiców musieliśmy przejść kolejne 500 metrów. Tam odebrano nam parasolki – takie dwie małe dziecięce, bo wnieść ich na stadion nie można. Tłumaczę, że to nie broń masowego rażenia, a ochrona moich zziębniętych dzieci. Nie poskutkowało, musiałem zanieść do depozytu. Wiedziałem, że już nich nie odbiorę.

Bilety mieliśmy na sektor G11 – szliśmy więc ku niemu najkrótszą drogą kierowani mapą stadionu narysowaną na bilecie. Gdy już weszliśmy na koronę stadionu, to przy sąsiadującym sektorze z naszym rozłożono blokadę przejścia, bo się okazało, ze tamtędy wchodzą kibice angielscy. Pytam więc pana z ochrony jak mam się dostać na swój sektor. Pan nie wie. Bo i po co – przecież to nie jego sprawa. Pomyślałem więc, że musimy przejść stadion dookoła. Tak też zrobiliśmy.

Wchodząc na sektor już wiedzieliśmy, że mecz się raczej nie odbędzie. Ktoś w porę nie zasunął hiper-nowoczesnego dachu, by potężna ulewa nie zamieniła boiska w Basen Narodowy. Ponoć dlatego, że delegat UEFA przychylił się dzień wcześniej do wniosku obu drużyn, by grać przy otwartym. Tłumaczę to mojemu starszemu Synowi (lat 6), a on mi odpowiada pytaniem: – To dlaczego nie mogli w ciągu dnia zamknąć dach, by nie napadało na boisko i otworzyć go tuż przed meczem? – Nie wiem Synku – odpowiedziałem, po czym na pełne gardło zaintonowałem ulubioną pieśń polskich kibiców zaczynającą się od słów: PZPN, PZPN.

Stadion opuściliśmy 45 minut później zaraz po tym, jak padł oficjalny komunikat, że mecz się nie odbędzie. Gdy dochodziliśmy do samochodu zobaczyliśmy panów w mundurach z uśmiechem na twarzy wypisujących bileciki. Swój, nienagannym pismem wypisany, znalazłem za wycieraczką. A gdy już ruszyliśmy w drogę powrotną, mój starszy Syn znowu mnie zaskoczył pytaniem: – Tatuś, a czemu ci panowie na stadionie krzyczeli: złodzieje, złodzieje? Po chwili namysłu odpowiedziałem: – Już wkrótce to zrozumiesz, Synku.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement