Perły z lamusa: The Need for Speed, czyli opowieść o miłości do ryku silnika i pisku opon

Gry 25.07.2012
Perły z lamusa: The Need for Speed, czyli opowieść o miłości do ryku silnika i pisku opon

Seria Need for Speed, zdaniem wielu, mocno podupadła. Zgodzić się z tym nie potrafię, wciąż bawię się świetnie przy kolejnych odsłonach tej gry. Ale chyba wszyscy się zgodzimy, że pierwsza część jest po prostu kultowa.

Marka „Need for Speed” w dzisiejszych czasach nie jest już tak uwielbiana, jak kiedyś. Winne temu stanu rzeczy jest wydawnictwo Electronic Arts, które w pewnym momencie postawiło na ilość, a nie na jakość. Kolejne odsłony tej motoryzacyjnej sagi ukazywały się pełne niedoróbek, na czym cierpiała niestety grywalność. Ja mam jednak z tą serią wyłącznie dobre skojarzenia. Nawet przy najsłabszych jej odsłonach bawiłem się wybornie. Konkurencja nieraz oferowała więcej, ale każda kolejna odsłona tej gry miała „to coś”. Ten klimat prowadzenia superdrogiego wozu sportowego po spektakularnych trasach. Gra ta nie jest ani symulatorem, ani prostym arcade’em, aczkolwiek zdecydowanie bliżej mu do tego drugiego, co bardzo mi odpowiadało. Może dlatego tak lubię tę sagę, bo wciąż pamiętam, jak piorunujące wrażenie wywarła na mnie pierwsza część. I nie tylko na mnie.

Zgaduję, że niewielu z was wie, że nazwa serii „Need for Speed” utarła się przez przypadek. Gra miała zapoczątkować markę „Road & Track”, a „The Need for Speed” był tylko podtytułem. W Japonii na pudełkach nawet nie było owego podtytułu: na tym rynku można było kupić tę grę pod nazwą „Road & Track Presents: Over Drivin’”. The Need for Speed powstał przy współpracy ze znanym magazynem Road & Track i nie było to tylko hasło marketingowe. Dzięki tej kolaboracji Electronic Arts był w stanie odtworzyć najmniejsze detale każdego z samochodów. Wygląd zewnętrzny, deski rozdzielcze, dźwięk silnika na wszystkich poziomach obrotów a nawet… dźwięk zmiany biegów. Żadna gra nie oferowała takiej precyzji w tamtych czasach. Każdy z samochodów był też pięknie opisany. Dane techniczne, historia, filmy dokumentalne i przebojowe teledyski z tymi superautami w roli głównej. Płyta CD była nagrana do pełna.

Zgaduję też, że wszyscy ją znacie z komputerów PC i zapewne nie wiecie, że to… port. Gra została napisana na konsolę Panasonic 3DO i miała być, tak zwanym, system sellerem, czyli tytułem, który napędza sprzedaż danej konsoli. To się nie udało, ale nie z winy samej gry: konsola 3DO po prostu okazała się porażką.

Electronic Arts zdecydował się ją przenieść na inne platformy. Rok później dostępna była wersja dla systemu DOS, dwa lata później dla Sony PlayStation i Sega Saturn, a trzy lata później dla systemu Windows.

Ścigać mogliśmy się zarówno na trasach zamkniętych, jak i otwartych. Na tych drugich obecny był ruch drogowy i patrole policji, które utrudniały wyścig (policjant mógł zatrzymać twój samochód, zagradzając ci drogę i wlepić ci mandat – trzy mandaty i dyskwalifikacja).

To, co jednak było najważniejsze w tej grze, to rewelacyjny gameplay i jeszcze lepsza oprawa audiowizualna. Wtedy, naiwnie, pisano, że to już „krok od fotorealizmu” (czasami niektórzy z nas tracili poczucie rzeczywistości ;-)). Ta gra po prostu oszałamiała. Samochody z teksturami pochodzącymi z autentycznych zdjęć. Rewelacyjna muzyka. Ryk silnika. I wspaniałe odwzorowanie prędkości. Pędząc Lamborghini Diablo po autostradzie z prędkością 280 km/h czuło się, jak wszystkie mięśnie na twoim ciele się napinają. Maksymalna koncentracja. Wspaniałe uczucie.

The Need for Speed zapoczątkował legendę, która trwa do dziś. A wam proponuję zobaczyć poniżej, jak to się wszystko zaczęło. Nawet intro było, pardon za kolokwializm, po prostu czadowe.

Maciek Gajewski jest dziennikarzem, współprowadzi dział aktualności na Chip.pl, gdzie również prowadzi swojego autorskiego bloga.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement